Kierowcy tirów: to nie przygoda, to tylko kasa

Michał Sielski
2008-06-24 , aktualizacja: 02.07.2008 14:54
A A A Drukuj

Fot. Jakub Orzechowski / AGENCJA GAZETA

- Robota ciężka, bo musimy być kierowcami, a często też mechanikami. Śpimy gdzie popadnie, jemy w samochodzie, rodzin nie widujemy tygodniami. A dla kierowców osobówek jesteśmy jak największe zło, choć większości z nich prawo jazdy powinno się odebrać od razu - opowiadają o swojej pracy kierowcy tirów, którzy coraz częściej strajkują, zapowiadając bardziej dokuczliwe protesty.

Zobacz co Cię czeka w przyszłości...



Ciężarówki zatrzymały się na parkingach w samo południe. Kierowcy protestowali przeciwko nowelizacji ustawy o drogach publicznych, która zakłada m.in. zniesienie winiet, co równa się z wprowadzeniem opłat za korzystanie z autostrad. Szef Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych, Jan Buczek twierdzi, że z tego powodu wiele firm transportowych może nawet upaść. Ale kierowcy nie tracą dobrego humoru. - Rząd zawsze miał nas głęboko w d.... Ja zatrzymałem się głównie dlatego, żeby zrobić sobie przerwę w drodze do Szczecina - mówi Waldemar, stojący obok ogromnej ciężarówki z łódzką rejestracją i drugą za szybą z napisem "Waldek". - Nie wierzę, że coś zmienimy, ale spróbować można, bo robotę i tak mamy jak te psy: pół życia spędzamy w budzie, ludzie rzucają nam jakieś ochłapy i ciągle jesteśmy uwiązani do kilkunastotonowego łańcucha. No, ale każdy z nas wybrał tę robotę dobrowolnie, nikt tu nikogo na siłę nie trzyma, i tak wszyscy jeżdżą nadal. Nie jest wcale tak źle, trzeba to polubić - przekonuje filozoficznie Waldemar.

Doimy ich na paliwie, ale sprawiedliwie

Zawodowi kierowcy tirów to z pewnością specyficzna grupa społeczna. Niektórzy mówią o sobie wprost:

- Jesteśmy nienormalni. Bo kto normalny zgodziłby się wyjeżdżać w dwutygodniową delegację, a po dniu przerwy jechał w kolejną? - pyta Andrzej, który jeździ w dużej międzynarodowej firmie spedycyjnej. Zleceń ma tyle, że jak tylko wraca z jednego wyjazdu, to już dwa, trzy kontenery czekają, a dysponent nerwowo przebiera nogami, żeby zabrał kolejny jak najszybciej. - Ale powiedziałem im: hola, hola! Nie będę zap... non stop. Mam swoje życie, mam rodzinę i chociaż dwa dni między trasami mi się należą! - denerwuje się. Ostatecznie negocjacje stanęły jednak na jednym dniu przerwy, chyba, że wypada on przed weekendem, wtedy ma wolną sobotę i niedzielę. Ale rzadko udaje mu się tak trafić. Poza tym nie do końca mu się to opłaca. Jego pensja składa się bowiem z niskiej, wynoszącej 1,2 tys. zł podstawy i diet dziennych, które są wypłacane tylko wtedy, gdy jest w trasie. Jeśli trasa jest zagraniczna, dostaje 140 zł, w Polsce 100 zł dziennie. Może więc zarobić ok. 4 tys. zł miesięcznie, ale zarabia czasami więcej niż 5 tys. zł. - Jestem w fachu już od ponad 20 lat, więc wiem jak jeździć, żeby odlać sobie po każdej trasie odpowiednią ilość paliwa. Oficjalnie moje auto żłopie 33 litry na 100 km. Ale jak jadę pusty to dużo mniej. Nikt tego u nas specjalnie nie sprawdza. Może nawet wiedzą, że ich doimy, co najmniej trzech moich kolegów robi to samo. Tylko, że oni nas doją na pensjach, więc my ich na paliwie. Sprawiedliwość musi być. Do tego dochodzi reszta z diety na jedzenie i "różne" faktury w hotelach - mówi puszczając oko Andrzej, który otwarcie przyznaje, że jeździ tirem tylko dla pieniędzy. - Ludziom się wydaje, że to takie fajne, że taka przygoda, bo wjeżdża się na autostradę i pruje przed siebie... A to wcale nie jest tak różowo, bo trzeba często jeździć bocznymi drogami, zwłaszcza w Polsce. Dlaczego? Bo każdy chce zdążyć, a przepisy są jakieś kuriozalne. Jeszcze parę lat temu to sobie mogłem jechać po kilkanaście godzin dziennie i nikt się nie czepiał. A teraz? Co chwilę przerwy, potem nocleg, a ja nie mam często na to czasu i ochoty. Kierowca z takim stażem powinien mieć zgodę na jazdę kilkanaście godzin na dobę - przekonuje.

Nie jestem chamem, nie "kipuję" na drogę

Inni chwalą sobie jednak nowe przepisy i restrykcyjne sprawdzanie tachografów. - Jak ktoś nie chce, to nie trafi ani na miśków [policję - red.], ani na zielonych [Inspekcję Transportu Drogowego - red.]. Po to mamy przecież radia CB, żeby sobie pomagać. Można więc jechać bocznymi drogami od morza do gór i nikt nikogo nie zatrzyma. Ale ja tam się cieszę. Kiedyś dzwonili do mnie z firmy i marudzili o której będę na miejscu. A teraz odbieram telefon na parkingu i połykając hot-doga mówię, że po prostu nie mogę jechać i tyle. Tym bardziej, że coraz trudniej dojechać szybko na miejsce. Bo po pierwsze: tacho [tachograf - rejestruje czas pracy kierowcy i prędkość jazdy- red.], a po drugie: drogi, które wszędzie są remontowane i po trzecie i chyba najważniejsze: kierowcy osobówek. To jest dopiero temat na artykuł! Jak te łajzy jeżdżą, zwłaszcza na wiochach! Wszystkim bym zabrał prawo jazdy, wszystkim! - denerwuje się 35-letni Wojciech, który od dziesięciu lat jeździ tirami. Opowiada o sytuacjach, w których zajeżdżano mu drogę czy wymuszano zjazd na pobocze wyprzedzaniem nawet "na czwartego". Więc Wojciech w końcu nie wytrzymał. - Teraz się nie przejmuję takimi palantami. Jak wali ze mną na czołówkę to włączam tylko długie i ani na centymetr się nie odsuwam. Paru idiotów nauczyłem już myśleć, jeden skończył nawet w rowie. I wcale mi durnia nie było żal. Jak zatrzymałem się i zobaczyłem, że nic mu się nie stało, to chciałem mu jeszcze nakłaść po mordzie, ale inni kierowcy mnie powstrzymali. Dostanie taki samochód od tatusia i myśli, że jest panem szosy - spluwa z odrazą Wojciech. Widać i słychać, że inni kierowcy to dla niego głównie przeszkody na drodze. Za własne pieniądze zamontował sobie nawet głośniejszy klakson, choć wygląda tak, jakby własnych pieniędzy nie miał wcale. Nieogolony, wypłowiała koszulka na ramiączkach, rozciągnięte spodnie i rozdeptane buty. W ustach pet, który sprawia takie wrażenie, jakby się z nimi nigdy nie rozstawał. W budzie jeszcze koszula, nieodłączna flanelka na zimniejsze wieczory, plakat z hojnie obdarzoną przez naturę panią, szalik z napisem Polska i proporczyk Górnika Zabrze. No i oczywiście popielniczka. Nie samochodowa, ale zwykła, domowa, taka z duraleksu. - Nie jestem chamem, nie będę przecież "kipował" na drogę, zwłaszcza, że jeżdżę przez lasy - wyjaśnia.

Jak przyjadę, to będę

Kierowcy osobówek mają zgoła odmienne zdanie o tirowcach. Powszechnie uważa się, że ci drudzy prezentują na drodze zasadę "duży może więcej" i niewiele sobie robią z przepisów drogowych, a przede wszystkim z nieformalnych życzliwości na drodze. - I racja, bo to po prostu buraki - nie owija w bawełnę Marek, pracujący w dużej gdyńskiej firmie spedycyjnej. - Oczywiście nie wszyscy, ale jest ich tak wielu, że wystarczy, żeby mieli taką opinię. Nie rozumieją, że czasy się już zmieniły i klientom nie można odpowiadać w stylu: "ja to pier...", "wisi mi to", albo "a co się paniusia przyp.., jak dojadę, to będę". Niestety wciąż mamy takie skargi od klientów. Ostatnio jeden z naszych kierowców, czekając na rozładunek popijał piwo w kabinie. A że rozładunek trwał kilka godzin, to jak już się skończył i miał ruszać w trasę, to wjechał w ogrodzenie i mieliśmy niezłą awanturę. Przyjechała policja, prawo jazdy zabrane, sprawa do sądu, kierowca zwolniony, ale klienta straciliśmy. A co na to kierowca? "Trzeba było szybciej to zorganizować, to by problemu nie było". No ręce opadają - kręci głową Marek. Jego firma właśnie z powodu kierowców zrezygnowała z organizowania transportu. W razie czego zawsze mogą zwalić winę na podwykonawcę, poinformować klientów, że on już nigdy do nich nie przyjedzie i działać dalej. A kierowca jedzie do innego klienta, do następnego razu... Dziś firmy transportowe i spedycyjne narzekają na kierowców, bo najlepsi z nich kupili lub wzięli w leasing samochody i pracują na własną rękę. Za krótki kurs pomiędzy Gdynią i Gdańskiem (ok. 20 km), przy stałej umowie można otrzymać 500-600 zł. A taki kurs można robić codziennie, a w najlepsze dni nawet dwa razy w ciągu doby - jeśli załadunek i rozładunek trwają niedługo. Jeszcze lepiej zarabia się na dłuższych trasach. Przewożąc towar z Gdańska do Warszawy firma otrzyma ok. 2 tys. zł. Za wyjazdy zagraniczne stawki są już w euro. Trasa do Hamburga to minimum 800 euro. Dlatego coraz więcej osób działa na własną rękę.

Aresztować, najwyżej się wypuści

Pieniądze są więc jednym z najważniejszych czynników, które przyciągają ludzi do pracy na tirach. Są wśród nich także pasjonaci, którzy nigdy nie wyrośli z marzeń o prowadzeniu wielkiej ciężarówki. To właśnie oni są rozchwytywani i jeśli nie myślą o założeniu własnej działalności, zarabiają naprawdę dobrze. Dostają najlepsze trasy i najlepsze samochody. Nie muszą wykłócać się dietę na wyjazd, czy pieniądze na hotele i jedzenie. Ale oni także miewają problemy. Jak Marek Pańczyk, który już kilkakrotnie był aresztowany, choć niczym nie zawinił. Gdańszczanin jeździ tzw. "plandeką", czyli dużą ciężarówką, nie dostosowaną do przewozu kontenerów, ale innych towarów. Sama plandeka, która znajduje się na metalowym stelażu waży kilkaset kilogramów. Jej zdjęcie czy założenie wymaga sporej krzepy. Pańczyk jest też entuzjastą siłowania się na rękę, więc przy niemal dwumetrowym wzroście, wygląda dość "nieprzysiadalnie". Osiem lat temu ukradziono mu paszport. I się zaczęło... - W grudniu zostałem zatrzymany do zwykłej kontroli drogowej. Policjanci po sprawdzeniu przez radio moich danych zrobili wielkie oczy, rzucili się na mnie, zakuli w kajdanki i odwieźli na komisariat. Tam dowiedziałem się, że jestem poszukiwany w strefie Schengen groźnym gangsterem, który napada na niemieckie banki i ucieka z komisariatów - opowiada. Pańczyk spędził na komisariacie kilka godzin, bo policjanci stwierdzili, że jest podobny do człowieka ze zdjęcia przysłanego z Niemiec. Dopiero następnego dnia po pobraniu odcisków palców okazało się, że to "nie ten Pańczyk". Prawdziwy bandyta używa po prostu jego paszportu i na jego "konto" popełnia kolejne przestępstwa. Tylko, że po kilku tygodniach sytuacja się powtórzyła. Tym razem miał szczęście, bo to samo zdjęcie inny policjant ocenił odmiennie. Po kilku rozmowach z policjantami, teraz nosi już przy sobie nie tylko protokoły zatrzymań, ale także artykuł z "Gazety Wyborczej", w którym opisano jego problemy. Często polscy kierowcy sami są jednak winni swojej nienajlepszej opinii. Tajemnicą poliszynela jest, że część z nich jest obok przedstawicieli handlowych stałymi klientami, korzystającymi z usług stojących przy drogach pań. Powszechne jest też przekonanie o ich niewielkim zamiłowaniu do higieny osobistej. I właśnie pytanie o nią, było ostatnim, jakie udało mi się zadać Wojciechowi, który strasznie się przy tym zdenerwował.

- Spróbujcie mądrale żyć dwa tygodnie w blaszanej puszce, niemal cały czas siedząc. A potem zatrzymać się na słońcu i wymienić choćby jedną część. Wysmarować się po łokcie, umyć w jeziorze, albo przydrożnym rowie. Ciekawe jak byście wtedy wszyscy pachnieli? Nikt z nas w gacie przecież nie szcza - zdenerwował się Wojciech i zatrzasnął drzwi kabiny.

Odstresuj się, w końcu są wakacje...



  • Re: Kierowcy tirów: to nie przygoda, to tylko kas kakens 03.07.08, 08:59

    Nie można oceniać całej grupy po kilku przypadkach, ale nagminnie trafiam natiry, które:Wyprzedzają się na autostradzie z różnicą prędkości 5km/h, trwa to czasamibardzo długo. Ostatnia »

  • Kierowcy tirów: to nie przygoda, to tylko kasa rijselman12.0 03.07.08, 12:11

    Dziekuje za mile nam komentarze...-Czarne owce sa wszedzie -to nieuniknione.-Wlasnie jestesmy w trakcie manif na drogach FR.-Nienawidzacym nas "osobczakom"pragne przypomniec,ze »

  • Tiry powinny jeździć koleją. igrekoski 03.07.08, 17:48

    A jeżeli nie całe TIRy to ich cargo. Tak było w latach 80tych i na początku90tych. Stało się wtedy długo na przejazdach kolejowych ale drogi były puste.Drugim plusem byłaby obniżka cen »