Warzenie piwa ma w naszym kraju długą tradycję. W XVIII w. na samej ulicy Grzybowskiej w Warszawie było 10 wytwórni tego trunku, w całym mieście - ponad sto, a w kraju liczba ta szła w tysiące. Niestety dwie wojny światowe przyczyniły się do likwidacji wielu wiodących browarów oraz ograniczyły dostęp do składników dobrej jakości - u progu XXI wieku Warszawa mogła poszczycić się już tylko jednym browarem, a 90 proc. krajowej produkcji znalazło się w rękach trzech koncernów. Ich piwa nie zachwycają smakiem, a ich receptura z tradycyjną nie ma nic wspólnego i być może dlatego z roku na rok spada sprzedaż - w 2009 roku o 10 proc.
Potencjalne miejsca pracy Do 2008 roku upadła połowa lokalnych wytwórców, a wraz z nimi zniknęły nie tylko charakterystyczne dla regionów smaki, ale przede wszystkim miejsca pracy. Taki los spotkał jeden z największych w Europie warszawski browar "Haberbusch i Schiele", który na początku XX zatrudniał 250 osób, a w wiek XXI wszedł wykupiony przez koncern Heineken, z produkcją przeniesioną do Warki.
Sytuacja na prowincji nie wygląda lepiej. Tamtejsze browary od dziesięcioleci zapewniały zatrudnienie, często będąc największymi pracodawcami w regionie. Według Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego w Polsce, od połowy lat 90. zniknęło nawet 11 tys. miejsc pracy związanych z produkcją piwa; z kilkuset mazowieckich warzelni dziś pozostało tylko sześć, w których łącznie zatrudnionych jest nie więcej niż 2 tys. osób. Nowe miejsca pracy mogłyby zapewnić wyspecjalizowane lokalne browary, zatrudniające - jak Ciechan czy Konstancin - do 50 osób. - Na wyprodukowanie 1 hektolitra piwa w browarze regionalnym potrzeba około 10 razy więcej siły roboczej, niż w browarze przemysłowym. Gdyby tę samą ilość piwa, którą obecnie produkują w Polsce trzy koncerny, mogły uwarzyć browary regionalne, to zatrudnienie w branży byłoby 7-8 razy większe niż obecnie, a cena piwa wcale nie byłaby wyższa - podkreśla Andrzej Olkowski, prezes Stowarzyszenia Regionalnych Browarów Polskich. - Rynek stale się powiększa, a browarom, które pozostały i odważyły się wypuścić piwa smakowe czy niepasteryzowane wiedzie się bardzo dobrze. Najpopularniejsze piwa w tej kategorii na przekór rynkowej zapaści zanotowały wzrost sprzedaży - od 10 do 20 proc. - dodaje.
W warszawskich klubach i sklepach rekordy popularności biją więc piwa Ciechan, Koźlak, Żywe niepasteryzowane (jako jedyne spośród polskich wpisane na listę rekomendacji Slow Food - organizacji promującej lokalne produkty) czy te z browaru Konstancin, a kolejne restauracje decydują się zainwestować w minibrowary produkujące piwo na własne potrzeby. Do konkretnej potrawy można zamówić w nich pasujący piwny bukiet, a wyboru pomaga dokonać "piwny sommelier". - Na polskim rynku jest jeszcze miejsce na około 100 browarów restauracyjnych. Gdyby zsumować ich całkowitą zdolność produkcyjną, to nie przekroczy ona 1 proc. rynku, a zatrudnienie wyniesie najwyżej 1000 osób - zauważa Olkowski.
"Piwny sommelier" to nie jedyny zawód związany z tym trunkiem - sklepy specjalistyczne wychodzą z internetowego podziemia i zatrudniają sprzedawców-pasjonatów w oddziałach stacjonarnych (np. Piwoteka w Łodzi, Piwa Regionalne w Olsztynie czy Piwa Świata w Białymstoku), a firmy montujące minibrowary szukują piwowarów, którzy pokierowaliby produkcją.
Nagradzane, ale nadal niszowe Tomasz Wójcik z portalu Piwo.org zauważa, że świadomi konsumenci są znudzeni tym, co oferuje lodówka w przeciętnym markecie, bo od kilkudziesięciu lat w piwach koncernów zmieniają się tylko reklamy. - Dlatego piwa z małych browarów, jeżeli tylko są dostępne, nie mają problemów ze sprzedażą - twierdzi.
Rysę na wizerunku polski "piwem płynącej" zauważają jedynie sami piwowarzy. - W Polsce jest około 60 browarów, ale tylko trzy takie, które można od biedy określić mianem rzemieślniczych. W czterokrotnie mniejszych Czechach browarów jest 120, z czego połowa kwalifikowałaby się do tego określenia - zauważa Tomasz Kopyra, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Piwowarów Domowych i laureat kilku głównych nagród w ogólnopolskich piwowarskich konkursach. Recepty na poprawę tego stanu rzeczy upatruje w domowych producentach, którym jednak przeszkadzają przepisy.
Wytwórcy narzekają na wymogi akcyzowe, które - ustalone z myślą o dużych koncernach - rzemieślnikom niemal zamykają drogę do wejścia z własnym piwem na rynek. Według wprowadzonych w 2004 roku przepisów każdy browar musi prowadzić własny skład celny, dzięki czemu koszt akcyzy to niemal połowa kosztu wyprodukowania hektolitra domowego piwa (ok. 125 zł). Dzięki temu znakomite krajowe piwa uhonorowane na europejskich konkursach póki co nie trafią na sklepowe półki. - Słyszy się o ułatwieniach dla rolników, którzy mogliby sprzedawać wino z owoców z własnego sadu i o wsparciu dla autorów domowych nalewek, a w przypadku producentów piwa o żadnych udogodnieniach nie ma mowy - żali się Tomasz Kopyra i przywołuje dane z innych krajów. W USA domowych browarów jest ponad 1500, w Danii w ciągu ostatnich 10 lat powstało blisko 100, w Czechach jest ich kilkadziesiąt. U nas od kilku lat widać poruszenie na rynku - powstają pierwsze hurtownie dla domowych piwowarów, mają oni dostęp do najlepszych w branży surowców, ale wciąż są to tylko pierwsze jaskółki prawdziwych zmian, na które czekają polscy birofile. - Wierzę że w ciągu najbliższych kilku lat, nawet przy obecnych przepisach, powstaną browary założone przez piwowarów domowych. Gdy pojawi się ich co najmniej 5-10, następne będą już powstawać na zasadzie kuli śniegowej. Ktoś musi przetrzeć szlak - twierdzi Kopyra.
"Przetarcie szlaku" opłaca się, bo piwo wciąż jest u nas najchętniej spożywanym alkoholem - w samym 2009 roku branża wygenerowała 13,4 mld zł zysku. I choć producenci notują coraz większy spadek sprzedaży, zła passa dotyczy głównie piw produkowanych masowo. Sprzedaż większości napojów o bardziej wyszukanych smakach co roku przynosi zyski. Mimo że ich udział w rynku to dziś zaledwie 4 proc., prezes Stowarzyszenia Regionalnych Browarów Polskich szacuje, że w ciągu kilku lat może się nawet potroić. Na razie wybór nie jest wielki, ale i tak warto choćby od czasu do czasu pożegnać się ze sztampowym "jasnym mocnym" na rzecz piwa migdałowego (browar Edi), miodowego (Ciechan, Kormoran, Staropolski) czy czekoladowego (Browar na Jurze, Jagiełło).