SONDA - dlaczego kłamiemy w CV?
Warszawa, Ursynów. Na działce przy skrzyżowaniu ulic Poleczki i Tanecznej mieści się siedziba spółki PCM (Polskie Centrum Marketingowe). Uwagę kierowców przyciąga nie tylko logo firmy, ale przede wszystkim duży napis "Praca" na budynku. Poniżej - numer telefonu. Próbuję się dodzwonić, cały czas zajęte. Kolejne próby i znów nic. - Ciągle ktoś dzwoni i pyta o pracę - mówi Ewa Góral z działu PR i marketingu w PCM. - Szukamy osób młodych na stanowiska konsultantów telefonicznych. Lokalizacja sprawiła, że naszą reklamę każdego dnia widzą dziesiątki tysięcy osób. Stąd tak nietypowy pomysł na rekrutację. Oferta jest widoczna nawet z pobliskich przystanków autobusowych. Często dzwonią młodzi ludzie i mówią, że stoją na światłach i widzą ofertę pracy - dodaje.
Napisy z rekrutacją w tle można spotkać w kilku innych miejscach Warszawy. Na Bielanach oferta zatrudnienia na szybie jednej z pizzerii. Na Ochocie pewna agencja reklamowa szukała pracowników, wywieszając ogłoszenie na balkonie budynku, w którym mieściła się firma, a na Mokotowie baner z napisem "Szukamy pracowników" wisiał jeszcze w zeszłym miesiącu na jednym z biurowców. Na warszawskich osiedlach ogłoszenia o pracy w ochronie pojawiły się na drzewach. - Szukamy studentów, rencistów i emerytów oraz osób, które mają dużo czasu wolnego. To najprostszy sposób dotarcia do nich - mówi przedstawiciel jednej ze stołecznych firm ochroniarskich. Tylko w czerwcu do firmy zgłosiło się kilkunastu kandydatów, większość zauważyła ogłoszenie, gdy była na spacerze z psem. Rekrutacja atakuje nas także na słupach elektrycznych w pobliżu osiedlowych bazarków. Ogłoszenia o pracy możemy znaleźć na skrzynkach telefonicznych, elektrycznych, a nawet na murach budynków. - Wszystkie chwyty dozwolone. Tu liczy się pomysł, jak złapać człowieka do roboty - mówi młody chłopak, który na zlecenie firmy handlowej rozklejał ogłoszenia na latarniach i klatkach schodowych na warszawskim Mokotowie. - Ja chodzę za ludźmi, bo płacą mi od liczby zgłoszeń. Jak ktoś robi sobie skrót przez trawnik, to ja wieszam ogłoszenie na pierwszym napotkanym słupie. Najwięcej osób czyta ogłoszenia na przystankach, więc tam też naklejam.
Skąd się biorą tak nietypowe pomysły na rekrutację? Niemal każdego roku pracodawcy mają problem ze znalezieniem chętnych do pracy. Trzy, cztery lata temu większość firm poszukiwała pracowników. Pracę otrzymywał każdy, kto się zgłosił, szukano ludzi z polecenia już zatrudnionych pracowników, a nawet oferowano nagrody za znalezienie odpowiedniego kandydata. Praca atakowała nas przy wejściu do sklepu, pojawiała się na ulotkach, nawet gdy zamówiliśmy pizzę do domu. Później, gdy do Polski dotarł kryzys finansowy, wielu pracowników zaczęło kurczowo trzymać się stanowisk, nikt nie myślał o zmianie pracy. I znów firmy, które rekrutowały, miały problem, bo na większość ofert nikt nie odpowiadał. Dziś, gdy kryzys mija, spece HR znów prześcigają się w pomysłach, by zaskoczyć potencjalnych pracowników.
- Jest wiele ofert pracy na niskich lub słabo opłacanych stanowiskach. Tacy kandydaci nie szukają zatrudnienia w tradycyjny sposób. Rzadko przeglądają gazety, nie mówiąc o surfowaniu po internecie. Nie szukają aktywnie, ale jak im się coś trafi, chętnie korzystają z oferty. Do nich pracodawcy muszą dotrzeć w inny sposób - mówi dr Marek Szopski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. - Najczęściej
oferty pracy pojawiają się w miejscach, gdzie te osoby przebywają na co dzień. Dlatego rekruter najpierw robi dokładną obserwację takich miejsc, by trafić do kandydatów. Później trzeba znaleźć takie miejsca, w których człowiek może zaczepić wzrok. Poza tym to bardzo tani sposób poszukiwania, a przy tym bardzo skuteczny.