"Warszawski sen" 27-letniej Anny Skorupskiej skończył się, gdy rodzice przestali przysyłać jej pieniądze na utrzymanie. - To było zaraz po uzyskaniu tytułu inżyniera architektury krajobrazu na SGGW. Do tej pory nigdzie nie pracowałam, więc nie miałam ani wyrobionych kontaktów, ani oszczędności, które pozwoliłyby mi na dłuższe szukanie zatrudnienia w Warszawie - tłumaczy. - Ofert pracy było niewiele, a konkurencja ze strony magistrów architektury krajobrazu okazała się nie do przejścia.
Mimo chwilowych niepowodzeń podjęła decyzję, że nie będzie szukała przypadkowej pracy niezwiązanej z wyuczonym zawodem. Postanowiła wrócić do rodzinnego Grójca i tam się rozwijać. Niedługo później pojawiła się okazja wyjazdu do Londynu. Dzięki pomocy znajomych poznała znanego ogrodnika z Brazylii, z którym nawiązała współpracę. - Wiele mnie nauczył, przekazał sporo wiedzy teoretycznej i praktycznej. Wróciłam do domu z naładowanymi akumulatorami - mówi Ania.
W lokalu odziedziczonym po prababci założyła kwiaciarnię. Pieniądze na rozpoczęcie działalności dostała z grójeckiego urzędu pracy. Jej firma działa od dwóch lat. Zajmuje się aranżacją wnętrz, zielenią, florystyką, projektowaniem ogrodów oraz terenów zieleni. Przyznaje, że prowadzenie kwiaciarni nie jest szczytem jej marzeń, ale zapewnia stały dochód, z którego może się utrzymać i dalej się rozwijać.
Działa na rynku lokalnym, zazwyczaj w obrębie 20 km od miejsca zamieszkania, ale zdarzają się dalsze zlecenia. - W dobie tak rozwiniętej komunikacji moje wykształcenie i kwalifikacje pozwalają na pracę w dowolnym polskim czy zagranicznym mieście bez zmiany siedziby firmy - w ten sposób Ania tłumaczy potencjalnym klientom, że lokalizacja nie stanowi dla niej problemu.
W prowadzeniu firmy w 15-tys. miasteczku odnalazła wiele zalet. - Po pierwsze, łatwiej znaleźć podwykonawców. Po drugie, jeśli jakaś firma jest nierzetelna, informacja o tym rozejdzie się bardzo szybko, co zaoszczędzi wszystkim czas i pieniądze - wylicza.
Jej największym sukcesem był projekt działki siedliskowej o powierzchni ok. 2,5 h o urozmaiconym ukształtowaniu terenu ze starym sadem jabłoniowym, stawem, drewnianym domem w stylu dworkowym, który miał być zupełnie przebudowany i zmodernizowany. Projekt polegał na nietypowym połączeniu nowoczesności z otaczającym ją środowiskiem naturalnym.
- Takich kreatywnych zleceń chciałabym dostawać jak najwięcej. Najbardziej przytłaczające są sytuacje, kiedy klient pragnie mieć identyczny ogród jak sąsiad, czyli szpaler tuj, szczepione róże oraz to, co zobaczył w jakimś katalogu. Takie podejście zamawiających powoduje, że praca w tym zawodzie staje się w większości przypadków odtwórcza - mówi Ania.
Czasami brakuje jej atmosfery wielkiego miasta, spotkań z przyjaciółmi ze studiów, którzy wybrali Warszawę. Własnego kąta, bo jak przyznaje, mieszkanie z rodzicami bywa kłopotliwe. Na razie jeszcze nie stać jej na wyprowadzkę. Wszystkie pieniądze inwestuje w rozwój siebie i firmy. Chce zdobyć tytułu magistra. Potem już nic nie będzie jej ograniczać. Przynajmniej taki ma plan.
Praca marzeń Agnieszka ma 32 lata, od urodzenia mieszka w Siedlcach. Miasto liczące 80 tys. mieszkańców opuściła na czas studiów ekonomicznych na UMCS w Lublinie. Nie planowała wracać na stałe. - Przyjechałam na ostatnie studenckie wakacje. Jesienią chciałam zacząć szukać pracy w Warszawie, ponieważ wydawało mi się, że w małym mieście nie znajdę zbyt wielu perspektyw zawodowych - tłumaczy.
Przyzwyczajona do kulturalno-rozrywkowego stylu życia, jakie prowadziła w Lublinie, nawet nie brała pod uwagę pozostania w Siedlcach. - W pamięci utkwiły mi lata liceum, kiedy niewiele się działo w naszym mieście i z jednego końca na drugi można się było przespacerować na piechotę - żartuje Agnieszka.
W wakacje dostała staż w dziale organizacyjno-prawnym w jednej z lokalnych firm. - Postanowiłam potraktować to jako możliwość nabycia doświadczenia przed startem na "głębokie morze". To była bardziej próba sprawdzenia swoich sił niż chęć znalezienia stałej pracy. Tak się złożyło, że zostałam w tej firmie na trzy lata.
Potem pojawiła się możliwość zmiany pracy na zgodną z jej wykształceniem. - Ta oferta to było spełnienie moich zawodowych oczekiwań. Robię coś, co lubię, i w międzyczasie podnoszę kwalifikacje. Korzystam z różnych form doszkalania. W ten sposób Siedlce zatrzymały mnie u siebie na stałe - uśmiecha się.
Odnowiła kontakty ze znajomymi, którzy tak jak ona, pozostali w rodzinnym mieście. Z zadowoleniem odkryła, że na przestrzeni ostatnich lat Siedlce bardzo się zmieniły. Zbudowano kino z możliwością oglądania filmów w jakości 3D, w sezonie odbywają się liczne przedstawienia teatralne, w każdej chwili może pójść na basen czy do fitness clubu. Kiedy ma ochotę na zakupowe szaleństwo, wsiada w samochód i po godzinie jest w Warszawie. W pozostaniu w stronach, z których pochodzi, widzi jeszcze jedną zaletę. - Nie trzeba budować wszystkiego od nowa, aby czuć się pewnie - zapewnia.
Właścicielka sklepu Renata ma 28 lat. Nie chce podać prawdziwego imienia ani nazwy miejscowości, w której mieszka. Woli nie dostarczać ludziom tematów do plotek. Do rodzinnego domu w jednej z mazowieckich wsi wróciła trzy lata temu, zaraz po studiach. - Źle się czułam w mieście, nie mogłam sobie nigdzie znaleźć miejsca. Kiedy nadchodził weekend, koleżanki mówiły: "Chodź z nami na imprezę, może kogoś poznasz", a ja wolałam w tym czasie stać w korkach na drodze wyjazdowej z Warszawy i zastanawiać się, co będę robiła, jak już na dobre wrócę do domu - mówi Renata.
Na brak pomysłów nie narzekała. Chciała m.in. dowozić ludziom pod same drzwi świeży chleb i mleko, wykorzystać kawałek ziemi rodziców pod ekologiczną uprawę borówki amerykańskiej, przerobić gospodarstwo dziadków na biznes agroturystyczny lub założyć gabinet SPA w okolicznym miasteczku. Na potrzeby ostatniego biznesu skończyła nawet kurs masażu relaksacyjnego. Ostatecznie wybór padł na sklep z używaną odzieżą. - W poczekalni u lekarza usłyszałam przypadkiem rozmowę dwóch kobiet, które skarżyły się, że po byle koszulę dla męża do pracy w polu muszą jechać do miasta i na dodatek słono za nią płacić. To mnie zainspirowało. Zasięgnęłam opinii kilku osób i doszłam do wniosku, że nie ma się nad czym zastanawiać - wspomina.
Lokal w centralnym punkcie 5-tys. gminy wynajęła od sąsiadki, która kiedyś prowadziła w nim kiosk. Na remont wraz z wyposażeniem przeznaczyła 1 tys. zł. Dzięki pomocy taty pieniędzy wystarczyło. - To mała powierzchnia. Kupiliśmy nową wykładzinę, farbę do pomalowania ścian, żyrandol i wieszaki na ubrania. Mnóstwo wieszaków - wylicza Renata. Faktury brała już na swoją firmę.
Od dwóch lat, przez sześć dni w tygodniu budzik Renaty dzwoni o 6.30 rano. Przed ósmą jest już w sklepie. Zanim wywiesi tabliczkę z napisem "otwarte", musi włączyć na kilka minut piecyk gazowy. Mówi, że jak w środku jest za zimno, to klientkom nie chce się mierzyć ubrań i przez to mniej kupują. Ruch zaczyna się przed godz. 9. Wtedy najczęściej przychodzą kobiety, które odwiozły dzieci do szkoły i zrobiły podstawowe zakupy. Po południu pojawiają się ich córki, które skończyły zajęcia. Latem sklep zamyka przed godz. 18, zimą już o 16. Nie ma sensu dłużej siedzieć, bo i tak nikt nie przyjdzie. Po powrocie do domu niemal codziennie robi pranie. Musi odświeżyć ubrania, które wyjmuje z 25 kilogramowych worków kupionych w hurtowni. Część rzeczy wymaga prasowania, ale jak sama mówi, ta czynność ją relaksuje. - Włączam telewizor i często, zanim film się skończy, mam zrobione z 30 koszul - tłumaczy.
Dochód ze sklepu jest nieregularny. W jednym miesiącu stać ją na tankowanie do pełna, w innym jeździ na rezerwie. Mimo to Renata nie żałuje decyzji o opuszczeniu Warszawy i zamieszkaniu na stałe na wsi. - Ten krok zmobilizował mnie do założenia własnej firmy i wykorzystania wiedzy z zakresu ekonomii, jaką zdobyłam na studiach. Mam słabe łokcie, dlatego myślę, że pracując w korporacji czy innej wielkomiejskiej firmie po prostu byłabym nieszczęśliwa. Tutaj mam spokój - mówi na koniec.
Fotograf amator Paweł Florczak, absolwent Wyższej Szkoły Ekonomicznej, przez trzy lata pracował w Warszawie jako urzędnik administracji publicznej, dopóki nie zlikwidowano mu biura. Co prawda dostał propozycje przejścia w inne miejsce, ale z obniżoną pensją i bez szans na obiecywany awans. - Na liście nowych zadań było m.in. przyklejanie znaczków na koperty. Złożyłem wypowiedzenie - mówi. Dostał pracę w amerykańskiej korporacji. - Kiedy zaoferowali mi dobre wynagrodzenie,
szkolenia i wyjazdy, to skakałem z radości. Po kilku miesiącach zrozumiałem, że obietnice to fikcja. Po niespełna czterech latach odszedłem z firmy.
Pracy w korporacji nie rzucił wcześniej, bo musiał spłacić kredyt na zakup sprzętu fotograficznego. - Robienie zdjęć to moja wielka pasja, której poświęcam każdą wolną chwilę od ponad pięciu lat - opowiada.
Jest samoukiem, uczy się, czytając głównie blogi innych fotografów. - Pisałem m.in. z ludźmi z Kanady i Nowej Zelandii. Uczyłem się od nich, jak podejść do tematu, patrzeć na światło i zrobić dobrą klatkę - tłumaczy.
Ponieważ jego ostatnia firma miała siedzibę poza Warszawą, Paweł już kilka lat temu wrócił do rodzinnego Grójca, skąd miał szybszy dojazd do biura. Swoją przyszłość wiąże z fotografią. - Kocham robić zdjęcia, połączenie tego z zarabianiem pieniędzy to szczyt moich marzeń. Chciałbym zajmować się przede wszystkim reportażem ślubnym, fotografią eventową, portretową i reklamową. Będę również chciał nawiązać współpracę z wydawnictwami, projektantami stron WWW, aby mieć trochę większą płynność finansową - wymienia.
Kiedyś jego dziewczyna dla żartu spytała, co by zrobił, gdyby wygrał w totka? Odpowiedział, że dokupiłby trochę sprzętu fotograficznego i skupił na robieniu zdjęć. Zastanawia się też nad połączeniem swojej pasji i przyszłego zawodu z pomaganiem ludziom. Za pomocą fotoreportażu chciałby naświetlić kilka problemów społecznych, których jego zdaniem na co dzień nie zauważamy. - Jest tyle nieszczęścia na świecie. Każda próba zwrócenia na nie uwagi jest cenna - tłumaczy Paweł.
Czy małe miasto ogranicza zawodowo? - Mam już zaplanowanych kilka sesji zdjęciowych i reportaży, między innymi w Krakowie i Zielonej Górze. Co by się zmieniło, gdybym mieszkał na przykład w Warszawie? - odpowiada.