Przyjechali do mnie któregoś dnia etnografowie, by obejrzeć i ocenić rzeźby. Był z nimi też artysta plastyk. Spojrzał na prace i powiedział: "Pozwoli pan, że pozbędziemy się najpierw tego pana", po czym wziął do ręki popiersie Lenina i upuścił na betonową posadzkę. Lenin rozprysł się na drobny mak. Posunięcie to było tak radykalne, że w glinie już nigdy nie rzeźbiłem - mówi Edmund Zieliński.
Ma 70 lat i mieszka w Gdańsku. Pół wieku temu zaczął rzeźbić, nieco później również malować na szkle. Nazywa siebie twórcą ludowym. Oczywiście nie z wykształcenia - z zawodu jest elektrykiem. Pracował w Zakładach Płyt Pilśniowych, w Przedsiębiorstwie Robót Elektrycznych i Dźwigowych. Rzeźbił wieczorami. Teraz to jego podstawowe zajęcie. Organizuje pokazy, prowadzi warsztaty, wystawia swoje prace na jarmarkach sztuki ludowej. - Słyszę nieraz, jak klient na jarmarku szuka rzeźby w ludowym stylu, a twórca mu podpowiada, że zrobi taką, jaką sobie zamówi. Gdzie jest ta autentyczna ludowość?
Autentyczny kontra amatorski W Polsce od lat 60. istnieje Stowarzyszenie Twórców Ludowych, skupiające ponad 2 tysiące artystów. Nie każdy twórca może być jego członkiem. Trzeba udowodnić, że jest się autentycznie... ludowym. Jeszcze do niedawna istotnym kryterium było pochodzenie. Artysta ludowy musiał pochodzić ze wsi. Dziś przyjmowani są również mieszkańcy dużych miast. - Podstawowym wymogiem jest, by praca wywodziła się z tradycji regionu. Góral z Podhala nie może robić wycinanek kurpiowskich - mówi Paweł Onochin, pracownik Stowarzyszenia.
Starając się o członkostwo, należy przedstawić dorobek artystyczny: dostarczyć kopie dyplomów, publikacji, zaświadczeń o udziale w wystawach. Mało tego, najlepiej jest zdobyć również pozytywną opinię muzeum regionalnego. Każdego roku o przyjęcie do Stowarzyszenia stara się około 120 osób, jedynie połowa z nich zostaje jego członkami. - Mamy radę naukową, która spotyka się raz w roku i weryfikuje ludowość twórców. Ludzie często mylą działalność amatorską z ludową. Ta ostatnia wywodzi się z tradycji, jest nośnikiem narodowych wartości. Jesteśmy jednym z niewielu krajów w Europie, gdzie twórczość ludowa jest żywa. To nie jest odtwarzanie zapomnianej tradycji, jak na przykład ma to miejsce w Skandynawii. To pielęgnowanie ciągle żywej - dodaje.
Przynależność do Stowarzyszenia Twórców Ludowych to przede wszystkim prestiż. Ale nie tylko. Stowarzyszenie promuje zrzeszonych w nim artystów, zapraszając na organizowane kiermasze na terenie całej Europy, dba o zachowanie praw autorskich. Firmom i instytucjom szukającym ciekawych polskich twórców, udostępnia ich bazę, dając jednocześnie gwarancję, że będą "autentycznie ludowi".
Krawat made in Łowicz - Teraz jest moda na tradycję, na powracanie do korzeni. Robię więc gadżety, takie jak torebki damskie z łowickim haftem, krawaty w wyszywane kwiaty, futerały na telefony komórkowe. To schodzi - śmieje się Anna Staniszewska z Łowicza. Z zawodu jest analitykiem medycznym. Ma 45 lat. Wychowała 4 dzieci. Haftowała, aby dorobić na urlopie macierzyńskim. Dziś ma jednoosobową firmę o nazwie Ann-Haft i zajmuje się wyłącznie rękodzielnictwem. Haftuje sztandary, wykonuje wycinanki i kwiaty z bibuły, szyje też ludowe stroje łowickie. - Zapotrzebowanie jest ogromne i nie chodzi tu wyłącznie o zespoły pieśni i tańca. Coraz częściej dzieci niesione do chrztu są ubierane w stroje łowickie. Dużo zamówień jest też na I Komunię Świętą. Kobiety z Łowicza ubierają się w stroje z okazji wielkich świąt. Z mężczyznami gorzej. Dla nich wymyśliliśmy haftowane krawaty, które są teraz w Łowiczu bardzo modne - dodaje.
Sami artyści na co dzień nie noszą strojów ludowych, choć prawie każdy ma taki w szafie. To w pewnym sensie ubranie robocze, zakładane np. na kiermaszach. Klient to lubi. - Taki artysta efektowniej się wtedy prezentuje. Ludzie chętniej z nim rozmawiają, bo strój intryguje. Prosimy, żeby na jarmarkach twórcy zakładali stroje tradycyjne. Przyznaję, to jest chwyt marketingowy, ale podkreślający odrębność regionalną - wyznaje Onochin.
Emeryci i/czy biznesmeni? Większość z nich to emeryci, choć istnieją również spore przedsiębiorstwa, zajmujące się rękodzielnictwem. Często jest to biznes rodzinny.
Jan Konopczyński z Bolimowa robi gliniane upominki na zamówienie firm. Głównie kieliszki, filiżanki i kubki z wymalowanym lub odciśniętym logo. - Około 200 lat temu mój pradziadek został garncarzem. Od tamtego czasu było to w naszej rodzinie podstawowe zajęcie wszystkich mężczyzn. Tylko ja się wyłamałem. Ojciec mówił: "Skończysz szkołę podstawową i pójdziesz do technikum ceramicznego". Poszedłem do liceum ogólnokształcącego. Ojciec mówił: "Skończysz liceum i będziesz studiował ceramikę". Poszedłem na elektronikę i politologię. Wreszcie ojciec dał spokój - wspomina Konopczyński.
Pan Jan pracował jako urzędnik i nauczyciel, choć i tak z ceramiki wyrabianej wieczorami zarabiał więcej, niż na państwowych posadach. Ma 57 lat. W Zakładzie Rodziny Konopczyńskich pracuje razem z córką i zięciem. Organizują warsztaty dla firm, przyjmują zlecenia od instytucji i klientów indywidualnych (z ponad 40 krajów świata!), z przewoźnym warsztatem jeżdżą na pokazy do dużych miast i do szkół. Uczą garncarstwa. To się opłaca.
- Właśnie garncarze, kowale i rzeźbiarze zajmują się najbardziej dochodową działalnością. Te fachy są też bardzo widowiskowe - komentuje Onochin. - To tzw. ginące zawody. Jednak jedynie 30% wszystkich twórców ludowych utrzymuje się ze swojej działalności. Wielu z nich pracuje tylko sezonowo, dorabiając w ten sposób do pensji lub
emerytury. Raz na jakiś czas zarabiają od kilkudziesięciu do kilkuset złotych podczas jarmarku. Zajęciem nisko dochodowym jest robienie wycinanek, kwiatów z bibuły czy ozdób ze słomy. Mało który twórca parający się tzw. plastyką obrzędową ma założoną działalność gospodarczą. - Artyści nie mają żadnych ulg. Dziś twórca - powiedzmy - karabinów i panie robiące na Wielkanoc pisanki płacą takie same podatki - żali się Onochin.
Zatrudnię artystę ludowego Dla większości twórców sezon trwa dwa razy w roku: w okresie świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Wtedy w największych miastach polski odbywają się kiermasze świąteczne. Muzea, domy kultury, a coraz częściej również szkoły organizują wtedy warsztaty rękodzielnicze. Na rynku pojawiają się również firmy, które oferują tego typu rozrywkę pracownikom korporacji. - W tym roku nasza firma stworzyła specjalną ofertę opartą na sztuce ludowej. Nazwaliśmy ją "Etnografia pod choinkę" - mówi Iwona Skarzyńska z firmy Szumi Mi, zajmującej się organizacją imprez. Swoim klientom oferuje warsztaty zdobienia pierników, robienia ozdób z grochu czy malowania bombek. - Współpracujemy z twórcami ludowymi. Zauważyłam, że wielu ludzi po prostu ma dość komercyjnych bombek z plastiku i sztucznej choinki. Tradycje są wprawdzie stare, ale trend powrotu do ludowości jest nowy. Trzeba czasu, by przekonać do tego klientów - dodaje Skarzyńska. Za prowadzenie dwugodzinnych warsztatów wycinankarskich czy malowania na szkle artysta dostaje ok. 300 złotych. Popyt na takie zajęcia wzrasta oczywiście w okresie świątecznym.
Rynek Starego Miasta w Warszawie. Kilkadziesiąt zadaszonych stoisk. Jarmark Bożonarodzeniowy trwa w najlepsze. W konwencji nawiązuje do tradycji, w większości budek można kupić produkty regionalne z Polski i kilku krajów europejskich. Kowal, laleczki voodoo, konfitury z cytryny, lampy witrażowe. Świece z pszczelego wosku, pamiątki z Warszawy, sery austriackie. Góralskie czapki, litewski len, pieczywo kurpiowskie. Grill polski i kuchnia indyjska. - Świat staje się globalną wioską - żartuje Iwona Skarzyńska.