Gdzie się podziali prawdziwi fachowcy?

Marta Piątkowska
06.08.2012 , aktualizacja: 06.08.2012 18:27
A A A

Fot. Bartlomiej Barczyk / Agencja Gazeta

Po ulicach chodzi pełno bezrobotnych psychologów, socjologów, specjalistów od zarządzania, którzy też zauważają brak szewców czy krawcowych, ale nawet do głowy im nie przyjdzie, że sami mogliby się za to zabrać - mówi prezes Związku Rzemiosła Polskiego Jerzy Bartnik. Radzi gdzie szukać prawdziwych fachowców i jak odróżnić dobrego rzemieślnika od samozwańca.
Marta Piątkowska: Dlaczego tak trudno trafić na dobrych fachowców? Nawet tym z polecenia nie można do końca ufać.

Jerzy Bartnik*: - Skąd taka opinia?

Fora internetowe są pełne przykładów, ale podam swój. Kilka tygodni temu zepsuło mi się gniazdko. Przyszedł rekomendowany elektryk, podłubał w nim 10 minut, wziął za usługę 80 zł i poszedł. Po kilku dniach znowu nie działało. Zadzwoniłam po drugiego fachowca, który wreszcie je naprawił i zażyczył sobie 30 zł. Co pan na to?

- Przykra sprawa i co gorsza, pewnie nie jest jedyna. Dla mnie genezą tego problemu jest fakt, że są rzemieślnicy i ludzie, którzy wykonują rzemieślnicze zawody bez uprawnień. Przecież w większości nikt nie sprawdza, czy w ogóle je mają. Pani pewnie też tego nie zrobiła.

Praca na zlecenie? Brak urlopu na żądanie? Kłopoty z wypłaceniem wynagrodzenia? Sprawdź, czy znasz swoje prawa w pracy!

Nie, nawet mi to nie przyszło do głowy. Gdy idę do fryzjerki, to też nie pytam, czy jest po kursie lub szkole.

- Ale wchodzi pani do salonu lub zakładu fryzjerskiego, gdzie najprawdopodobniej na ścianie wiszą dyplomy, co wciąż jest formą manifestowania profesjonalizmu. Może pani również założyć, że właściciel nie zatrudnił kogoś, kto nie zna się na swojej robocie, bo padnie mu interes, a to najlepsza gwarancja. Jak wpuszcza pani do domu osobę z ulicy, na którą namiary znalazła w internecie, to tej pewności już nie ma.

Czyli od dzisiaj, kiedy będę zamawiać fachowców z tzw. ulicy, mam ich prosić o pokazanie uprawnień?

- Może pani poprosić o dokument potwierdzający kwalifikacje, ale rzadko kto nosi je ze sobą. Pewniejsza droga to wykonać telefon do lokalnego cechu lub wojewódzkiej izby rzemieślniczej, oni mogą potwierdzić, czy dana osoba jest w ich rejestrze. Jeżeli ma uprawnienia, powinna znaleźć się na liście.

A jeśli jej nie będzie?

- To już pani decyzja, czy skorzysta z jej usług. Zawsze można się w cechu lub izbie zapytać, kogo polecają. Dla prawdziwego fachowca to byłby ogromny wstyd, gdyby źle wykonał swoją pracę i ta wiadomość dotarłaby do jego lokalnego środowiska.

Zawody rzemieślnicze od lat bazowały na rekomendacji. W czasach, kiedy nie było reklam, a obowiązywała tylko poczta pantoflowa, jedyną gwarancją posiadania klientów była dobra opinia. Jak komuś nie poszła robota, bo to się przecież może zdarzyć każdemu, to naprawiał swój błąd po cichu i na własny koszt. Efekt był taki, że nawet w trudnych czasach ci, którzy uczciwie podchodzili do pracy, zawsze mieli zlecenia. Wyrobione nazwisko było na wagę złota.

I co się z tym honorem polskiego rzemieślnika stało?

- Ciągle obowiązuje, ale żeby to zrozumieć, musimy oddzielić fachowców od ludzi, którzy się pod nich podszywają. I to najczęściej pod zawody, które nie wymagają maszynowego zaplecza, tylko siły rąk i podstawowych narzędzi. Założenie prawdziwego, rzemieślniczego zakładu to inwestycja życia. W niektórych specjalizacjach maszyny potrafią kosztować nawet milion euro, ale średnio udaje się wyposażyć warsztat za 200-300 tysięcy złotych. A najgorsze jest to, że nawet, jak się człowiek zapożyczy na lata, nie ma gwarancji, że nie zabraknie mu klientów i nie zbankrutuje. Ale rozkręcenie własnego biznesu nie jest największym problemem rzemiosła w Polsce.

To co?

- Paradoksalnie, w czasach rekordowego bezrobocia wśród młodych, jest to brak napływu nowych rąk do pracy. Rąk, które będą chciały się trochę pouczyć, zanim pójdą na swoje. Po 1989 roku rodzice, chcąc dla swoich dzieci lepszego życia, masowo zaczęli wysyłać je na studia. Wtedy panowało jeszcze przekonanie, że wykształcenie gwarantuje lekką pracę. Skończyło się tym, że po ulicach chodzi pełno bezrobotnych psychologów, socjologów, specjalistów od zarządzania, którzy też zauważają brak szewców czy krawcowych, ale nawet do głowy im nie przyjdzie, że sami mogliby się za to zabrać. Co prawda ostatnio to się trochę zmieniło, bo ostatnio o 5 proc. wzrosła liczba osób wybierających szkoły techniczne i zawodowe. Mam nadzieję, że z roku na rok będzie ich więcej.

Jeśli za kilka lat przybędzie fachowców, to poprawi się jakość usług? W końcu im większa konkurencja, tym większa walka o klienta.

- Na pewno im więcej osób będzie miało uprawnienia, tym mniejsza będzie szansa trafienia na partaczy. Ale rynek sam się nie oczyści. Do tego potrzeba prawnych regulacji i ograniczenia dostępu wykonywania poszczególnych zawodów, a jak na razie minister Gowin i jego sławna deregulacja robią rzeczy dokładnie odwrotne. Moim zdaniem każda osoba, która wykonuje zawód związany z potencjalnymi stratami klienta, powinna mieć odpowiednie uprawnienia. Idąc do ubezpieczyciela, chcę wiedzieć, że w razie czego mam jakieś zabezpieczenie. Powierzając pieniądze maklerowi, że nie puści mnie z torbami. To samo dotyczy fachowców od remontów, budownictwa, instalacji wodno-kanalizacyjnych, grzewczych, gazowych itd.

Jednak papier nie daje gwarancji, że wszystko pójdzie dobrze.

- Zgadza się, ale jako klient mam wybór. Wiem, że każda z osób, na które potencjalnie się zdecyduję, zna się na swojej robocie. Dzisiaj wszystko odbywa się na koszt klienta. Gdy wykonawca zawali zlecenie, zamawiający może go jedynie podać do sądu. A fakt, że tamten mógł założyć firmę, nie znając się na oferowanej usłudze, nikogo już nie obchodzi. Jedyna weryfikacja rynku, jaka się obecnie odbywa, w całości jest opłacana i regulowana przez kieszenie Polaków. Co z tego wynika? Jeżeli zdecydujemy się na złego fachowca, który coś zniszczy, będziemy mogli mieć pretensje tylko do siebie, bo dokonaliśmy złego wyboru.

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX