Marketing szlachecki

Joanna Sabak
2010-05-07, ostatnia aktualizacja 2010-05-10 15:49

W języku marketingu nazywa się ich promotorami, potocznie: naganiaczami. Ich zadaniem jest przyciągnąć do restauracji odpowiedniego klienta. Takiego, który nie tylko zamówi drogą kawę, ale też zaprosi na biznesowy lunch swoich zagranicznych gości. W okolicach warszawskiego Starego Miasta znani są jako chodząca informacja turystyczna, obiekt fotograficzny i źródło wiedzy praktycznej. A wszystko to opakowane w strój sarmackiego szlachcica.

Pomnik Warszawskiej Syrenki pośrodku Rynku Starego Miasta.
Fot. Justyna Kowal
Pomnik Warszawskiej Syrenki pośrodku Rynku Starego Miasta.

Fot. Joanna Sabak
ZOBACZ TAKŻE

Psychotesty - indywidualista czy dusza zespołu?



Naganiacze są zjawiskiem starym jak świat. Zawód ten wywodzi się z czasów, gdy pewnego rodzaju rozrywki dostępne były jedynie za zamkniętymi drzwiami. Już w starożytności domy publiczne, palarnie opium i innego rodzaju "szemrane lokale" dyskretnie płaciły naganiaczom za sprowadzanie klientów. Jeszcze w latach 50' ubiegłego wieku lokale oferujące tańce erotyczne musiały mieć zasłonięte okna i jak najmniej widoczny afisz. O przepływ klientów dbali niepozorni agenci, zaczepiający klientów na ulicy. Dzisiaj naganiacze, czy też, profesjonalnie mówiąc, promotorzy nie muszą ukrywać się w cieniu.

Zachodni turysta z trudem odpędza się od nich w krajach Azji czy Bliskiego Wschodu. Zapraszają do restauracji, hoteli, klubów o podejrzanej reputacji, ale też do krawców, sklepów z biżuterią, galerii. Także w krajach zachodnich coraz więcej pubów i dyskotek stawia na pierwszym miejscu rozrywkowego gościa, który potrafi rozkręcić imprezę i wysyła swoich łapaczy na ulicę. W Wiedniu młodzi ludzie przebrani za Mozartów sprzedają bilety do opery, we Włoszech naganiacze przebrani za rzymskich legionistów naciągają turystów na wycieczki z przewodnikiem, w Wenecji naganiacze w bogatych arystokratycznych strojach szukają klientów do licznych kawiarni. Każdy kraj ma swoją własną wersję naganiacza, która z czasem staje się turystyczną wizytówką miejsca.

Od cyrkowca do ankietera

W zawodzie profesjonalnego szlachcica nie jest potrzebny żaden certyfikat. Sławek jest z wykształcenia historykiem, ale na co dzień po prostu zaczepia ludzi. - Pracuję na rynku od 18 do 22, ponieważ mam też inną pracę. Jestem ankieterem, łapię ludzi do badań opinii rynku, do ankiety. I tu, i tu łapię ludzi już od sześciu lat - wyjaśnia. Obie prace zlewają mu się w jedno: na rynku łapie zarówno gości do restauracji, jak i potencjalnych ankietowanych wśród kolegów i koleżanek współpracowników.

Za to Piotr jest z zawodu cyrkowcem, akrobatą. Kontuzja pozbawiła go możliwości występowania na arenie. Szlacheckim strojem dorabia do skromnej renty. Waldek pracuje dla restauracji, w której niegdyś był kelnerem. Do dzisiaj, jeśli jest taka potrzeba, zamienia kontusz na kelnerski fartuch i obsługuje gości. Lubi o sobie mówić, że jest hostem. Słowo "naganiacz" tępi sukcesywnie nawet wśród kolegów szlachciców. Ciekawą osobowością jest Kamil, którego żona jest Chinką. Kamil specjalizuje się w chińskich turystach, których zagaduje w ich własnym języku. Natomiast Diana pracuje jako aktorka w teatrze studenckim, a dorabia jako szlachcianka.

Szlachcice najczęściej korzystają ze strojów restauracji, ale ci, którzy w zawodzie są dłużej, mają też swoje własne. Niektóre to sam kontusz (z ciepłą kurtką pod spodem), inne stanowią kunsztowne połączenie żupana z wykwintnymi guzami, ozdobionego futrem kontusza i lisiej czapy. Płaca jest różna. Zależy od umowy z menadżerem, ustalonej stawki, dodatkowych prowizji i bonusów - na przykład w postaci codziennego obiadu. Jeśli ma się dobre układy z kucharzami, można też skosztować na zapleczu kuchni specjałów oferowanych przez restaurację. Jako pracownik lokalu szlachcic ma też zniżkę w swojej restauracji - czasem nawet 50%. Jeśli pracodawca jest porządny i proponuje dobry układ, zatrzymuje profesjonalnego szlachcica na dłużej. Jeśli nie - musi łatać dziury przypadkowymi ludźmi z ogłoszeń. - Jest tu na rynku restauracja, która w ostatnim roku zatrudniała 14 naganiaczy. Wszyscy natychmiast odchodzili - zdradza Sławek. Niektórzy menadżerowie sami zapraszają gości do restauracji, zaczepiając ich przed wejściem. O klienta wciąż trudno, dlatego liczy się każda pomoc.

Sezonu nie ma

Naganiacz najbardziej potrzebny jest zimą. Latem, kiedy turystów jest dużo, a ocienione ogródki same kuszą klienta, naganiacz ma mniej roboty. Zimą znikają parasole, znikają też turyści. Niektóre restauracje znajdują się w piwnicach, a więc zwyczajnie nie są dla gości widoczne. Wtedy naganiacz po prostu przypomina o jej istnieniu.

W tygodniu najlepsze dni są od poniedziałku do czwartku, bo to są dni biznesowych obiadów i kolacji. Piątek jest kiepski, a sobota i niedziela zbyt tłoczna. W tłumie warszawiaków trudno wyłapać potencjalnego gościa. Najbardziej obfite łowy przypadają na okresy konferencji i targów. - Konferencja medyczna była dla nas jak manna z nieba - śmieje się Sławek. W okresie branżowych zjazdów Starówka kipi od gości. Staje się wizytówką Warszawy, miejscem pokazowym i modnym. Wystarczy złapać oprowadzającego gości Polaka i klient gotowy. Czasem przedstawiciele firm sami zaczepiają naganiaczy, porównując oferty, szukając odpowiedniego lokalu.

Jednak 2010 rok nie jest dla naganiaczy łaskawy. Turystów coraz mniej, a Polacy niechętnie chodzą do drogich restauracji. Nawet jeśli gość życzliwie wysłucha naganiacza, nie znaczy to, że jest złapany. Często słucha z uprzejmości i z uprzejmości zapewnia, że wpadnie. 90% gości, którzy mówią, że rozejrzą się za rogiem i wrócą, zazwyczaj nie wraca. Przydaje się znajomość języków. Nawet jeśli szlachcic w danym języku potrafi powiedzieć tylko "miłego dnia", albo "zapraszamy ponownie", gość poczuje się mile połechtany. Pomaga także szczegółowa wiedza o Warszawie. Parze Dunek można opowiedzieć anegdotę o kopenhaskiej siostrze naszej warszawskiej syrenki, a chętnie pójdą za miłym szlachcicem do proponowanej restauracji.

Większość weteranów tego zawodu ma już na koncie pracę w kilku restauracjach. Zmieniają się układy lub szlachcic robi sobie zwyczajnie przerwę i nowy sezon zaczyna u innego pracodawcy. Praca w wielu miejscach jest dla szlachcica zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Zdarza się, że gość rozpoznaje naganiacza i ze zdumieniem stwierdza, że przecież w zeszłym roku zachęcał do innej restauracji, a teraz nagle zmienił front. Z reguły ludzie podchodzą jednak do szlachciców z sympatią. To prawie instytucja zaufania publicznego. Jest też ośrodkiem informacyjnym - Waldek miał raz okazję wskazywać kierunek straży miejskiej.

Komunikatywnego od zaraz

Kluczową umiejętnością jest tu komunikacja i podejście do pracy. Trochę jak z pracą kelnera. Zdaniem Sławka obsługa restauracji dzieli się na "podawaczy" i prawdziwych kelnerów, którzy nie tylko wiedzą, jakie pieczywo podaje się do zupy, ale także jak elegancko zagadnąć gościa, jak zachęcić go do powrotu. Podobnie podchodzi się do zawodu naganiacza. Po pierwsze, nigdy nie mówi się "klient" - zawsze jest "gość". Po drugie, nie można przekonywać do produktu, w który się nie wierzy. Są takie dni, że szlachcic nie jest w nastroju. Natychmiast to się odbija na pracy - uśmiech mniej szczery, postawa mniej pogodna i ludzie już mu mniej ufają. Wiele też zależy od narodowości gościa. Amerykanie i Brytyjczycy lubią rozmawiać z ciekawymi postaciami, ufają i chcą słuchać. Trudniejsi są na przykład Hiszpanie, którzy z własnego kraju przywożą wrodzoną nieufność do ulicznych zachwalaczy towarów i zawsze obawiają się przekrętu. Z drugiej strony, goście nie dzielą się na polskich i zagranicznych, chociaż Polacy dużo rzadziej pozwalają sobie na jadanie w droższych lokalach. Turyści z założenia chcą zjeść coś specjalnego, dlatego chętniej dają się namówić. Ale sama osoba szlachcica jest równie wielką atrakcją także dla samych Polaków. Nie jest to przecież widok codzienny. - Trzeba tę pracę lubić, lubić ludzi, lubić Starówkę. Bo tak naprawdę to jest chałtura, a chałtura to ciężka robota - komentuje Sławek.

Każdy ma swoje metody. Niektórzy chętnie pozują do zdjęć, bo stwarza to okazję do oczarowania potencjalnego gościa, zainteresowania go osobą szlachcica, a od tego już krok do zainteresowania go ofertą restauracji. W oku naganiacza znajduje się też taksometr i czujnik nastroju. Po ubraniu, butach, zachowaniu musi ocenić, czy klient jest miejscowym, turystą, czy biznesmenem szukającym miejsca na służbowy lunch. Podobnie jak przysłowiowy barman, naganiacz musi być dobrym słuchaczem, umieć rozmawiać nawet na osobiste tematy. Sławek orientuje się w polityce, technice, kulturze. Na pamięć zna anegdoty i opowieści warszawskie. Waldek podchodzi do swojej funkcji z powagą, zna historię zabytków, okoliczne miejsca i lokale. Zawsze jest gotów służyć pomocą. Piotr lubi wybadać, czego klient oczekuje. Zagaduje, sprawdza, zachwala. - Trzeba się wkupić, oczarować klienta - wyjaśnia. Wzbudzić zaufanie. Kiedy widzi parę młodych ludzi, stara się zauroczyć lekko kobietę, wierząc, że mężczyzna pozwoli jej spełnić chwilową zachciankę. Przyznaje, że czasem trzeba grać rolę mało rozgarniętego, jeśli klient tego właśnie oczekuje. Nie można wyjść z roli - szlachcic wita i żegna gościa z takim samym uśmiechem i uprzejmością. Waldek nigdy nie kłóci się z klientem. Grzecznie ucina dyskusję, życzy miłego dnia i poleca się na przyszłość. Na pytanie, co jest najlepsze w restauracji, ma jedną odpowiedź: wszystko. - Nigdy nie daję takich odpowiedzi, które prowokują do dyskusji stawiającej restaurację w niekorzystnym świetle - wyjaśnia. Nie można dać gościowi odczuć, że może się spodziewać czegoś gorszego niż świetne, nie można dać się złapać za źle dobrane słowo. Jednak w wypadku niezadowolonego klienta, naganiacz jest także odpowiednikiem książki skarg i zażaleń, zdradza Waldek. Dyskretnie przyjmuje uwagi i przekazuje je menadżerowi.

Konkurencji nie ma

Szlachcic w akcji jest zazwyczaj uśmiechniętym, rozmownym człowiekiem. Przechadza się przed restauracją z kartą dań w jednej i szablą w drugiej dłoni. Najczęściej sam wybiera swoich klientów, ale czasem wykorzystuje po prostu okazję, że turysta pyta o drogę. Kiedy rozmawiam ze Sławkiem, podchodzi do niego dwóch cudzoziemców szukających restauracji. Szlachcic płynnym angielskim zaprasza ich do "swojej". Okazuje się, że panowie szukają raczej dobrego piwa, niż pieczonej kaczki. Nie ma problemu. Szlachcic ma ze swoim menadżerem rozsądną umowę: jeśli gość szuka pubu, a nie restauracji, Sławek proponuje pobliski lokal, należący do koleżanki pub. Tu niedaleko, tamtą uliczką i na prawo - pokazuje drogę. Turyści przystają jednak zdezorientowani na rogu. Szlachcic rusza z pomocą i odprowadza gości spory kawałek, tam przejmuje ich kelnerka z pubu, zachęcając uprzejmie do wejścia. Porozumienie osiągnięte, wszyscy są zadowoleni.

Także między naganiaczami nie ma wojny o klienta. Piotr, jeśli trzeba, podprowadza klienta do Fukiera, którego turystom zawsze trudno znaleźć. Jeśli podchodzi klient i pyta o konkretne miejsce, w którym ma rezerwację, naganiacz zaprowadzi go bez protestu na miejsce. Najwyżej poleci mu na jutro swoją restaurację. - My nawet nie lubimy konkurować - wyjaśnia Sławek. - Każdy z nas jest powiązany z jedną knajpą, ale decyduje gość. Na przykład u mnie nie ma baraniny, to prowadzę gościa do sąsiedniej restauracji. Kolega tak samo. Nie będę go przecież zmuszał - mówi. Wszyscy na rynku się znają: malarze, kataryniarz, kelnerzy, naganiacze, personel informacji turystycznej. Nawet straż miejska jest znajoma, w końcu szlachcic spędza na rynku dużo czasu, siłą rzeczy poznaje ludzi. Cała ta społeczność stara się żyć ze sobą w zgodzie.

Prawdziwy szlachcic nigdy nie wychodzi z roli. Czy to przed wejściem do restauracji, czy na prywatnej imprezie, kiedy jest zdany na siebie, musi być uprzejmy, rozmowny i oczarować gości. Nawet jeśli na Rynku Starego Miasta czasem staje oko w oko z całą wycieczką rozbawionych turystów i z każdym musi zrobić sobie zdjęcie. Bywają w tej pracy sytuacje zabawne, bywają także i te mniej przyjemne. Bywają dni zimne, gorące, ciche, głośne, smutne, radosne, wypoczęte, zmęczone i jeszcze inne. Jego narzędziem pracy jest urok osobisty i bystre oko. Dlatego szlachcic-naganiacz niezmiennie przechadza się po bruku starego miasta, uśmiecha się i obserwuje. W tej pracy przetrwają tylko ci, których najłatwiej polubić.



  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos