Ankieta - Pracujesz, żeby żyć, czy może żyjesz... żeby pracować?
Niewidzialni podatnicy GUS w swoich statystykach zlicza zatrudnionych na umowy o pracę na czas określony i nieokreślony. Dzieli ich według województwa, kwartału, płci i branży, ale o zatrudnionych na umowach zlecenie czy agencyjnych nie ma ani słowa. ZUS dysponuje danymi zbiorczymi w tej kategorii, w liczbie niecałych 600 tys. płatników (stan na drugi kwartał 2010 r.). Czyli niepoliczalni pozostają pracownicy przed ukończeniem 26 roku życia, na których nie spoczywa obowiązek płacenia świadczeń oraz wszyscy zatrudnieni na podstawie umów o dzieło, bo ci nie płacą składek w ogóle. Nie potrafi się ich doliczyć również Ministerstwo Finansów, które podatników segreguje w zależności od rodzaju składanego formularza PIT, a ten zarówno dla etatowców jak i cywilnoprawnych jest taki sam. Wydawałoby się, że Ministerstwo Pracy powinno mieć takie dane, ale odesłało nas po nie do GUS-u. Rzutem na taśmę sprawdziliśmy jeszcze Ministerstwo Sprawiedliwości, skoro umowy są cywilnoprawne, ale tam też nie uzyskaliśmy odpowiedzi. Co więcej, nie udało się ustalić, dlaczego pracownicy zatrudnieni na tego typu umowach są niepoliczalni. Pozostają w takim razie szacunki, przypuszczenia, symulacje i założenia. Konkretów brak. Szara strefa pracownicza w świetle prawa.
Etat - to jest to? W Polsce dużą wagę przywiązuje się do stabilności zatrudnienia, a ta w powszechnym rozumieniu oznacza umowę o pracę. Umowy zlecenia lub o dzieło z prawnego punktu widzenia stanowią rozwiązanie dla osób wykonujących wolne zawody i tych, którzy nie chcą wiązać się na stałe z jedną firmą. Niestety, ten rodzaj zatrudnienia coraz częściej jest narzucany przez pracodawców, a alternatywą staje się brak pracy w ogóle.
Nie można jednoznacznie powiedzieć, że firmy unikają zatrudniania pracowników na podstawie umów o pracę. Z danych GUS wynika, że w drugim kwartale 2010 r. przybyło 44 tys. osób zatrudnionych na czas nieokreślony i 112 tys. na czas określony (w stosunku do drugiego kwartału 2009 r.). Brakuje jednak podobnego zestawienia dla osób na umowach cywilnoprawnych. Pozostaje jedynie założenie, że ich liczba wzrosła na skutek osłabienia rynku przez kryzys gospodarczy. Dlaczego mimo zapotrzebowania na pracowników i ich usługi brakuje stałych miejsc pracy? Piotr Rogowiecki, ekspert ds. społeczno-gospodarczych organizacji Pracodawcy RP: - Można zauważyć dwie korelacje. Pierwsza dotyczy polityki kadrowej firm podczas kryzysu, kiedy rezygnuje się z zatrudniania na etat pracowników ze względu na dodatkowe koszty i brak gwarancji utrzymania tych miejsc pracy. Druga kwestia dotyczy prawa pracy, które jest po prostu sztywne. Z pracownikiem zatrudnionym na czas nieokreślony bardzo trudno jest rozwiązać umowę. Trzeba znaleźć konkretne, poważne naruszenie obowiązków pracowniczych i w razie potrzeby umieć je udowodnić przed sądem pracy. Pracodawcy są tego świadomi i w niektórych przypadkach zabezpieczają się umowami na czas określony lub cywilnoprawnymi. Dodatkowo, kiedy liczba pracowników na etat dojdzie do 25, na pracodawców nakładane są dodatkowe świadczenia (np. wpłata na PFRON). Firmy balansujące na granicy rentowności proponują zatem części pracowników umowy cywilnoprawne lub niepełny etat. W ten sposób omijają poszczególne przepisy - wyjaśnia.
Sytuację pogarsza przywiązanie do miejsca zamieszkania. Jeżeli chodzi o szukanie nowej posady, wykazujemy się stosunkowo małą elastycznością. - W USA pracownicy wielokrotnie częściej zmieniają pracę niż Polacy, mimo że często wiąże się to ze zmianą miejsca zamieszkania. Nasi pracownicy są bardziej skłonni emigrować poza granicę kraju, niż przenieść się do najbliższego miasta wojewódzkiego - mówi Piotr Rogowiecki.
Czy ta sytuacja przekłada się na jakość ich pracy? Rafał Glogier-Osiński,
doradca ds. Klientów Strategicznych GazetaPraca.pl i Gazeta Praca: - Postawienie pracownika przed faktem - masz "do wyboru" jedynie umowę cywilno prawną - może z marszu wywołać poczucie braku bezpieczeństwa i ciągłości zatrudnienia. Pamiętajmy, że pracownicy mają zobowiązania chociażby w postaci kredytów mieszkaniowych. Brak czysto psychologicznej deklaracji ze strony pracodawcy w postaci umowy o pracę może doprowadzać do silnego stresu i ciągłego uczucia niepewności. Umowę cywilnoprawną można (o ile nie ma zapisów zabezpieczających przed tym) rozwiązać właściwie natychmiast. Stąd nerwy u wielu tzw. kontraktorów przed końcem każdej umowy. Pracownik nie wie, czy za chwilę nie będzie musiał szukać pracy, więc też trudno mu się skupić na aktualnie wykonywanych obowiązkach.
Należy wspomnieć także o młodych osobach, które dopiero rozpoczynają pracę. - Postawa pracowników na naszym rynku w dużym stopniu kształtowana jest przez ich rodziców, którzy pamiętają czasy, gdy etat był standardem - wyjaśnia Rafał Glogier-Osiński.- Nawet, jeżeli w tym momencie pracę rozpoczyna pokolenie osób urodzonych po 1989 roku, często po otrzymaniu zatrudnienia pierwsze pytanie jakie słyszą w domu brzmi "Czy jest to etat?", co sugeruje, że wszystko inne jest po prostu mniej wartościowe i pewne - uzupełnia.
Tacy sami, tylko... gorsi Poczucie braku stabilności nie jest jedyną wadą umów cywilnoprawnych. Co prawda, jeżeli opłacane są wszystkie świadczenia to, ich okres zliczany jest do uprawnienia emerytalnego (art. 5 ustawy emerytalnej), ale nie do stażu pracy, od którego zależą uprawnienia pracownicze (art. 734-751 Kodeksu cywilnego). Ma to bezpośredni wpływ między innymi na ustalanie wymiaru przysługującego urlopu i prawa do nagrody jubileuszowej.
Takim osobom nie przysługują również dodatkowe pakiety socjalne, jakie firma oferuje pozostałym pracownikom. Nie są więc objęci prywatnym ubezpieczeniem zdrowotnym, nie są im wypłacane premie, diety z tytułu delegacji, nie przysługuje prawo do nagrody rocznej ani wewnętrzne podwyżki. Są pomijani przy awansach. Poza tym niczym nie różnią się od kolegów z biurka obok, może jeszcze poza faktem, że ich nadgodziny nie są warte 150 proc. stawki, tak samo jak dyżury nocne czy praca w niedziele (200 proc.).
Interesujące jest też podejście pracodawców do podnoszenia kwalifikacji zawodowych osób na umowach cywilnoprawnych. Katarzyna Ramirez-Cyzio, wykładowca MBA-HR Akademii Leona Koźmińskiego: - W interesie firmy nie jest inwestowanie w pracownika zatrudnionego w ramach umowy cywilnoprawnej, gdyż z założenia pojawia się on na określony, często krótki czas lub w celu wykonania konkretnego zadania. Zazwyczaj pracodawcy zatrudniający pracowników w ramach umów cywilnoprawnych w polityce kadrowej stosują strategię personalnego "sita", co oznacza, że na umowę zlecenie lub dzieło zatrudnia się specjalistę, który już ma narzędzia i umiejętności do wykonywania określonej pracy. Jeżeli się nie sprawdza, zatrudnia się nową osobę - mówi. A co w sytuacji, kiedy osoba pracuje na zasadach umowy zlecenie kolejny rok i jedynie formalnie nie jest etatowym pracownikiem?
Rynek pracy rządzi się swoimi prawami, a jedno z nich mówi, że w pracownika, który nie jest na stałe związany z firma nie opłaca się inwestować, bo nikt nie da gwarancji, że wiedzy zdobytej na koszt pracodawcy A , nie pójdzie za chwilę wykorzystać u pracodawcy B.
"Poproszę kredyt, jestem na zleceniu..." Pracownicy zatrudnieni na podstawie umów cywilnoprawnych nie są dyskryminowani jako klienci. Mogą zaciągać
kredyty mieszkaniowe, kupować sprzęt AGD na raty i cieszyć się z nowego telefonu komórkowego w abonamencie. Nie oznacza to jednak, że są traktowani na równi z "etatowcami". - Osoby nieposiadające umowy o pracę na czas nieokreślony nie mają lekkiej sytuacji. Tylko niektóre
banki otwierają się na takich klientów. Przy umowach cywilnoprawnych klient zwykle musi wykazać dłuższy okres uzyskiwania dochodów z tego tytułu w porównaniu z umowami o pracę. Warto też zwrócić uwagę, że umowa dzieło/zlecenie nie zawsze oznacza to samo - inaczej traktowana jest osoba, która z tych umów otrzymuje regularne przychody, a inaczej ktoś, kto ma je sporadycznie - mówi Marcin Krasoń,
analityk Open Finance.
Na stronach operatorów sieci komórkowych dowiadujemy się, że umowę na abonament można podpisać nawet na podstawie wypukłej karty kredytowej lub legitymacji studenckiej. Żeby dowiedzieć się jak wygląda procedura dla umów zlecenie i dzieło, trzeba zadzwonić do biura obsługi klienta. Niezależnie od sieci konsultanci wpadają w popłoch: "Będzie na pewno problem", "zaraz sprawdzę, ale szczerze wątpię". Po chwili okazuje się, że sprawę da się załatwić, trzeba mieć tylko umowę podpisaną na minimum trzy miesiące i przynieść opłacony rachunek np. za prąd. A jak się rachunków nie archiwizuje, to potrzebny będzie PIT za ubiegły rok, ale to przy zakupie pralki na raty "nie dla idiotów". Bez większych trudności można zamówić natomiast telewizję cyfrową, ale tylko dlatego, że rodzaj zatrudnienia nie ma znaczenia przy zawieraniu umowy. Wymagany jest dowód osobisty i drugi dokument tożsamość.
Czy są zadowoleni z takiego obrotu sytuacji? Niektórzy na pewno tak. Czy żyje im się gorzej? Części na pewno nie. Czy to się kiedyś zmieni? Nie wiadomo.
Uważasz, że powinniśmy o czymś napisać? Chciałbyś podzielić się ciekawą historią? Napisz do redakcji GazetaPraca.pl na adres gazeta.praca@gazeta.pl w tytule maila wpisując "Kontakt".