Kontrakty zamiast etatu - zysk i ryzyko

Judyta Watoła
2010-07-05, ostatnia aktualizacja 2010-08-12 12:57

Praca w szpitalu. Przejście na kontrakt oznacza dla lekarzy i pielęgniarek wzrost zarobków. Ale coś za coś.


Fot. Grzegorz Celejewski
p class="txt_upl">Psychotesty - indywidualista czy dusza zespołu?



Ile tysięcy lekarzy zrezygnowało już z etatów i pracuje na kontraktach? - Nie wiemy, ale wiemy tylko, że jest na to coraz większy nacisk. Mamy sygnały, że w niektórych szpitalach lekarze są nawet do tego zmuszani - odpowiada dr Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej.

Anna, anestezjolożka z Zabrza z 20-letnim stażem. - Nie było wojny z dyrektorem. Po prostu zaproponował kontrakty, to przeszliśmy. Pracuję teraz mniej niż kiedyś, zarabiam dwa razy więcej. Jeszcze parę lat temu o takich zarobkach mogłam tylko marzyć. Jedyne, czego się boję, to wypadku albo choroby. Staram się o tym nie myśleć, ale przecież, jak przestanę znieczulać, moja rodzina nie będzie miała z czego żyć.

Na urlopie i konferencji nie zarabiam

Kardiochirurg proszący, by nie zdradzać nawet jego imienia: - W naszym szpitalu wszyscy są na kontraktach. Zarabiamy bardzo dobrze, po 500-600 zł za zabieg, ale atmosfera między lekarzami w szpitalu się popsuła. Każdy chce mieć jak najwięcej operacji, bo od tego mamy płacone. O dłuższych urlopach nikt już nawet nie myśli, bo za czas, w którym się nie operuje, nie dostaje się ani grosza. Człowiek na kontrakcie nie ma przecież płatnego urlopu. Jak wyjeżdżamy na konferencje naukowe czy szkolenia, też tracimy kasę.

Powody, dla których coraz więcej dyrektorów szpitali chce zamieniać etaty na kontrakty, są dwa - brak lekarzy do pracy i brak pieniędzy na to, by przyciągać ich akurat do swojego szpitala, kusząc większym zarobkiem.

Gdy weszła w życie unijna dyrektywa ograniczająca czas pracy lekarzy do 48 godzin tygodniowo, w niemal wszystkich szpitalach grafik przestał się domykać. Kontrakt to sposób na wyjście z sytuacji: nawet jeśli lekarz ma w szpitalu umowę o pracę, dyżury może pełnić właśnie na kontrakcie. Wtedy czas spędzony na dyżurze nie liczy się do czasu pracy - szpital podpisuje osobną umowę na dyżury z prywatnym gabinetem lub spółką, w której pracuje lekarz.

Dla szpitala najlepiej, gdy lekarz zupełnie rezygnuje z etatu. Wtedy szpital może na tym nawet oszczędzić. Jak? Lekarz specjalista zarabia na etacie 10 tys. zł brutto, czyli odliczając podatek i obowiązkowe składki, około 7 tys. zł na rękę. Żeby szpital mógł tyle lekarzowi wypłacić, sam ponosi jednak koszt około 15 tys. zł. Musi odprowadzać składki, np. na ZUS. - Przy kontrakcie nie muszę za pracownika odprowadzać żadnych składek, nie muszę płacić mu drogich nadgodzin. Nie znaczy to jednak, że takiemu lekarzowi chcę oddać całe 15 tys. Coś z tego chcę przecież mieć dla szpitala. Proponuję więc jakieś 12-13 tys. zł - mówi Ryszard Batycki, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego w Bielsku-Białej.

Kontraktowiec bardziej przejęty?

Ale dla zwolenników kontraktów nie liczą się tylko pieniądze, ale także stosunek do pracy. Chirurg na kontrakcie nie miga się od operacji, chirurgowi na etacie czasami jest wszystko jedno.

Prof. Marian Zembala, dyrektor Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, w którym wszyscy lekarze, a także część pielęgniarek pracuje na kontraktach, przekonuje: - Lekarz na kontrakcie czuje się bardziej odpowiedzialny za los swojego pacjenta. Nie zlekceważy jego stanu i nie wyjdzie wcześniej do domu tylko dlatego, że wybiła pierwsza, ale zostanie, póki będzie mu potrzebny, bo takie wziął na siebie zadanie. Jeśli ktoś tego nie przestrzega, to trudno. Kontrakty zawieramy na rok i nie musimy przecież w nieskończoność ich przedłużać. Przyznaję, jak ktoś ma umowę o pracę, znacznie trudniej się go pozbyć.

Jednak związkom zawodowym właśnie to się nie podoba. - Gdybyśmy żyli w cywilizowanym kraju, nie miałbym nic przeciwko kontraktom dla lekarzy, ale w naszych warunkach są dość dwuznaczne. Z jednej strony to sposób na pozbawienie lekarzy praw wynikających z kodeksu pracy. Z drugiej strony stwarzanie wrażenie, że w ochronie zdrowia skądś wzięły się jakieś dodatkowe pieniądze na wynagrodzenia, kiedy wcale ich nie ma - mówi Krzysztof Bukiel, szef Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy.

Dlaczego lekarze na kontraktach mają więcej pieniędzy? Bo robią wszystko, by płacić jak najmniejszy podatek. Samochód, telefon, komputer, stetoskop, co tylko się da, wliczają w koszty prowadzenia działalności gospodarczej. Składka na ZUS - na ogół minimalna, czyli 900 zł. Sami płacą ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej - też po podstawowych stawkach (wraz z nowym rozporządzeniem minister zdrowia jego stawki dla lekarzy niepracujących na etatach wkrótce jednak wzrosną).

Zamiast wyższych składek na ZUS, lekarze wolą wykupić dodatkowe polisy. Anna ma ich aż trzy: - Polisa na życie, ubezpieczenie od nieszczęśliwego wypadku i osobne od utraty zarobków. To ostatnie gwarantuje mi, że od 30. dnia chorobowego będę otrzymywać 100 zł dziennie. Na miesiąc wyjdzie 3 tys. zł. Dużo mniej w porównaniu z obecnymi zarobkami, ale przynajmniej rodzina nie zostanie całkiem na lodzie.

A na wypadek...

Tak jak na lodzie został 40-letni lekarz, który kilka lat temu w Zabrzu miał wypadek. Ładował nosze z rannym do karetki, kiedy wjechał do niego pijany kierowca, wbijając go w tył karetki. Lekarz przeżył, ale nie wypłacono mu odszkodowania za wypadek przy pracy właśnie dlatego, że był w pogotowiu zatrudniony na kontrakcie. Po wypadku nie mógł pracować, na okres leczenia i długotrwałej rehabilitacji został mu skromny zasiłek chorobowy. Koledzy zorganizowali dla niego koncert charytatywny. Czasami pomoc załatwia się ciszej, np. zbiórka wśród lekarzy na kogoś, kto zachorował na raka. - Kiedy u nas ktoś zachoruje, wykonujemy za niego zabiegi. On dostaje takie same pieniądze, ale po wyzdrowieniu to odpracowuje. To taka nasza wzajemna solidarność - mówi prof. Zembala. Nie zawsze taka solidarność jest możliwa: dwóch lekarzy - gdy okazało się, że są poważnie, przewlekle chorzy - profesor przyjął z powrotem na etat. Takie wypadki to jednak rzadkość: - Mam chorą koleżankę, poszukuje etatu, bo boi się o przyszłość, ale wieść o jej chorobie już się rozniosła i nikt jej nie chce przyjąć - opowiada Anna.

Jest jeszcze inny problem: pośrednicy. Szpitalowi łatwiej jest podpisywać kontakty na dyżury z firmami skupiającymi wielu lekarzy, a nie indywidualnymi praktykami lekarskimi. - Kiedy ktoś zachoruje, nie trzeba się martwić, kto go zastąpi. To zmartwienie firmy - tłumaczą dyrektorzy.

Ale firmy nie robią tego za darmo. W Szpitalu Klinicznym nr 5 w Katowicach konkurs na zapewnienie dyżurów okulistów i anestezjologów wygrała firma Adamed należąca do anestezjologa. Specjaliści ze stawki za godzinę dyżuru oddają firmie 10 proc., lekarze w trakcie specjalizacji, którzy za godzinę dyżuru otrzymują 45 zł - 20 proc. Jedyna lekarka, która sprzeciwiła się takim warunkom, została natychmiast zwolniona. - Buntownicy idą za burtę. Wielu dyrektorów tak się zachowuje, jakby wolno im było wszystko narzucać lekarzom. Lekarze boją się o pracę i poddają presji - komentuje Hamankiewicz. Nie jest przeciwny kontraktom, ale chciałby ich ucywilizowania, np. kontraktów, które nie polegałyby tylko na pracy na akord, ale obejmowały jakiś ryczałt, płatny urlop. Chciałby także nowych ubezpieczeń dla lekarzy. - Jako izba zaproponowaliśmy nawet firmom ubezpieczeniowym dodatkowy produkt dla lekarzy i pielęgniarek, którzy pracują na kontraktach. Na razie tylko jedna z firm przyjęła naszą propozycję. Czynników ryzyka, jakie trzeba objąć tym ubezpieczeniem, jest bardzo wiele, a rynek jeszcze nie tak duży, ale to szybko się zmienia.

Pielęgniarki też coraz częściej przechodzą na kontrakty. W Chorzowskim Centrum Pediatrii i Onkologii pracują tak już wszystkie. Zbuntowało się tylko pięć, szybko zostały odsunięte od pracy z dziećmi, skierowane do porządkowania piwnicy i strychu, a potem ostatecznie zwolnione. - Upokorzono je. Jestem przekonana, że wygrają przed sądem pracy, ale nie wiemy jeszcze, kiedy sprawa zostanie rozstrzygnięta - mówi Iwona Borchulska, wiceprzewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych. Jej zdaniem kontrakty dopuszczalne są tylko w jednej sytuacji: w drugim miejscu pracy, gdy w pierwszym ma się etat. W przeciwnym razie kontrakt to tylko sposób na ominięcie prawa pracy. - To błędne myślenie. Przy założeniu, że wszystkim należy się etat, nigdy nie wprowadzimy w szpitalach efektywnego zarządzania - odpowiada prof. Zembala.

Ministerstwo Zdrowia porównało dane o zarobkach na umowie o pracę i kontrakcie. Lekarze bez specjalizacji na umowie o pracę zarabiali w ub. roku średnio 5,3 tys. zł, a na kontrakcie 7,5 tys. zł.

Lekarze z ukończoną specjalizacją - 7,2 tys. zł na etacie i 9,5 tys. zł na kontrakcie. Ordynatorzy na etatach otrzymywali prawie 10,2 tys. zł , ich koledzy na kontraktach - 13,2 tys. zł. Porównano też maksymalne wynagrodzenia. Najlepiej zarabiający lekarz ze specjalizacją zatrudniony na umowę o pracę otrzymywał 37,4 tys. zł, a na kontrakcie "tylko" 34,5 tys. zł. Najlepiej zarabiający ordynator na etacie dostawał miesięcznie 40,7 tys. zł, a najlepiej zarabiający ordynator na kontrakcie - niecałe 33 tys. zł.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 39 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

  • Kontrakty zamiast etatu - zysk i ryzyko practicant 06.07.10, 23:55

    1)Brutto2)Z wieloma dyzurami /czyt czesto po 120h godzin pracy tygodniowo-i wiecej/Poza tym,to nawet sie zgadza.Tyle,ze srednia krajowa z jednego etatu oraz nadgodzin,ktorymi wyrabia sie dwa»

  • Kontrakty zamiast etatu - zysk i ryzyko aelithe 01.08.10, 21:12

    kurna to więcej niż w UK jakby mi ktoś takie pieniądze zaproponował to pewnie bym wrócił do Polski a swoją drogą skąd Pan redaktor wyssał takie brednie dotyczące wynagrodzeń?? »