Janek, informatyk: Ukraińcy? Na budowie - OK. W mojej pracy? Nie, dziękuję
Przez wódkę załatwić można wszystko, nawet budowę zakładowego ośrodka wczasowego. Kto ma dojście do władz położonej w atrakcyjnej turystycznie okolicy, może dla swojego zakładu zdobyć miejsce pod domki kempingowe lub coś w rodzaju prymitywnego hotelu. Nie trzeba wiele, czasem wystarczy rzeka i las. Materiały budowlane też się załatwia. Im bardziej potrzebna socjalistycznej gospodarce branża, tym łatwiej. W latach siedemdziesiątych nie brakuje zatem ośrodków wypoczynkowych należących do kopalń, hut lub cementowni. Każdy
dyrektor takiego zakładu stawia sobie za punkt honoru znalezienie miejsca do wypoczynku dla swoich ludzi. O akty własności, prawo budowlane czy spełnienie wymogów środowiskowych nikt się nie martwi. Chodzi przecież o wczasy dla ludu pracującego, którego dobro jest dobrem najwyższym. W 1977 roku z ośrodków zakładowych korzysta 3,7 mln osób. W szczytowym momencie - około 4,6 mln osób.
Zwykle pracownik pokrywa z własnej kieszeni zaledwie jedną trzecią ceny wyjazdu. Programem socjalnym objęci są także emeryci. W latach siedemdziesiątych szybki wzrost wypoczywających prowadzi do załamania systemu, który nie jest w stanie obsłużyć wszystkich chętnych. Skutki - coraz niższa jakość usług, coraz więcej powodów do narzekań wypoczywających.
Z osławionym Funduszem Wczasów Pracowniczych jest nieco inaczej. Jak pisze w książce "Wakacje w Polsce ludowej. Polityka władz i ruch turystyczny 1945-1989" Paweł Sowiński, w latach siedemdziesiątych wczasy w ramach funduszu stanowią mniejszość wyjazdów wakacyjnych. Sam fundusz powstaje już w 1945 roku. Nie dysponuje jeszcze dużą liczbą placówek. Część przejętych przez fundusz ośrodków jest zniszczona, inne wymagają remontu. Niemal połowa obiektów znajduje się w Sudetach - to ośrodki poniemieckie, niezniszczone w czasie działań wojennych. Sporo wśród nich dawnych szlacheckich rezydencji.
W latach czterdziestych i pięćdziesiątych FWP jest faktycznym potentatem, jeżeli chodzi o wyjazdy turystyczne w Polsce. Centralizacja sprawia jednak, że już w pierwszej połowie lat 50. ubiegłego wieku fundusz ma około 1500 domów wczasowych - pensjonatów, willi i hoteli zabranych dawnym właścicielom.
Jego działalność prowadzona jest wśród ludzi, którzy do tej pory w ogóle o urlopach nie myśleli. Przed wojną wyjazdy wakacyjne były domeną inteligencji, robotnicy ich nie znali. Stąd sytuacje anegdotyczne - takie jak opisywana w książce Sowińskiego pierwsza podróż górnika ze Śląska: "Przedstawiałem sobie góry jako kupę piasku i myślałem, że wlezę na to i poskaczę. Nigdy gór nie widziałem, nawet w książce. Jak jechałem wieczorem i widziałem, to myślałem, że to chmury". Dla większości uczestników wczasów w ramach FWP jest to pierwszy wyjazd wakacyjny.
Chociaż wyjazdy mają robotnikom służyć, bariery kulturowe robią swoje. W okresie pionierskim skierowani na wczasy FWP nie mogą zabierać ze sobą rodziny. W tradycyjnych rodzinach to nie do pomyślenia z powodów obyczajowych. Stąd wielu wracających z wakacji jest niezadowolonych. W książce Sowińskiego przeczytać można taką wypowiedź: "to już wolę dodatkową szychtę niż wyjazd na te wczasy".
Mimo to liczba uczestników wczasów w ramach FWP rośnie - z 177 tys. w 1946 roku do 434 tys. w 1966 roku i około 600 tys. rocznie w latach siedemdziesiątych. Zarówno wczasy zakładowe, jak i w ramach FWP, są okazją do głębokiej integracji pracowników - zwykle jeździ się w to samo miejsce, w tym samym czasie.
Wczasy pod grusząIntegracja wypoczynkowa pracowników w 2010 roku ma charakter planowy i jest silnie związana z potrzebą osiągania celów biznesowych. W przeciwieństwie do spontaniczności i anarchiczności działań podejmowanych przez dyrektorów socjalistycznych zakładów dzisiejsze wyjazdy pracownicze powinny współgrać z innymi podejmowanymi przez dział HR akcjami. Dlatego bardzo często połączone są ze szkoleniami czy przygotowanymi przez fachowców grami integracyjnymi. Poza tym dzisiejsi pracownicy raczej nie zadowalają się lasem i rzeką. Quady i paintball także się im znudziły. A tekturowy domek znany z wczasów zakładowych mogą ewentualnie powspominać przeglądając stare fotografie.
Dla szczególnie zasłużonych w budowie potęgi firm wolnorynkowych tworzone są specjalne oferty, których zasięg ograniczony jest jedynie budżetem. Dyrektorzy, wyżsi rangą menedżerowie czy topowi sprzedawcy mogą więc liczyć na wyjazdy na Karaiby, wyprawy jachtowe po Morzu Śródziemnym czy heliskiing (zjazd na nartach po zrzuceniu z helikoptera) na Kamczatce. Wszystko w odpowiedniej atmosferze, którą określa liczba gwiazdek przy nazwie hotelu (minimum cztery). Ceny takich wypraw dostosowane są do ich atrakcyjności i wynoszą zwykle kilkadziesiąt tysięcy złotych.
Podczas gdy menedżerowie integrują i motywują się pod palmami lub na mrozie, szeregowi pracownicy zdani są na siebie. Nawet, jeśli niektóre przedsiębiorstwa posiadają jeszcze jakieś ośrodki wypoczynkowe, zwykle wynajmują w nich miejsca na zasadach komercyjnych. Rzeczywistość rynkowa i konkurencja nie pozwala im na peerelowską rozrzutność.
Pracownicy mogą jeszcze liczyć na dopłaty do tzw. wczasów pod gruszą, czyli wynoszące kilkaset złotych dodatki do pensji, związane z przepisami dotyczącymi funduszu świadczeń pracowniczych. Pieniądze z tego tytułu przysługują tym, którzy biorą
urlop dłuższy, niż dwa tygodnie i są niezależne od kierunku wyjazdu. Na dobrą sprawę można nawet siedzieć w domu. Oczywiście tylko wtedy, kiedy zostały przewidziane w regulaminie świadczeń z funduszu.
Wczasy pod gruszą konkurują o pieniądze z bonami świątecznymi, wyjściami integracyjnymi i dodatkami choćby do siłowni czy basenu. Stąd ich udział w funduszu nie jest wielki. Dla porównania, w 1974 roku wydatki na wczasy pracownicze pochłaniały nawet 40 proc. całego budżetu socjalnego.
Bałtyk vs. AfrykaDotowany kwotami nieprzekraczającymi kilkaset złotych pracownik swobodnie wybiera kierunki podróży wakacyjnych. Jedynie grubość portfela i osobiste preferencje decydują, czy spędzi tydzień nad Bałtykiem czy w Afryce Północnej.
Co zaskakujące - większość wybiera Bałtyk. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez serwis eholiday.pl aż 81 proc. pytanych planuje spędzić tegoroczny urlop w kraju. Za granicę wyjedzie jedynie co piąty ankietowany. Spośród krajowych kierunków najpopularniejsze jest morze, gdzie wybiera się 45 proc. badanych. Na drugim miejscu są góry - 28 proc. Popularne są także jeziora, gdzie planuje spędzić urlop 13 proc. internautów.
Najwięcej osób (31 proc. badanych) wybiera na nocleg kwatery prywatne, ale ośrodki wczasowe są również popularne (wskazało je 21 proc.). Na dalszych miejscach znajdują się pensjonaty, hotele i apartamenty. Pod namiot jeździ co dziesiąty badany.
Z kolei z analizy wyjazdów wakacyjnych w 2009 roku przeprowadzonej przez serwis fly.pl wynika, że Polacy cieszyli się wolnością wyboru miejsca docelowego. Najpopularniejszy był Egipt, gdzie poleciał co piąty korzystający z oferty fly.pl. Kolejne miejsca w rankingu najpopularniejszych kierunków w sezonie 2009 zajeły: Turcja (21 proc.), Grecja i Wyspy Greckie (18,6 proc.) oraz Tunezja (16 proc.). Rok wcześniej na drugiej pozycji znalazła się Tunezja (18,5 proc.), a na trzeciej Turcja (14,7 proc.). Grecja była czwartym najpopularniejszym kierunkiem z wynikiem 14,5 proc.
W przeciwieństwie do czasów PRL-u, dzisiaj równości w kwestii wypoczynku nie ma. Nie ma też zamkniętych granic, dzięki czemu ci, którzy należą do szczęśliwej większości cieszących się urlopami, mogą wybierać między dowolnymi kierunkami wyjazdów.
Według danych portalu rynekpracy.pl polski pracownik coraz częściej ma możliwość spędzenia na wakacjach pełnych dwóch tygodni. O ile w 2009 roku taka opcja dotyczyła 23,7 proc. zatrudnionych, to w 2010 roku - już co trzeciego pracującego. Jeśli dodać do tego prawie 19 proc. tych, którzy wybierają się na urlop dłuższy, niż dwa tygodnie, okaże się że połowa pracujących Polaków ma szansę naprawdę wypocząć. Nie zmienia to jednak kiepskiego położenia tych, którzy należą do pechowej drugiej połowy. Około 16-17 proc. pracowników pojedzie bowiem na urlop krótszy niż tydzień, a niemal 20 proc. zostanie w ogóle pozbawionych tego przywileju.
Jeśli wierzyć badaniom CBOS, w tej grupie większość stanowią pracownicy najniższych szczebli. Kadra kierownicza i wysoko wykwalifikowani specjaliści deklarują bowiem wyjazdy najdłuższe, sięgające średnio 13 dni.
W PRL-u wyjazdy zagraniczne to głównie tzw. kraje demokracji ludowej - NRD, Czechosłowacja, Węgry. Szczęściarze mogli pojechać do ZSRR lub Bułgarii. Jugosławia postrzegana już była jako kraj zachodni.
Do 1956 roku za granicę praktycznie się nie wyjeżdżało. Jak podaje Sowiński w swojej książce, w latach sześćdziesiątych poza Polskę jeździło rocznie od 500 do 700 tys. osób, z czego jedynie kilkadziesiąt tysięcy na zachód. W 1967 roku polski turysta udawał się najczęściej do NRD (83 tys. wyjazdów), ZSRR (37 tys.) oraz Jugosławii i Czechosłowacji. Kolejna dekada przyniosła poważne zmiany. Przykładowo: w 1971 roku liczba wyjazdów zagranicznych wzrosła do miliona. W 1979 roku było ich już 10 mln, z czego jednak aż 9,5 mln - do bratniej NRD. Po 1981 roku nastąpiło załamanie wyjazdów. Dopiero w 1989 roku liczba wyjazdów zagranicznych sięgnęła 19 mln.