Magda, księgowa: "Zmieniłam pracę mimo kryzysu" - Kogo stać na zmiany?
Tort się topi, dekoracja spada gościom na głowę, ślubna limuzyna psuje się w drodze do kościoła, świadkowie stoją w korku, a w najmniej oczekiwanym momencie do akcji wkraczają rodzice młodej pary, dezorganizując całą imprezę. Tak mogłaby się zaczynać niejedna amerykańska komedia romantyczna, ale to nie fragment scenariusza, tylko sytuacje, z którymi agentki ślubne mają do czynienia na co dzień. Bo w czasach kryzysu małżeństwo wydaje się jedną z najbardziej trwałych inwestycji na przyszłość. Przynajmniej w Polsce, gdzie z roku na rok rośnie liczba zawieranych związków małżeńskich.
Biznes na 7 miliardów Przemysł ślubny to coraz mocniejsza gałąź polskiej gospodarki. Według GUS od dwóch lat liczba ślubów nie spada poniżej 250 tys. rocznie (w 2008 r. było ich prawie 10 tys. więcej niż rok wcześniej). Roczną wartość rynku szacuje się dziś na 7 mld zł. Im więcej ślubów, tym lepiej dla firm zajmujących się ich organizacją. W ciągu ostatnich lat przybywa ich jak grzybów po deszczu, a zawód konsultanta ślubnego staje się coraz bardziej popularny.
W Krakowie, Warszawie czy na Śląsku działa po kilkanaście agencji ślubnych. Takich, które mają co najmniej dwa lata stażu w branży. W 2007 r. w trosce o dobry wizerunek zawodu powstało pierwsze Polskie Stowarzyszenie Konsultantów Ślubnych. Każdy może się tam zgłosić i spytać o firmę ze swojego miasta.
Pierwsze agencje ślubne z prawdziwego zdarzenia zaczęły powstawać w Polsce przed czterema laty. Organizują śluby, wesela, zaręczyny, przyjęcia, rezerwują noclegi, aranżują zwiedzanie miasta. Udzielą nawet przedślubnych porad, za kilkadziesiąt złotych za godzinę.
Konkurencja jest duża, a jest o co walczyć. Doświadczenia agentek ślubnych pokazują, że młode pary wydają na organizację ślubu i wesela średnio 30-40 tys. zł. Zdarzają się jednak zamówienia znacznie droższe, warte nawet kilkaset tysięcy. - Górnej granicy nie ma - przyznają konsultanci. Zysk agenta to ok. 10 proc. wartości imprezy. Albo więcej - w zależności od obowiązków konsultanta.
W agencjach pracują głównie kobiety. Ale to nie panie w stylu Jennifer Lopez w butach od Prady (jak w komedii romantycznej „Powiedz »tak «”), tylko wyważone profesjonalistki, dla których najważniejsze jest, żeby dekoracja była dopięta na ostatnią pinezkę, kwiaty nie zwiędły, a w ślubnej limuzynie nie zepsuł się silnik. Nazywają siebie weddingplanerkami, agentkami, koordynatorkami, doradcami, konsultantkami albo po prostu organizatorkami ślubów.
Namiary na księdza i manikiurzystkę Katarzyna Wachułka z firmy Raz w Życiu to profesjonalistka, dla której najważniejsze jest perfekcyjne wykonanie planu. Barbara Patoczka z agencji Imagine, opowiadając o swoich zawodowych przygodach, wzdycha, że Polacy mają tak mało fantazji, jeśli chodzi o pomysły na niezwykłe imprezy. Magda Piotrowicz z firmy CracowWeddings sama stara się podsuwać klientom niekonwencjonalne pomysły.
Wszystkie zaczynały tak samo: najpierw trzeba zarejestrować firmę, zainwestować w stronę internetową i auto (mobilność w tym zawodzie to podstawa). Optymalnym rozwiązaniem jest też posiadanie gotówki, szczególnie w przypadku firm, które stawiają pierwsze kroki w tym biznesie. Zdarza się bowiem, że wielu podwykonawców żąda zaliczek.
Jednak najważniejsze są znajomości. Dobry agent ślubny ma rozbudowaną sieć kontaktów. Z hotelami, fotografami, wypożyczalniami samochodów, firmami kateringowymi, stylistami, manikiurzystkami, sklepami z sukniami ślubnymi, księżmi... Czasem planują imprezę przez półtora roku - od A do Z, czasem muszą zdążyć na ostatnią chwilę, bo ktoś sam organizujący uroczystość dwa tygodnie przed nią zdaje sobie sprawę, że nie da rady.
Kto zarabia najwięcej? - Wypełnij ankietę!
Jak pobierają się Polacy? - Mieszczuchy uciekają ze ślubami za miasto. Szukają spokoju, nastrojowego drewnianego kościółka. Dla tych z zagranicy ważne jest, żeby pokazać to, co najbardziej charakterystyczne w danym mieście, takie pocztówkowe - mówi Katarzyna Wachułka. - Jeśli więc Amerykanie decydują się na ślub np. w Krakowie, podczas imprezy nie może zabraknąć dorożki, sesji zdjęciowej na Wawelu i spaceru po Rynku.
Rzadko zdarzają się takie pomysły jak porwanie panny młodej przez zbójników podczas imprezy w górach i przysięga ślubna wygłoszona na łące pełnej kwiatów. Ale, jak mówi Katarzyna, dobrze, że w ogóle są. - Kiedyś też klienci zapragnęli urządzić imprezę w stylu hawajskim, udekorować odpowiednio lokal, zamówić muzykę i poprzebierać gości w tematyczne stroje - wspomina agentka.
Po fali emigracji zarobkowej pojawia się coraz więcej par mieszanych, w których jedno z państwa młodych jest obcokrajowcem. Wówczas wesele łączy się z przyjęciem przed uroczystością i po niej, zapewnieniem zakwaterowania gościom z zagranicy i zwiedzaniem miasta, w którym młodzi mówią sobie "tak".
Po krakowsku i po warszawsku Barbara twierdzi, że w Polsce są dwa typy klienta. Krakowski i warszawski. - Klient krakowski jest zamknięty i konserwatywny. Warszawski jest o wiele bardziej otwarty na nowe trendy i eksperymenty - mówi. - Bez względu na miasto dzisiejsza moda ślubna w Polsce jest nacechowana wzorami z Zachodu. Niektóre panny młode chcą, aby tata prowadził je do ołtarza jak na filmie. Innym zależy, żeby pod koniec ceremonii kościelnej padło: "A teraz możesz pocałować pannę młodą". Z Włoch zaś przyszła do nas moda na niewielkie prezenciki dla gości rozdawane podczas ceremonii - wylicza agentka.
Coraz większa liczba par, wzorując się na USA, planuje uroczystość ślubną poza murami urzędu stanu cywilnego i kościoła. To już nie tylko parki czy ogrody. Są więc śluby na łące, w górskiej chacie, w otoczeniu grupy motocyklistów czy na przystani jachtowej. Problem jedynie w tym, że Kościół rzadko zgadza się na takie plenerowe zaślubiny.
Wszystko ma jednak swoje granice. Kiedy para młoda jest zdruzgotana tym, że podczas ceremonii ksiądz nie pyta, czy jest ktoś, kto zna przyczyny, dla których tych dwoje nie może się pobrać, wtedy wiele agentek przeklina amerykańskie komedie romantyczne.
Pojawiają się też przyjemne zapożyczenia. - Podoba mi się tradycja przemówień podczas uroczystości. To zawsze jest wzruszające i wzbudza wiele pozytywnych emocji - mówi Magda Piotrowicz. - Czasami klienci, zwłaszcza tacy, z których jedno jest obcokrajowcem, próbują przemycić jakiś element danego kraju. Będę organizowała wesele pary, która zaręczyła się w Wielkiej Brytanii. Młodzi zażyczyli sobie, żeby z urzędu stanu cywilnego na przyjęcie zawiózł gości londyński czerwony autobus. Tam będzie na nich czekać muzyka, szampan i drobne przekąski, więc impreza zacznie się już w autobusie.
Agentka od kuchni Czego nie może zabraknąć w pracy weddingplanerki? Oczywiście wpadek! A te nadają się do niejednego scenariusza filmowego. - Na jedno z krakowskich wesel przyjechał wspaniały tort piętrowy robiony na zamówienie w Warszawie. Był piękny, niestety, tuż po przybyciu zaczął się rozpływać... - wspomina Magda. - Przez kilkanaście minut wisiałam na telefonie, stosując się do wskazówek cukiernika, który tłumaczył, jak schłodzić tort, żeby dał się pokroić. Udało się i para młoda nawet nie dowiedziała się, że mogła zamiast pięknego tortu mieć truskawkową masę - mówi. - Raz również zdarzyło się, że pani świadek utknęła w drodze do kościoła. Ksiądz się niepokoił, kolejna para czekała, a druhny nadal nie było. Skończyło się tym, że w roli świadka wystąpiła moja wspólniczka.
Kuferek awaryjny, a nawet torba ratunkowa to w zawodzie agentki ślubnej standard. Jest tam igła, nitka, kilka rodzajów guzików, zestaw agrafek, które zawsze się przydają. - Nie było jeszcze imprezy, podczas której nie urwało się ramiączko w sukience druhny - uśmiecha się Magda. - Do tego zestaw leków przeciwbólowych, pasta do butów, tak na wszelki wypadek, i buteleczka ze... sztucznymi łzami. Fotografowie twierdzą, że na zdjęciach takie łzy stwarzają niesamowity efekt!