Psychotesty - indywidualista czy dusza zespołu?
Kiełbasa skwiercząca na ogniu, piwo w dłoni, a na stole butelka mocniejszego alkoholu. W lepszym wydaniu: sala udająca pałac, przystawki i wino z dyskontu. Do tego ludzie, z którymi trzeba się męczyć przez pięć dni w tygodniu i czujne oko szefa uniemożliwiające swobodne zachowanie. Tak w potocznym wyobrażeniu wygląda impreza firmowa. Bardzo często jest to obraz bliski rzeczywistości.
Dawno, niedawno, dziś - Mieliśmy imprezy raz w roku - opowiada
przedstawiciel handlowy. - Właściciel naszej firmy zapraszał całą załogę do zaprzyjaźnionego pensjonatu w górach. Kto chciał, brał rodziny, z reguły jednak jeździliśmy sami. Co można było tam robić? Powiem tyle - alkoholu nie brakowało.
W wielu firmach spotkania integracyjne wciąż mogą tak wyglądać, jednak duże korporacje i ich kultura zmieniły sposób podejścia do tego typu imprez. Wszystko stało się bardziej przemyślane - zamiast koncentrować się na tradycyjnych sposobach spędzania wolnego czasu, korporacje zaczęły promować aktywny wypoczynek. Wyjazdy w plener, w tym również wyjazdy jednodniowe - oto trend popularny od kilku lat. Firma wynajmuje autokar, pracownicy biorą małżonków i jadą w plener, na przykład w góry na narty. Inni szefowie proponują swoim pracownikom bardziej ekstremalne sposoby spęczania czasu: quady lub paintball. Ale nawet takie atrakcje, jak przyznaje Krzysztof Kozak z firmy Live Marketing Concept, są już mniej popularne. - Tego rodzaju aktywności są mocno wyeksploatowane - mówi Kozak. - Coraz częściej w tzw. briefach, które otrzymujemy od klientów, pojawiają się informacje, że już to mieli, że chcą czegoś innego. Ile razy można jeździć na quadzie lub strzelać do siebie z karabinu? - pyta retorycznie.
Skoro imprezy przy grillu są passé, a aktywne wypady się znudziły, pojawia się pytanie: czym jest impreza firmowa AD 2010? Zdaniem Krzysztofa Kozaka coraz większą popularność zyskują imprezy zwane inteligentnymi. O co w tym chodzi? - Przykładem może być projekt Einstein - mówi Kozak. Grupa około 100 osób dzielona jest na mniejsze, dziesięcioosobowe zespoły. Każdy zespół przygotowuje osobno element instalacji (z dostępnych materiałów), który tworzy część większej całości. Instalacja jest przygotowywana przez kilka godzin, po czym - w wielkim finale - zostaje odpalona. - Każda instalacja coś robi, ma jakieś funkcje. Działa trochę na zasadzie domina - wyjaśnia Kozak. W ramach projektu pracownicy różnych działów tworzą abstrakcyjną konstrukcję działającą na zasadzie domina. Może to być na przykład kula, która tocząc się, uruchamia kolejne zapadnie, przesuwa większe elementy, a na końcu odsłania hasło lub cele firmy na kolejny rok. - Siła projektu polega na tym, że konstrukcja za każdym razem jest inna - opowiada Kozak. - Każda instalacja coś robi. Nigdy nie wiadomo, w którą stronę pójdzie wyobraźnia uczestników zabawy. Tworzenie takiej konstrukcji pokazuje, że sukces firmy zależy od pracy wszystkich zespołów. Tak samo ważny jest dział sprzedaży jak backoffice - mówi.
Bystre oko szefa Takie imprezy z pewnością bardziej angażują. Rzecz w tym, że wielu z pracowników często wcale nie jest zadowolonych z tego, że musi uczestniczyć w firmowych zabawach. - Takie imprezy są z reguły do niczego - na samą myśl denerwuje się Roman, pracownik średniej wielkości hurtowni. - Wielkie picie i nic więcej. Ale jeśli się nie pokażesz, masz przechlapane - głupie komentarze, itp. Jeśli taka impreza jest połączona ze szkoleniem, to tym bardziej - dodaje i wspomina, że kiedy raz nie pojawił się na takim wydarzeniu, został wezwany na dywanik do szefa, który udzielił mu reprymendy.
O tym, że brak uczestnictwa w imprezie firmowej nie kończy się na reprymendzie, przekonała się Maja, która także pracowała w firmie produkcyjnej zatrudniającej kilkaset osób. - Zakład produkcyjny, około 300 osób, kapitalizm a'la dziewiętnasty wiek - opisuje swoje miejsce pracy Maja. - Co rok firmowa impreza dla ludzi z hali oraz "elity" z biur. Nie chodziłam na imprezy na znak wewnętrznego protestu. Nie mogłam pogodzić się z tym, że przez cały rok ludzie z hali, pracujący w oparach kwasów, zarabiają grosze, a na koniec roku kupuje się kilka bek piwa, do tego nieco żarła i niech się tłuszcza bawi - opowiada. Długo miejsca w firmie nie zagrzała - szefowa przy zwolnieniu powiedziała, że to dlatego, że nie integruje się z zespołem.
Zdaniem doświadczonej kadrowej ze Śląska wiele imprez, zwłaszcza organizowanych w mniejszych firmach, ma dodatkowy, ukryty cel. - Chodzi o to, żeby pracowników podpatrzeć w sytuacji luźniejszej. Zobaczyć, jak się zachowują, kto z kim trzyma - mówi. Po co szefowi takie informacje? - Choćby po to, żeby wiedzieć do kogo z czym przyjść w pracy, kogo napuścić na kogo, a do kogo z czymś przeciwko komuś innemu nie iść. Zasada "dziel i rządź" wciąż wydaje się wielu szefom najlepszą metodą zarządzania - komentuje kadrowa.
Czego można chcieć Takie podejście krytykują jednak specjaliści zajmujący się organizacją imprez i wyjazdów integracyjnych. - Najgorszym wyjściem jest zmuszanie kogokolwiek do czegokolwiek. Trzeba wymyślić coś, co będzie angażowało wszystkich, ale bez zmuszania. Tak, żeby ludzie sami chcieli w tym uczestniczyć - mówi Krzysztof Kozak.
Także powody, dla których organizuje się imprezy, są jego zdaniem inne niż kiedyś: - Kiedy dziś dostajemy briefy, widzimy, że klienci oczekują konkretnych celów do zrealizowania - mówi. - Nie mamy już takich, w których klient pisze "zorganizujcie nam wyjazd albo integrację taką i taką". Trend jest raczej odwrotny - dodaje. Duże firmy, korporacje z określoną kulturą pracy, próbują za pomocą takich wydarzeń zrealizować zamierzone cele. - Wszystko zależy od organizacji. To może być współpraca w grupie - w obszarze jednego działu lub między działami. Wydarzenie może być podporządkowane celom firmowym na dany rok, np. cele sprzedażowe czy udział w rynku. Mogą być za pomocą tego rozwiązywane konflikty grupowe czy wewnątrz-zespołowe. Może być integracja osób, które do tej pory nie współpracowały, żeby się zgrały i dotarły. Np. w czasie fuzji, gdy jedna organizacja się łączy z drugą, a mają inną kulturę organizacyjną - mówi Kozak.
Pracownicy jednak swoje wiedzą i swoje oczekiwania mają. Zajmująca się organizacją firmowych imprez agencja Show Service Events Marketing przeprowadziła wśród pracowników badania, z których wynika, że najważniejsza w firmowych imprezach jest budowa bliższych relacji między ludźmi. Tak uważa ośmiu na dziesięciu badanych. Ważna jest także integracja różnych działów oraz relaks i odpoczynek od codziennej pracy. Co drugi pracownik uważa, że liczy się budowa więzi z firmą, a jedynie czterech na dziesięciu - że chodzi o motywowanie pracowników. Impreza firmowa powinna być - zdaniem przebadanych osób - dobrem reglamentowanym. Powinna odbywać się raz, góra dwa razy w roku, nie częściej. No i pracownicy powinni mieć wpływ na podjęcie decyzji o imprezie.
Jaką formułę imprez preferują polscy pracownicy? Najlepiej, gdyby najpierw odbywały się aktywne zajęcia, a później - relaksacyjne. Co drugi mężczyzna uważa, że najlepszą formą jest biesiada. Podobnego zdania jest już tylko 41 proc. kobiet. Impreza powinna też odbywać się na luzie (50 proc.), ale w granicach zdrowego rozsądku (45 proc.).
Konkurencja dodatkowa Dla wielu przedsiębiorców impreza firmowa ma jeszcze jeden cel do spełnienia. Nie mówią o tym głośno, ale często zdarza się, że w ten sposób rozwiązują problem, jaki mają z funduszem świadczeń socjalnych. - Dzięki temu mogą wydane pieniądze zakamuflować i nie muszą później wypłacać "pod gruszą" czy dawać bonów przed świętami - mówi kadrowa ze Śląska.
Cześć przedsiębiorców kwalifikuje też wydatki na imprezy firmowe do kosztów uzyskania przychodu. Jeśli wydatek poniesiony był w celu osiągnięcia przychodu lub zachowania albo zabezpieczenia źródła przychodów tak, by przynosiło ono przychody w przyszłości i nie zalicza się do grupy wydatków nieuznanych przez ustawy dochodowe za koszty uzyskania przychodu, można wliczyć je w koszta i w efekcie zapłacić niższy podatek. Oczywiście taka operacja jest niemożliwa, gdy impreza opłacana jest z funduszu świadczeń socjalnych.
Po co więc organizowane są imprezy firmowe? Ile firm, ilu szefów - tyle powodów. Najważniejsze jednak, żeby osoby je wymyślające brały pod uwagę potrzeby pracowników - by nie zajmowały ludziom weekendów, które zwykle przeznacza się dla rodziny, unikały zmuszania do uczestnictwa w czymś, co im się nie podoba i starały się znaleźć złoty środek między zabawą i celami biznesowymi. - Bo trudno mówić o team buidlingu, gdy pracownicy strzelają do siebie w paint ballu lub poruszają się quadami - mówi Krzysztof Kozak.