Michał Sielski: Wy to macie fajnie! Niemal każdy mały chłopiec bawi się w dzieciństwie w strażaka, ale tylko niektórzy później wiążą życie zawodowe z tą profesją.
Paweł Wójcikiewicz: Praca w straży to na pewno dla wielu z nas spełnienie chłopięcych marzeń. Ja zawsze śmieję się, że w moim przypadku inaczej być nie mogło, bo muszę spłacić pewien dług. W młodości lubiliśmy z kolegami penetrować różne stare strychy i schrony. Latarki wtedy jeszcze powszechne nie były, więc drogę oświetlaliśmy sobie zapałkami. I przypadkowo podpaliliśmy jeden ze strychów w dziesięciopiętrowym bloku. No i teraz muszę to odpracować.
Nieźle nabroiliście, były jakieś poważniejsze konsekwencje?
- Na szczęście nic wielkiego się nie stało, przede wszystkim najedliśmy się strachu. I jakoś dziwnie wszystkim szybko przeszła ochota na zabawy z zapałkami.
Już wtedy wiedział pan, że zostanie strażakiem?
- Przeczuwałem. Wybrałem drogę, którą teraz podąża wielu moich młodszych kolegów. Zostałem stażystą, przeszedłem testy sprawnościowe oraz z wiedzy ogólnej i zostałem strażakiem.
Trudne testy?
- To zależy dla kogo, ale łatwo nie jest do dziś. Jest test z wiedzy ogólnej i egzaminy sprawnościowe. Bieg na kilometr, sprawdzający wytrzymałość, potem na 50 metrów, sprawdzający szybkość, podciąganie na drążku i wejście na 30-metrową drabinę.
30 metrów? To przecież dziesięciopiętrowy budynek!
- Otóż to. I niektórym robi się w połowie miękko w nogach i odpadają. A szkoda, bo to często ludzie z wartościowymi umiejętnościami - np. ratownicy medyczni. Każdy, kto jest ratownikiem, płetwonurkiem lub ma przeszłość w Ochotniczej Straży Pożarnej ma jednak podczas egzaminu preferencyjne punkty.
Wspomniał pan o OSP. Ostatnio przez nasz kraj przetoczyła się fala podpaleń, które jak się okazało były dziełem ochotników, którzy później "bohatersko" gasili pożary
- Nie mamy do nich żadnej awersji. Jak w każdym zawodzie, u nas też trafiło się kilka nieodpowiedzialnych jednostek. Strażak ma ratować życie i mienie, a nie podpalać.
Jednak wasza praca polega chyba przede wszystkim na czekaniu. Już dawno nie buduje się tylko z drewna, więc pożary są coraz rzadsze.
- Czekanie? No racja, kiedyś strażak gasił pożar i na tym się jego rola kończyła. Ale dziś wygląda to całkiem inaczej. W Gdyni mamy port, lotnisko, zakłady przemysłowe, szeroko rozwinięty transport, właśnie powstaje najwyższy na Pomorzu budynek Naprawdę mamy co robić, a poza tym tydzień strażaka, to nie tylko gotowość. Od poniedziałku do piątku są szkolenia: taktyka gaszenia pożarów, ratownictwo chemiczno-ekologiczne, wysokościowe i wiele innych. Nawet ćwiczenia na statkach i okrętach Marynarki Wojennej. W międzyczasie wyjeżdżamy do wypadków drogowych, ratujemy ludzi i zwierzęta. Sobota jest dniem gospodarczym, gdy sprzątamy swoje strażnice, a dopiero w niedzielę można pozwolić sobie, by czekać na wezwanie spokojnie czytając książkę.
Wielu odchodzi ze względu na stres, zagrożenie czy choćby niskie zarobki?
- W tym zawodzie rzeczywiście nie da się dorobić. Początkujący strażak zarabia 1,2 tys. zł, teraz po podwyżce będzie to 1,5 tys. zł. Ale w ciągu 15 lat pamiętam zaledwie jedną osobę, która odeszła. To pewnie dlatego, że strażakiem zostaje się przez wewnętrzne powołanie. To trzeba czuć, mieć to w sercu. A skoro pensje są niskie, to wielu strażaków po prostu dorabia.
A nie wścieka się gdy po raz kolejny pędzi przez pół miasta do pożaru, którego, jak się potem okazuje, wcale nie było?
- Pewnie, że się wścieka! W zeszłym roku w samej Gdyni mieliśmy 185 fałszywych alarmów. Narażamy życie swoje i innych ludzi, a potem okazuje się, że to zwykła złośliwość.
Może się odechcieć?
- Pewnie tak, ale my pamiętamy raczej chwile, które uświadomiły nam, że nasz wybór był trafny. Mnie najbardziej zapadły w pamięci początki pracy. Pierwsze wypadki samochodowe, udzielanie pomocy przed medycznej, która pewnie pomogła kilku osobom ocalić zdrowie lub życie. Po każdej udanej akcji czułem ogromną wewnętrzną satysfakcję. Kilka lat temu moi koledzy wynieśli z palącej się tapicerni człowieka, który był już nieprzytomny, a udało się go uratować. Dostali puchar, ale przede wszystkim motywację do dalszej pracy. Dla takich chwil zostaje się strażakiem, takie chwile uskrzydlają.
Nie zawsze udaje się jednak pomóc. Co wtedy?
- Wtedy trzeba radzić sobie z ogromnym stresem. Gdy 15 lat temu wybuch gazu zniszczył całkowicie gdański wieżowiec, musieliśmy z gruzu i pyłu wygrzebywać szczątki ludzkich ciał. Zaczynałem wtedy dopiero pracę i nie było mi łatwo. Zresztą innym też Takie chwile zapamiętuje się do końca życia.
I można powspominać na emeryturze po 15 latach pracy
- Tylko, że po tych 15 latach możemy dostać 40 proc. podstawy pensji. Z tego co wiem, decyduje się na nią ledwie 5 proc. strażaków. I to głównie tych, którzy mają kłopoty ze zdrowiem. Bo w naszym zawodzie kontuzje są na porządku dziennym, niemal jak w sporcie. Znoszenie dorosłego człowieka z dachu wieżowca, dźwigając jednocześnie na plecach aparat tlenowy, to nie jest łatwa sprawa.
Macie jakieś przesądy, zabobony przed akcją?
- Nie możemy mieć! Bo jak pan to sobie wyobraża? Gdy czarny kot przebiegnie nam drogę, nie możemy zawrócić i jechać inną trasą