- Oni lubią Polskę, lubią tutaj przyjeżdżać i pracować. Szczególnie ci z zachodniej części Ukrainy. Może to ze względu na podobną mentalność, nie czują się u nas zupełnie obco - mówi Adam, sadownik z województwa mazowieckiego, który od ośmiu lat zatrudnia u siebie kilku Ukraińców. - Tutaj widzą lepszy świat. Wydaje im się, że skoro nie widać bandytów na ulicach, to znaczy, że ich nie ma. Tłumaczę im czasem, że w Polsce bandyci noszą "białe kołnierzyki", ale wtedy krzywo się na mnie patrzą. Ten naród jest bardzo krótko trzymany. U nich urzędnik to święty człowiek,. Przyjeżdżają do nas i są zachwycenia nawet jakością dróg! Nie ma się co dziwić, skoro oni zamiast asfaltu często mają bruk, z którego na kilkanaście centymetrów wystają tory tramwajowe. Kiedyś mój pracownik Władimir powiedział, że na naszych drogach mogą jeździć samochody bez silników. Tak mnie tym rozbawił, że chciałem zabrać go na niemiecką autostradę.- dodaje ze śmiechem.
- Kiedy pierwszy raz poszłam z Ludą do supermarketu na zakupy, wyglądała na przerażoną. Dopiero po dwóch latach mi się przyznała, że nie wyobrażała sobie, że w jednym miejscu może być aż tyle jedzenia, nie mówiąc o wyborze. To są bardzo dumni ludzie, którzy się nie przyznają do tego, w jakich żyją warunkach. Ciągle czegoś im brakuje, a pralka "Frania" do niedawna była postrzegana jako luksus i powód do dumy. Oczywiście, nie cała Ukraina tak żyje, ale ja innej nie znam. - opowiada ze smutkiem Beata, właścicielka kilku sklepów z odzieżą, która od pięciu lat zatrudnia u siebie Ukrainkę.
Tanio i dobrze Z badań Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w roku 2009 ponad 186 tys. polskich przedsiębiorców zgłosiło chęć zatrudnienia u siebie pracowników ze wschodu. Od 1 lutego 2008 r. Od Ukraińców, Białorusinów i Rosjan nie jest wymagane zezwolenie na pracę wykonywaną przez okres sześciu miesięcy. Pracodawcy muszą jedynie bezpłatnie zarejestrować w powiatowym urzędzie pracy oświadczenie o chęci ich zatrudnienia. Zajęcie znajdują głównie w rolnictwie, sadownictwie, budownictwie, przy liniach produkcyjnych oraz w domach jako sprzątaczki czy opiekunki. Szczególnie kobiety cieszą się bardzo dobrą opinią - Luda pracuje u mnie od pięciu lat. Sprząta, gotuje, odbiera dzieci ze szkoły i z dodatkowych zajęć. Jest bardzo pracowita, spokojna, dyskretna. To ważne cechy, bo mieszka przecież z nami w jednym domu. Do swojej dyspozycji ma pokój, niewielką kuchnię i łazienkę. Nie przeszkadzamy sobie. Moje znajome w dużej części też zatrudniają Ukrainki, głównie do cotygodniowego sprzątania. Jeszcze u nikogo nic nie zginęło, nie zepsuło się czy nie zostało zużyte. Tak się kiedyś zastanawiałyśmy z koleżankami, skąd się u nich bierze ta uczciwość i doszłyśmy do wniosku, że one muszą się wzajemnie pilnować. Po prostu jedna patrzy na drugą, czy tamta nic nie robi, żeby nie zepsuły sobie opinii. To jest najlepsza gwarancja. - opowiada Beata.
Podobnego zdania jest Adam, który aby zdobyć ludzi do pracy w sadzie, co roku odbywa papierkowy maraton w urzędach.- Ja wiem, że rośnie nam w Polsce stopa bezrobocia, ale gdybym się kierował patriotyzmem, to nie miałbym za co nakarmić dzieci. Taka jest prawda. Wolę zatrudnić Ukraińca niż Polaka. To bardzo prosta decyzja. Pracownicy ze wschodu są bardziej zmotywowani do pracy. Nawet jak popiją w niedzielę, to w poniedziałek są gotowi do roboty. Z Polakami bywa różnie, jak dostaną wypłatę, to potrafią zniknąć na tydzień. Poza tym są nieprzewidywalni. Popracują, popracują i... nagle dostają telegram, że babcia umarła. Czwarty raz. I co ja mam wtedy zrobić? Sezon w pełni, pracy bardzo dużo, dzień opóźnienia nie wchodzi w grę, a co dopiero tydzień. Dla Ukraińca liczy się każda przepracowana godzina, bo za samo siedzenie im przecież nie płacę. Jak pada deszcz to tylko siedzą przed telewizorem i obserwują kurs dolara.
Ta gwarancja lojalnego pracownika jest warta zachodu i czasu, który Adam poświęca na zdobycie zezwoleń na pracę. Na początku musi udowodnić w powiatowym urzędzie pracy, że nie jest w stanie znaleźć polskich pracowników .- Cały szkopuł polega na sformułowaniu odpowiedniego ogłoszenia - tłumaczy - Żeby plan wypalił, nikt nie powinien na nie odpowiedzieć, a jeżeli odpowie, to nie może spełniać warunków. Podaje się wymagania rzędu: "specjalista transportu i logistyki, biegła znajomość ukraińskiego" i podaje najmniejszą krajową brutto. Potrzebne jest też uargumentowanie takich kryteriów, więc się pisze: "język ukraiński, dlatego, bo współpracuje z tamtejszy rynkiem, zatrudniam innych Ukrainców i po prostu muszą się precyzyjnie dogadać". To jest jakiś sposób na obejście biurokracji. Nie mówię, że wszyscy tak robią, to tylko przykład. Pracodawca powinien mieć prawo wybrać najlepszych dla siebie pracowników, jeżeli przepisy to utrudniają, to trzeba je obejść. - przekonuje.
Są, a jakoby nikogo nie było Kiedy we wsi Adama zaczyna się sezon zbiorów liczba ludności gwałtownie się zwiększa. - Szacuję, że u każdego gospodarza jest średnio pięciu pracowników. Tylko, że ich na co dzień nie widać. Nie opuszczają terenu gospodarstwa, trochę ze strachu przed lokalnymi pijaczkami, ale bardziej dlatego, że nie mają takiej potrzeby. Tylko niedziele mają wolne, odsypiają wtedy cały tydzień, obdzwaniają rodzinę, oglądają telewizję. Zresztą jak ich tam siedzi u jednego gospodarza cała gromadka, to im się nie nudzi. Nie wiem dokładnie co wtedy robią, ten jeden dzień w tygodniu odpoczywamy nawzajem od siebie - uśmiecha się.
Kwestie zamieszkania i wyżywienia omawiane są indywidualnie, wszystko zależy od tego jak pracodawca dogada się z robotnikami. Adam w tym celu skorzystał z unijnego programu i za uzyskane pieniądze przerobił stary dom po teściach. - Założyłem hotel pracowniczy, jest w nim miejsce dla 12 osób. Zresztą w gospodarstwie zawsze znajdzie się pomieszczenie, gdzie da się postawić kilka łóżek. Mieszkanie mają za darmo, pozostaje jeszcze sprawa wyżywienia. Jedni wolą dać pracownikom pieniądze do ręki i zostawić ich samym sobie. Ja tak nie robię, bo wiem, że będą wtedy jedli tylko ziemniaki z cebulą. Z oszczędności. A na co mi taki pracownik, który po miesiącu nie ma już siły i słania się na nogach po dwóch godzinach. Jak ktoś pracuje fizycznie, to musi porządnie jeść. U mnie panuje taki system, że jedna z Ukrainek schodzi z pola wcześniej i gotuje obiad dla wszystkich. Ona wie, co przygotować. Na okrągło jest ich barszcz i ziemniaki na tysiąc sposobów. Przygotowuje też kolacje i śniadania. Płacę jej więcej niż reszcie, bo i pracuje dłużej o dwie godziny. Żona wyliczyła, że jedzenie "na wspólnym garze" do tej pory kosztowało 3zł dziennie od osoby i taką kwotę odliczam im od dniówki. W tym roku będzie trudniej, bo ceny poszły w górę. Zanim zrobimy zakupy pokazujemy im cennik hurtowni, w której sami się zaopatrujemy. Pytamy czy się zgadzają. To chyba uczciwe rozwiązanie, prawda? - pyta retorycznie Adam.
Lepsi i gorsi Najlepiej do pracy nadają się kobiety, tym bardziej że zrywanie owoców lub zbieranie warzyw to nie jest praca ciężka, tylko zręcznościowa. - Jak na nie patrzę, to zbierają jabłka tak szybko, że za nimi nie nadążam, a jak nie patrzę, to zrywają normalnie - żartuje Adam - Ale nawet to "normalnie" jest bardzo sprawne. Średnia wieku moich ludzi to 50 lat. Spokojni, opanowani, mają określone cele. Głównie zarabiają pieniądze na lepszy start dla dzieci, żeby opłacić
studia, albo zrobić remont domu. Bywa i tak, że dzieciom brakuje na życie, mimo, że pracują. Wtedy matka jedzie w Polskę na pół roku i dokłada do garnuszka. Lekko tam nie ma. - dodaje z powagą.
- Moja Luda zaczęła przyjeżdżać do Polski po śmierci męża. Chciała lepszego życia. Tylko co to u nich znaczy lepsze życie? - zastanawia się Beata. -Trochę jak u nas na początku lat 90-tych. Masz dom, masz samochód, jesz szynkę, to znaczy, że ci się powodzi. Rok temu w ramach prezentu urodzinowego zabraliśmy ją ze sobą na wakacje nad polskie morze. Bardzo ją to ucieszyło, bo nigdy nie była na wczasach. W miesiącach letnich jeździło się do pracy, a nie opalać. - rozkłada ręce.
Znalezienie Ukraińców z którymi nawiąże się wieloletnią współpracę nie jest prostą sprawą, szczególnie dla kogoś, kto sprowadza ludzi w ciemno. - Ja stosują metodę na "znajomych". W pierwszym roku ściągnąłem do pracy trzech facetów z czego tylko z jednym odnowiłem ponownie kontrakt. Kazałem przyjechać z trzema dobrymi pracownikami, za których poręczy. Przywiózł swoją żonę, bratanicę i sąsiada. Jak zobaczyłem kobiety, to się załamałem, ale potem się okazało, że są najlepsze. Głowa na karku, nie piją wódki, odpowiedzialne i zorganizowane. W przeciągu czterech lat zbudowałem sobie stały zespół ludzi, który przyjeżdża do mnie co sezon. W ten sposób unikam takich sytuacji jak sąsiad, który zamówił sobie pracowników u przewoźnika. Przyjechało do roboty czterech dorosłych braci z matką. Matka, lat 74, poruszała się przy pomocy "balkonika", ale była liczona przez przewoźnika jako osoba do pracy. Popatrzył na kobiecinę i mówi, że ona się nie nadaje do roboty, co ona zrobi w polu. A oni mu na to "Mamusia się panu nie podoba? Albo my wszyscy, albo nikt." I tym sposobem pracowały cztery osoby, a płacił pięciu. Jak chcą, też potrafią być sprytni - ironizuje Adam.
Największy koszmar - granica - Kiedyś obudził mnie płacz Ludy - opowiada Beata - pobiegłam do jej pokoju, bo myślałam że stało się coś strasznego. Siedziała na łóżku i ryczała w niebogłosy, bo jej siostry nie przepuścili przez granicę, mimo, że miała wszystkie potrzebne dokumenty i zezwolenia. Powiedziała, że nasi celnicy przepuszczają kogo chcą i źle traktują ludzi. Śmieją się z nich, wyszydzają, pytają "Co ty, z całą wsią jedziesz?", komentując wypchane bagaże. A jak się mają spakować, jak jadą w obce miejsce czasem na pół roku? Teraz sama zawożę i przywożę Ludę. Ze mną przekroczenie granicy nie jest dla niej takim koszmarem.
Adam również jeździ po swoich pracowników, często, mimo zakazu, przewożąc przez granicę jedzenie dla ich rodzin - Oni tam mają paskudne produkty. Jedyne po co sięgam kiedy tam jestem to ryby i pomidory. Po wędlinach choruję. W samochodzie upycham konserwy, smalec, jakiś nabiał z discountów. Jak na granicy zadają za dużo pytań, to wymieniam imię i nazwisko zaprzyjaźnionego starosty. Tam jest taki podział, że każde starostwo ma swój metr granicy. Potem jadę dalej. Czemu po nich jeżdżę? Bo wiem co się dzieje na przejściach. Widziałem nie raz, to jest szczyt upodlenia. Polak przejedzie bez problemu, Ukraińca rozbiorą do majtek, wyśmieją, a na koniec popędzą. Nie wiem skąd to się bierze. Miałem raz taką sytuację, że nie chcieli mnie przepuścić jak jechałem po ludzi. Chcieli wziąć samochód na "jamę", czyli wjechać nim na tunel i rozkręcić wszystko, łącznie z siedzeniami. Powiedziałem, że to jest takie auto, którego potem nie złożą, jeżeli chociaż jedna śrubka będzie mi stukała, to pożałują. W efekcie wpuścili tylko taką małą kamerkę na kablu w kilka miejsc. Nic nie znaleźli.
Jednak pracodawca, którego obchodzi los robotników nie jest codziennością. Znaczna większość Ukraińców musi korzystać z usług przewoźników, którzy mają układy na granicy.
- Cała ta sprawa z samozwańczymi przewoźnikami jest w ogóle ciekawa.- opowiada Adam -Załóżmy, że Ukrainiec chce pracować w Polsce, ale nie ma kontaktów. Nawiązuje więc umowę z przewoźnikiem, który pobiera od niego opłaty również za to, co jest kompletnie bezpłatne, na przykład zezwolenie na pracę . Przywozi go do Polski już na zamówienie tutejszego gospodarza, który też za ten przyjazd zapłacił. Potem gospodarz sobie odbija stratę obciążając nią pracownika, czyli Ukrainiec płaci dwa razy. Jak się bierze ludzi w ciemno, można sobie jeszcze wykupić tzw. "gwarancję jakości", wtedy ma się pewność, że do roboty nie przyjdzie babcia z "balkonikiem" czy mężczyzna zniszczony alkoholem.
Oszukiwani i wykorzystywani? Ludzie są różni, a tania siła robocza z Ukrainy kusi. Zatrudniani na umowę o dzieło z której niewiele dla nich wynika, padają ofiarami oszustów. Adam zna konkretne przypadki, ale nie chce mówić o nich głośno, boi się konsekwencji. - Pracodawca nie zawsze przestrzega podstawowych praw pracownika. Dochodzi do sytuacji, że Ukrainiec się rozchoruje, a Polak zamiast do lekarza, zawiezie go na granicę, tam wysadzi i zostawi samego sobie. Potrąci nieistniejący podatek od umówionej stawki godzinowej, żeby zapłacić mniej itd. Najgorsze są jednak sytuacje, kiedy Ukraińcy trafiają do pracy przy taśmach produkcyjnych w fabrykach. Robota ciężka, po dwóch tygodniach nie wytrzymują. Nie dlatego, że są słabi, po prostu właściciel urządził sobie mały obóz pracy. I oni chcą odejść, wziąć pieniądze za przepracowany czas i iść szukać dalej. Ale wtedy słyszą, że pieniędzy nie ma, będą dopiero, jak praca zostanie wykonana, czyli za 1,5 miesiąca. Poza tym, Ukraińcy boją się polskich urzędników, policji, straży granicznej. Wielu pracodawców wykorzystuje to, że nie pójdą się nigdzie poskarżyć.
Beata nie zna tak drastycznych sytuacji - U nas jest dziewczynom dobrze, żadna nie narzeka, nie skarży się.- zapewnia.
Daleka droga do domu Zarobić pieniądze to jedno, wrócić z nimi do domu na Ukrainie to drugie. Jeżeli gospodarz ich nie odwiezie, podróż staje się niebezpieczna. - Pierwsze zagrożenie spotyka ich na Dworcu Zachodnim - mówi Adam - potem w autobusie, a na końcu po jednej i drugiej stronie granicy. Ukraińca, który wraca z pieniędzmi poznasz od razu, są grupy specjalizujące się w ich okradaniu.
Ci, którym udało się dowieźć pieniądze, zaczynają spokojne życie - Wiadomo, że po pierwszym wyjeździe nie dorobią się mebli do mieszkania czy samochodu, ale grosik do grosika i za jakiś czas na wszystko starczy. Studia dla dzieci, remont czy utrzymanie dla rodziny, która utrzymuje się tylko z tego, co zarobią w Polsce.- opowiada Beata - Dla wielu z nich to jest jedyna szansa, na poprawę warunków życia. Zresztą nie ma się co użalać, ilu Polaków wyjeżdża z tego samego powodu do Niemiec czy Wielkiej Brytanii? - pyta na koniec.
