Dzień z życia pracownika miejskiego szaletu

Dominika Karp
15.05.2008 , aktualizacja: 06.07.2007 10:00
A A A

Fot. Jakub Orzechowski / AGENCJA GAZE

Czuje pani? Bo ja się już przyzwyczaiłem. Tak, to konwalia. Kobiety bardzo ją lubią. Używam tego zapachu od wiosny. Wcześniej próbowałem np. wielokwiatowego i morskiego, ale morski jest za słaby, ginie... O swojej pracy opowiada Krzysztof Lubański, pracownik jednego z miejskich szaletów w Lublinie.
Za wikipedią: "kałboj - potoczne żartobliwe określenie przedstawiciela personelu męskiego pracującego w ubikacji publicznej w charakterze kasjera odpowiedzialnego też za zachowanie higieny (inaczej: "dziadek klozetowy"). W Polsce praca ta jest silnie sfeminizowana (żeńskim żartobliwym odpowiednikiem "kałboja" jest częściej spotykana "babcia klozetowa"). W zawiązku z czym spotkanie kałboja w ubikacji publicznej jest raczej zjawiskiem rzadkim".

- Jak pan reaguje gdy słyszy takie określenia? Dowcipy? - pytam. - Nie obrażam się. Podchodzę do tego wszystkiego z dystansem i uśmiechem. Kawały, jak kawały. Jak każde inne. Mnóstwo jest przecież kawałów o innych profesjach, np. policjantach, albo, powiedzmy o blondynkach. Policjanci jakoś masowo nie rzucają pracy, bo ludzie z nich żartują. Chociaż przyznam szczerze, że nie słyszałem dowcipów o stolarzach...

Kiedyś szło się za karę

Krzysztof Lubański z wykształcenia jest właśnie cieślą. - Najgorsza jest taka praca, kiedy nie widać efektu. Człowiek zasuwa i nie widzi wyników, a gdy jest się stolarzem i obrabia się drewno to wynik prędzej, czy później, ale widać. Do tego drewno tak pięknie pachnie - mówi. Podkreśla, że z pracy nigdy by nie zrezygnował, gdyby nie astma. - Co ze mnie za cieśla jak ja mogę do wysokości 2,5 metra pracować? - żali się.

Pan Krzysztof poszedł na rentę. Zabrakło na utrzymanie rodziny. Szukał więc jakiegoś zajęcia. Znalazł, gdy w 1992 roku zarządcą miejskich szaletów w Lublinie zostało dzisiejsze Kom-Eko. - Zorganizowali coś w rodzaju konkursu. Ludzi przyszło znacznie więcej niż było miejsc. Miałem to szczęście w nieszczęściu, że się dostałem - wspomina.

Przydzielono go wspólnie z kolegą do szaletu w centrum miasta. - Zaczynałem od placu Litewskiego, można powiedzieć od głównego miejskiego szaletu. Nikt z nas nie marzył o takiej pracy. Wstyd był jak diabli - jak przychodził ktoś znajomy to się uciekało na damski i udawało, że coś tam się robi - wspomina. O tym, czym się zajmuje pan Krzysztof nie powiedział też swojej teściowej, a że do dezynfekcji używano wtedy głównie lizolu i chloru, których zapachem cały "przechodził", w domu mówił, że pracuje w zakładzie chemicznym.

- Chcieliśmy, żeby było inaczej, żeby ludzie zaczęli nas traktować inaczej. Na początku było ciężko, bo zaczynaliśmy praktycznie od zera - najpierw zrezygnowaliśmy z wydzielania kawałków papieru, przykleiliśmy nalepki na drzwiach do toalet, wprowadziliśmy mydelnice, powiesiliśmy lustra i firanki w oknach, a w biurze położyliśmy dywaniki. Założyliśmy też akwarium, zresztą bardzo udane, bo kolega miał dostęp do wszystkich nowości z katalogu. Z czasem ludzie się przyzwyczaili, nawet nauczyliśmy ich mówić dzień dobry - wspomina Lubański.

Nie ma maciejki

Po ośmiu latach pan Krzysztof został przeniesiony do Ogrodu Saskiego. Zarządca ograniczał wydatki, więc został sam. - Żyłem tam jak w lesie, miałem zaprzyjaźnione wiewiórki, które jadły mi z ręki. Było bardzo sympatycznie - ludzie się nie wstydzili, uśmiechali się, zawsze zagadali. Kłaniali się potem nawet podczas spotkania na ulicy - to było miłe, że jeszcze bardziej nie dołują człowieka - wspomina.

Nie wszyscy jednak byli tacy przychylni. Gdy pewnego razu pan Krzysztof posadził bratki, na drugi dzień zastał już tylko puste dołki. Innym razem ktoś powyrywał kwiatki, albo podpalił szyld. Lubański: - Zdarzają się złośliwi ludzie. Człowiek tyle czasu tu spędza, chciałby czymś oko nacieszyć...

W szalecie obok cmentarza przy ul. Lipowej pracuje od listopada. Pani Wiesława, która opiekowała się tą toaletą wcześniej, poszła wtedy na emeryturę. Siedzimy w "biurze": niewielki pokoik, po środku stolik, trzy krzesła, szafka, na stołeczkach pod ścianą czajnik elektryczny, na ścianie kalendarz, obrazki i kwietniki ze sztucznymi roślinami ("żywe padły"), gra radio. Po obu stronach pokoiku okienka. Na stole gazety, "Świat krzyżówek" (pan Krzysztof bardzo lubi je rozwiązywać), okulary, piórnik, goździki w plastikowym wazonie, po środku podstawka pod doniczkę, a w niej drobne.

- Sporo tu serca i pracy włożyłem, nie było nic - tego biurka, krzesła się rozlatywały. Powstawiałem zamki w drzwiach, pomalowałem ściany, zamalowałem graffiti, ponumerowałem kabiny. Może trochę nieudolnie, bo nie jestem plastykiem, zrobiłem te figurki - kobiety i mężczyzny - mówi.

Tutaj również - przed wejściem do szaletu pan Krzysztof urządził ogródek - posiał maciejkę, nagietek, zasadził chryzantemy... Tym razem też nie miał szczęścia, bo pod koniec maja wszystko zniszczyła ogromna ulewa.

Czego nie ma krzyża na ścianie?

Lubański wstaje codziennie o godz. 4.50. - Nawet jak ostatnio byłem w sanatorium i kładliśmy się po północy, albo później, wstawałem za dziesięć piąta. Już tak zaprogramowany jest mój wewnętrzny zegar - mówi. Do pracy przyjeżdża miejską komunikacją o szóstej. Mówi, że jak są ludzie pracuje do "ostatniego klienta". "Największy ruch" jest podczas pogrzebów. Gdy budowano pobliskie centrum handlowe z szaletu korzystało też wielu pracujących na budowie robotników. - Przychodzili już od rana, gdy zazwyczaj jest tu pusto, po kilka osób, więc, żeby nie stali w kolejkach wpuszczałem ich do damskiej części, ale nie do zarezerwowanej dla pań "jedynki", bo jest technicznie najlepsza. Jest nowy sedes, kolorowy papier - mówi.

Śmieje się, że podczas budowy centrum z toalet znikały odświeżające kostki: - Musiałem je przywiązywać drucikami. Po co komu takie kostki? Przecież to kosztuje grosze. Papier rozumiem - wytrzeć nos na budowie, czy coś, ale kostki? - pyta.

Mówi, że ludzie trafiają się różni: zdarza się, że mają pretensje, że na ścianach nie ma krzyży. Spotyka go jednak coraz mniej złośliwości. - Kiedyś się tym przejmowałem, ale teraz przywykłem, bo zrozumiałem, że masa osób pracuje tak jak ja. Teraz ludzie podchodzą do nas z większym szacunkiem niż kiedyś - rozumieją, że to praca jak każda inna.

Zobacz także