Umowa? Zapomnij! Jestem studentką zaoczną i mogę powiedzieć, że o umowie o pracę mogę zapomnieć. Do tej pory pracowałam w dwóch firmach za marne grosze (1-1,5 tys. zł) na podstawie umowy-zlecenia - student, na pełen etat. Teraz jestem zatrudniona przez agencję pracy. Wyliczają mi pensję na podstawie wyrobionej liczby godzin. Powinnam być w pracy osiem godzin. Wszystko było w porządku (no, może poza stawką - 9,50 zł brutto/godz.), gdyby nie to, że sporo chorowałam - dwa tygodnie w szpitalu! Oczywiście bezpłatne! Całe szczęście jako studentka mam prawo do leczenia, no, ale nikt mi nie zwróci pieniędzy jak etatowym kolegom. Prawda jest taka, że pracodawcy sobie świetnie zaadaptowali możliwość wykorzystywania umowy-zlecenia czy o dzieło i to się stało normą. Wystarczy przejrzeć oferty pracy.
M. M., studentka UW Zaszczuty mąż Jeszcze raz usłyszę lub przeczytam, że pracujący na zlecenie wybierają taką formę zatrudnienia, trafi mnie szlag. Ostatnio nabrałam nawyku pytania ludzi, z którymi mam kontakt - pań sprzątających, sklepowych, kurierów - czy pracują na zlecenie. Do tej pory wszyscy odpowiadają twierdząco. Wydaje mi się, że te półtora miliona, o których piszecie, to ułamek rzeczywistej liczby. Na zlecenie zatrudniają nawet urzędy. Wiadomo - kryzys, etatów nie ma, a robić trzeba...
Nie piszecie o tej złej stronie pracy na zlecenie. O tym, jak działa na człowieka nieustanna niepewność, lęk przed chorobą, niepewność o urlop. Oczywiście, że urlopy są - pierwszy był po trzech latach, w wymiarze dwóch tygodni, nie jest źle. I to w dodatku płatny. Chorobowe w większości przypadków też jest, zależy jak się dogada z pracodawcą. Oczywiście mówimy o zwolnieniach dwu-trzydniowych. Na miesięczne mogą pozwolić sobie etatowcy. Mój mąż pracował na zlecenie ponad osiem lat.
Od ośmiu lat patrzyłam, jak wesoły, optymistyczny człowiek, jakiego poznałam, zmieniał się w zaszczute stworzenie. Umowy w muzeum nie są podpisywane z wyprzedzeniem, ale co miesiąc. Co miesiąc, mniej więcej od dwudziestego, zaczynał się stres. Mąż oczywiście się nie skarżył. Zaczynał tylko narzekać - na pracę, na to, że ludzie bez kwalifikacji mogą być spokojni o swoje zlecenia, nawet jeśli w pracy nic nie robią, bo mają plecy. Stres narastał do trzydziestego, kiedy okazywało się, że zlecenie będzie. Do kolejnego dwudziestego mamy spokój. Godność, bezpieczeństwo, spokój ducha - nie dla zleceniowców. Dla nich tylko marzenie o tym, żeby nie musieć non stop myśleć o pracy.
Powiadomiliśmy anonimowo PIP. Co zrobiła PIP? Nic, stwierdzono, że do umowy potrzebne są dwie strony. Zresztą dyrekcja jest ostrożna, umowy konstruuje się w taki sposób, że nie można się do niczego przyczepić.
W swoim czasie przeżyłam kontrolę PIP w salonie jubilerskim czynnym 12 godzin na dobę, siedem dni w tygodniu. Byłyśmy tam dwie, obie na pół etatu. Pracownik przejrzał grafiki, z których wynikało, że salon cztery godziny dziennie i cały weekend stoi pusty. I co? Nic, w grafikach się zgadzało, a
kawa z właścicielem salonu na pewno ułatwiła podjęcie decyzji o niedopatrzeniu się żadnych uchybień. Oczywiście, pracownik PIP spyta się pracownika zleceniowca, czy odpowiada mu taki układ. Co powie pracownik w obecności dyrekcji?
Oczywiście, można zmienić pracę. Mąż mógłby nie pracować w zawodzie, który wybrał po studiach, mając 24 lata. Może pójść do pracy sprzątać, sprzedawać w McDonaldzie, być pracownikiem Biedronki. Tyle że tych z wyższym wykształceniem nie biorą. A jeśli nawet, to i tak na zlecenie.
Asia Upokorzenie albo nic Studiuję dziennie, mam dużo zajęć w tygodniu, więc szukając pracy, kierowałam się przede wszystkim elastycznym czasem pracy i możliwością pracy w weekendy. Jedyne, co udało mi się znaleźć, to
praca w sklepie odzieżowym, sztandarowej marce największej polskiej odzieżowej spółki. Mam umowę- zlecenie. Zarabiam 7 złotych na godzinę. Przy wypracowaniu 160 godzin to jest 1120 zł. Pracuję około 30 godzin w tygodniu, co daje mi około 800 zł miesięcznie. Kiedy mam sesję, nie zarabiam nic. Mniej więcej połowa osób w sklepie pracuje na etat - zarabia więcej, a w czasie sesji bierze urlop. Męczę się z gorączką w pracy, 10 lub 11 godzin na nogach, bo nie pracując w weekend, tracę 150 zł. Nie mam składek. Nie mogę kupić nic na raty - umowy są zawierane z miesiąca na miesiąc - nie mogę przedstawić umowy na kolejne dziewięć, bo w tej chwili nie mam gwarancji zawarcia umowy na kwiecień. Na koniec nadmienię, że moja praca spełnia wszelkie warunki! Ta praca jest dla mnie upokarzająca, ale wybór jest jeden - mogę nie mieć żadnej. W takiej sytuacji nawet te 7 złotych to coś. I nie mam tutaj mowy o sytuacji, że wybierając umowę zlecenie, ja jako pracownik zyskuję większą pensję - przypomnę: zarabiam 7 złotych za godzinę, nie mam prawa do premii, tylko etatowcy ją dostają. Mnie pracodawca po prostu okrada. Zdaję sobie z tego sprawę, ale nie mam ochoty ciągać się po sądach. Czasem marzy mi się inspekcja pracy, która wpadnie i zrobi w końcu porządek z firmą, którą bardziej obchodzi foka szara niż pracownicy. Ach! I proszę sobie nie żartować, twierdząc, że pracując na umowę-zlecenie, mogę sobie sama opłacić składkę. Z czego? Z 800 zł? Pozdrawiam wszystkich oszukiwanych.
littlemiss Nic mi się nie należy Sądy i Państwowa Inspekcja Pracy opowiadają głupoty, że pracuję na zlecenie, bo inaczej bym nie miał w ogóle pracy. Opłacany mam ZUS, a staż mi nie leci. Nie mam prawa do chorobowego. Pracuję nieraz w nocy, godzin nocnych nie płacą. Urlop mi się nie należy. Wypracowuję miesięcznie 180 godz. Spełniam wszystkie warunki pracy na umowę etatową, ale nigdy jej nie dostanę, a bardzo bym chciał.
lazar Cieszę się ze zlecenia Pracuję na umowę-zlecenie: bo muszę dorobić do nie najwyższej emerytury i dowartościować się (że 60 lat to dla kobiety to nie wyrok - że uwiąd starczy - zgotowany mi przez pracodawcę). Z jednej strony trąbi się dookoła, że równość płci, że wali się ZUS i takie tam dyrdymały, a z drugiej won, bo skończyłaś 60 lat, a tu młodzi czekają. Mojemu pracodawcy tak się śpieszyło, że zlikwidował moje stanowisko pracy, zanim odeszłam, i nie pozwolił dopracować do końca roku tak, aby odejść na emeryturę przy korzystniejszym przeliczniku. Trzymiesięczne wypowiedzenie trwało do końca października, bo pewnie gdyby trwało dłużej, urząd, w którym pracowałam, by się zawalił. Zamiast rozpaczać, powinnam iść do sądu - nie poszłam, nie miałam sił, aby spotykać z moim pracodawcą hipokrytą. Bo najgorsze było tzw. uzasadnienie zewnętrzne: odchodzi, zostawia pracę, taki świetny pracownik. Jeszcze dziś znajomi dziwią się, że odeszłam, bo dostałam wypowiedzenie. Oficjalna wersja jest przecież inna, podobno się obraziłam. Postanowiłam podjąć pracę na zlecenie. Kursy, dojazdy, nowe środowisko i jestem zadowolona. Po roku podreperowałam
budżet domowy i staż pracy, a że nie zarobiłam kokosów, cóż, lepsze to niż praca z ludźmi niegodnymi, choć przyznaję - wybranymi. Czego mi żal - atmosfery zakładu pracy, przyjaźni (chociaż tu mam wątpliwości, czy rzeczywiście były). Praca na zlecenie to czyste technokractwo, ale dobrze, że jest.
M.