Lata 90. to był prawdziwy boom muzyki disco polo. Z ulicznych straganów w ilościach hurtowych znikały kasety z piosenkami granymi do tej pory głównie na weselach czy wiejskich potańcówkach. Cała Polska śpiewała "Majteczki w kropeczki", "Jesteś szalona" i "Bara bara, riki tiki tak". Trzy razy w roku odbywała się Wielka Gala Disco Polo: karnawałowa w lutym, wiosenna w kwietniu i koncert roku w listopadzie. Relacje z tego wydarzenia były następnie wielokrotnie pokazywane w prywatnej telewizji Polsat. Państwowa TVP bardzo niechętnie podchodziła do tego typu rozrywki, nawet kiedy Aleksander Kwaśniewski jeździł po kraju z przebojem swojej kampanii wyborczej "Ole, Olek" wykonywanym przez jedną z największych gwiazd disco polo - Top One.
W drugiej połowie lat 90. o 10 rano w niedziele 3,5 mln Polaków siadało przed telewizorami i przez godzinę oglądało popularny Disco Relax na Polsacie. A były to lata, gdy sprzedaż kaset z muzyką tego gatunku spadła o połowę. Ostatnia emisja programu nastąpiła dopiero 25 sierpnia 2002 roku. Oglądalność wynosiła jeszcze wtedy ponad 2,1 mln widzów.
Z biegiem lat polska muzyka taneczna zaczęła wracać tam, skąd przyszła: na wesela, wiejskie imprezy, festyny, tematyczne festiwale. Od końca lat 90. gazety rozpisywały się o "śmierci disco polo", wróżąc rychły koniec zapotrzebowania na "folklor chodnikowy". Te słowa zapamiętał sobie Tomasz Samborski, lider zespołu Toy Boys, menedżer Shazzy i autor jej przebojów, który odmówił nam wywiadu ze względu na nieprzychylne podejście Gazety w tamtym okresie.
Disco polo żyje, dopóki są ludzie, którzy go słuchająA tych, jak pokazuje kondycja kilku grup, wciąż nie brakuje. W 2009 roku Bayer Full znalazł się na 13. pozycji w rankingu najlepiej zarabiających polskich gwiazd. Za koncert (po odliczeniu kosztów) dostaje 15 tys. zł. To tyle samo, ile liczy sobie Ich troje i o tysiąc zł więcej niż K.A.S.A. czy Blendersi. Biorąc pod uwagę, że Sławek Świerzyński wraz z kolegami potrafi zagrać 3 koncerty jednego dnia, można założyć, że sumarycznie zarabiają podobnie do zespołu Feel, Dody czy Golec uOrkiestra. - Bilety na nasze koncerty kosztują od 25 zł do 40 zł. Kiedy płaci organizator, ludzie bawią się za darmo - mówi wokalista. Na podobny ranking pokusiło się "Życie na gorąco", wyliczając minutowe stawki za występ artystów. Tym razem zajrzano do kieszeni Marcina Millera z zespołu Boys - według danych tygodnika za 60 sekund na scenie grupa inkasuje 500 złotych. Dla porównania Kayah dostaje tysiąc złotych. - Zarobki zespołu Boys nie są tajemnicą - mówi Marci Miller. - Koncert kosztuje 25 tysięcy i to jest kasa do podziału. Część bierze firma, trzeba opłacić tancerzy, podatki, reszta idzie dla nas.
Nie narzekają też dyskoteki, których goście bawią się przy rodzimych przebojach. Klub muzyczny New Deep, znajdujący się w jednym z najmodniejszych miejsc Warszawy (w Fortach Mokotów), regularnie urządza imprezy, na które schodzą się ludzie ze wszystkich dzielnic i okolicznych miejscowości. - Co weekend bawi się u nas średnio 180 osób. To głównie warszawiacy, ale nie brakuje też ludzi z okolicznych miejscowości. Jeszcze w 2008 roku robiliśmy imprezy tylko disco polo, teraz puszczamy je razem z muzyką dance i hitami lat 90. Potańczyć przychodzą głównie młodzi, przedział wiekowy określiłbym od 18 do 23 lat - mówi Grzegorz Pietrzyk, znany jako DJ Farad. - Trzeba wziąć pod uwagę wielkość klubu. 180 osób oznacza, że sala do tańczenia jest pełna.
Największym powodzeniem cieszą się koncerty. - Graliśmy w amfiteatrze dla przeszło 60-tysięcznej publiczności. W Płocku już nas nie chcą, bo by im się skarpa obsunęła. Do katowickiego Spodka przyszło 14 tys. fanów, na stadionie w Zabrzu graliśmy dla 20 tys. osób. Było ciekawie. Zajeżdżamy na koncert i nie ma ludzi, przed sceną pusto. Wychodzimy po godzinie - pełen stadion. Kończymy, dziękujemy, po trzydziestu minutach nie ma ludzi. Studenci też uwielbiają disco polo. Z jednej strony jako żart, z drugiej strony organizatorzy doskonale wiedzą, że na nas czy na Boysów te 10-15 tysięcy przyjdzie na pewno. W Gorzowie Wielkopolskim i Zielonej Górze graliśmy w strugach zimnego deszczu, nie przeszkadzało im to w zabawie - mówi Sławek Świerzyński.
Branża jak każda, a nawet trudniejszaKiedy piosenka chodnikowa była na szczycie, nowe zespoły pojawiały się jak grzyby po deszczu. Każdy kto miał syntezator, gitarę i umiał choć trochę śpiewać, marzył o karierze na miarę zespołu Milano, Boys czy Fanatic. Zaczynali tak jak ich idole - od wesel i wiejskich imprez. Niewielu jednak udało się przebić. Na przestrzeni 20 lat, od kiedy można mówić w ogóle o nurcie disco polo, czołówka pozostała bez zmian. - Pojawiają się nowe zespoły, gwiazdy jednego, dwóch hitów. Grają sezon, czasem trochę dłużej. Na więcej dorobku już im nie starcza. Można powiedzieć, że w ostatnich latach mocną pozycję uzyskało 4 chłopaków z zespołu "Cliver" i Etna, która wypełniła lukę po Shazzie czy Venus - mówi Świerzyński.
- Do wytwórni cały czas zgłaszają się chętni. Przesłuchujemy ich materiał, po tylu latach w branży wiadomo, co ma szansę spodobać się publiczności. Czasami poprawiamy słowa i melodię. Disco polo nie jest branżą typowo instrumentalną, jeżeli są jakieś niedociągnięcia, wyrównuje się je za pomocą aranżacji. I tak najlepiej sprawdzają się kawałki lekkie, łatwe i przyjemne, wpadające w ucho, z refrenem, który publiczność zna na pamięć już po pierwszym odsłuchaniu - mówi Paweł Mazurek z firmy Green Star , która zajmuje się wydawaniem płyt oraz organizacją koncertów i imprez disco polo.
Podobnego zdania jest lider Bayer Full. - Kandydat na wykonawcę disco-polo na pewno nie musi mieć przygotowania muzycznego i artystycznego - bardziej liczy się upór, totalny upór. Nie ma znaczenia jak śpiewa. Musi być bardziej zdeterminowany niż utalentowany. Tak zresztą działa każda branża muzyczna. Weźmy takiego Czesław Śpiewa - co tam jest, tam jest tylko upór. Ani głos, ani muzyka. Grzegorz Pietrzyk z New Deep: - Nowym zespołom disco polo najczęściej brakuje zaangażowania, stare odcinają kupony od swoich przebojów. Od pewnego czasu ten gatunek przestał ewoluować. Chociaż trzeba przyznać, że kilka formacji stara się windować poziom i idzie do przodu. Coraz częściej można spotkać jeden kawałek nagrany w różnych wersjach - radiowej , klubowej i w rozmaitych remiksach.
Nieliczni, którym uda się przebić, muszą pamiętać, że granie dla ludzi to nie zabawa. - O profesjonalizmie wykonawcy disco polo świadczy punktualne rozpoczęcie koncertu, jego planowy przebieg i punktualne zejście ze sceny. Wszystko na trzeźwo. Jeżeli jest się punktualnym i szanuje publiczność oraz organizatora, to za tym automatycznie idą inne rzeczy. My na przykład nigdy przed koncertem nie pokazujemy w co będziemy ubrani na scenie, musimy być schowani. Nieistotne są również słabości typu "paluszek i główka". Mamy być radośni, publiczność zapłaciła za dobrą zabawę - mówi Sławomir Świerzyński.
Jest dobrze, jedziemy podbijać ChinyGdy wydawało się, że w temacie disco polo zostało powiedziane już wszystko, mediami wstrząsnęła kolejna rewelacja: Bayer Full wyrusza na podbój chińskiego rynku muzycznego. Celują w niszę, która liczy 63 mln. odbiorców. - W 2009 roku dostałem maila, że jesteśmy popularni w Chinach. Nie odpowiedziałem na niego, bo myślałem, ze robią ze mnie wariata. Po kilku miesiącach był drugi kontakt, że chcą się spotkać, bo stajemy się tam coraz bardziej popularni. Zaczęliśmy prowadzić rozmowy. Krzysztof Darewicz zajął się badaniem ich rynku dla nas. Okazało się, że mamy tam swoich odpowiedników. Grają podobną muzykę na koncertach i jest zabawa - opowiada lider zespołu.
Języka chińskiego uczą się od ponad roku, słów piosenek od 5 miesięcy. - Refreny to jeszcze jakoś nam idą, ale zwrotki są bardzo trudne. Pod względem technicznym jest OK., ale brakuje emocji, słowa są wypowiadane, a nie śpiewane. Nad tym ciągle pracujemy. Teraz właśnie robimy ostatnie szlify, żeby było słychać emocje - nie ukrywa Świerzyński.
Wyjazd do Chin dla zespołu nie jest tylko kwestią opanowania egzotycznie brzmiących słów piosenek, które grają od przeszło 25 lat. To także ogrom przygotowań od strony kulturowej. Łatwo tutaj o pomyłkę, która może wiele kosztować. - Musimy zmienić nasze instrumenty na ich tradycyjne, nauczyć się na nich grać; zobaczyć jakie mają możliwości, bo brzmią zupełnie inaczej, od czapki. To jest inny świat. Na dzień dzisiejszy musimy wydać bardzo dużo pieniędzy, żeby móc tam zaistnieć. Samo pisanie tekstów, zgłaszanie utworów, nagrania wszelkiego rodzaju kosztują sporo. Wie o tym każdy, kto nagrywał materiał muzyczny. Do tego sam wyjazd. Sa oczywiście firmy, które chcą z nami współpracować, bo widzą swoją przyszłość w Chinach, ale to wszystko się odbywa powolutku. Jesteśmy profesjonalnie przygotowani do wyjazdu. Nie każdego artystę stać, żeby zaistnieć na tamtym rynku. Początkowe koszty wynoszą ponad 100 tys. zł. - opowiada lider zespołu.
Sławomir Świerzyński opisuje w wywiadach precyzyję, z jaką podchodzą do tematu. Niemałą radość na forach wzbudziła sprawa wzorów na ubraniach, w których będą występowali. -Kwestia smoków nie jest wcale taka śmieszna. Chińczycy z Japończykami nie żyją dobrze. Pierwsi nie zapomnieli drugim rzezi w Nankinie. I dlatego my nie mogliśmy popełnić żadnego błędu kulturowego. Smok musi mieć zadartą głowę, wąsy, pierze. I to jest bardzo istotne. Dlaczego Beata ma feniksa, a nie smoka? Popełnilibyśmy zbrodnię narodową, bo to jest symbol męski. Bardzo dbamy o to, żeby nikogo nie obrazić. Postawiliśmy poprzeczkę bardzo wysoko, każda nasza piosenka jest zapowiedziana jakimś dowcipem. Te dowcipy też są ocenzurowane. Nie wszystko nam wolno. Nie możemy na przykład poprosić pań o to, żeby poluzowały staniki i rozbujały się w tańcu. Mimo że w Polsce robimy tak za każdym razem.
Trasa koncertowa miała rozpocząć się w maju, ale ze względu na ogrom przygotowań przesunęła się na październik. Chociaż zespół twierdzi, że gdyby chciał, mógłby wyjechać już teraz. - Całość rozpoczniemy od koncertu dla ambasady chińskiej. Nie ma możliwości, żeby potoczyło się to inaczej. Chcemy, żeby wiedzieli, ze jesteśmy zespołem rozrywkowym i nie stoi za nami żadna polityka, żaden przekaz. Chiny traktujemy jako przygodę artystyczną, bo to niesamowite wyzwanie. Poza tym dowiedzieliśmy się, że oni bardzo lubią, jak ktoś próbuje śpiewać w ich języku.
Diskopolowa codziennośćSukces, jak zawsze, ma swoją cenę i wymaga wyrzeczeń. Marcin Miller od początku wakacji nie był w domu. - Zdążyłem się już przyzwyczaić do częstych wyjazdów, moja żona również. W sierpniu gramy 30 koncertów, w lipcu było chyba 20, nie wiem, tracę powoli rachubę - opowiada.
Sławomir Świerzyński ma podobne odczucia: - Wszystkie normalne rodziny w Polsce odpoczywają w soboty i niedziele, my wtedy pracujemy. W przeciągu ostatnich 26 lat 2 razy byłem na Sylwestra. Raz, bo nie dostaliśmy wizy do Ameryki, drugim razem - bo odwołano koncert. Wakacje planujemy tylko w listopadzie i lutym.
Tak naprawdę, wcale nie narzekają. Po tylu latach na scenie są szczęśliwi, że ludzie ciągle chcą ich słuchać i przychodzą na koncerty. - W Dobrzyniu nad Wisłą publiczność nas zaskoczyła. Zaczynamy śpiewać "Majteczki w kropeczki", a w oddali ktoś podnosi transparent, takie wielkie majty w kropy. Śmiechu było co nie miara - opowiada Świerzyński. - Publiczność się zmieniła, kiedyś dziewczyny piszczały na koncertach, teraz jakby mniej, może dlatego, że się zestarzałem. Najgłośniej bawią się młodzi mężczyźni. Skandują teksty, tańczą, jest zamęt. Tam się cuda dzieją. Jeszcze jak wypiją, to już w ogóle - dodaje rozbawiony.
Koncerty to nie wszystko. Ci, którzy walczą o utrzymanie swojej pozycji, i ci, którzy dopiero rozpoczynają karierę, muszą sprostać wymaganiom nie tylko słuchaczy, ale i dyskotek oraz mediów puszczających ich muzykę. - Dzisiaj artyści, którzy chcą zarabiać pieniądze, często nagrywają jeden utwór w kilku wersjach: koncertowej, której bliżej do dawnego disco polo i w nurcie muzyki dance, która grana jest na dyskotekach i w rozgłośniach. To już nie te czasy, kiedy nakład kaset sięgał kilkudziesięciu tysięcy, dzisiaj wszystko przeniosło się do Internetu. Zdarzają się albumy, które wydajemy w liczbie kilkuset sztuk. Sprzedają się za pośrednictwem sklepu online czy supermarketów, a jeszcze kilka lat temu nie miały na to szans - mówi Paweł Mazurek z Green Star.
Utrzymać się na rynkuSławek Świerzyński, który od początku kieruje karierą zespołu ma swój sposób na sukces.
- Każdego roku w styczniu mamy spotkanie z zespołem. I mówię im: "słuchajcie, zaczynamy od nowa, gramy tak, jakbyśmy dopiero wchodzili na rynek i chcieli coś osiągnąć". I to jest zawsze to parcie do przodu, które pozwala nam utrzymywać tempo i jakość. Ale faktycznie młodym zespołom bardzo trudno jest obecnie zaistnieć na rynku. Po pierwsze dlatego, że jest ich bardzo dużo, po drugie, bo ciężko jest znaleźć im agenta. Teraz nie ma tak, że jakiś tam zespół ma zagrać w jakiejś miejscowości. Zespół musi mieć dorobek, żeby ktoś chciał w ogóle zaprosić ich na koncert."
Marcin Miller twierdzi, że nie ma czegoś takiego, jak recepta na karierę. Od kilkunastu lat wychodzi na scenę i po prostu robi swoje. - Jedyne, co mnie denerwuje w tej branży, to dyskryminacja mediów. Jak trzeba uratować jakąś imprezę albo miasto chce się pokazać, to zaprasza Boysów. Przychodzą tłumy. Potem pokazują relację w telewizji i widać po twarzach, że ludzie śpiewali nasze piosenki, a pokazywani są inni wokaliści. Telewizja publiczna powinna być publiczna, a nie promować to, co uważa i co jej się podoba - żali się na koniec.