Zawód: Stopek

Dominika Karp
2009-12-14, ostatnia aktualizacja 2009-12-14 17:28
Fot. Michał Mutor / AG

Ma ciepły obiad, wolne weekendy i zawsze wie, o której wróci z pracy. A że zimno i pada? Do tego można się przyzwyczaić.

ZOBACZ TAKŻE

Wygarnij szefowi - wygraj 1000 euro lub kurs nurkowania



Jacek to niewysoki, bardzo skromny i trochę nieśmiały chłopak. Właśnie wrócił ze szkolnej stołówki. Na pierwsze była zupa neapolitańska. Na drugie kotlet, ziemniaki i surówka. - Obiady są naprawdę bardzo dobre - mówi.

"Panem Stopem" (strażnikiem ruchu drogowego i opiekunem dzieci oraz młodzieży) Jacek jest dość krótko - we wrześniu zaczął drugi rok pracy. Można go spotkać w pobliżu przejścia dla pieszych przy Szkole Podstawowej nr 51w Lublinie. Nie zauważyć - ze względu na charakterystyczny odblaskowy strój - nie sposób. Przeprowadza dzieci przez ulicę Bursztynową - do niedawna spokojną, osiedlową uliczkę. Po rozbudowaniu pobliskiego osiedla zmieniła się w dość ruchliwe miejsce. Poza uczniami, do mieszczącego się obok przedszkola chodzą tędy również rodzice i dziadkowie z maluchami. Niedaleko jest kościół, a vis-a-vis przejścia - sklep spożywczy. Potrzebę zatrudnienia kogoś, kto pomógłby dzieciom bezpiecznie przechodzić przez ulicę, zgłosili właśnie rodzice.

Przed Jackiem na przyszkolnym przejściu pracowały dwie panie - Agnieszka (teraz pracuje "na kuchni") i Sylwia. Zrezygnowała, bo miała bardzo daleko do pracy - na Porębę musiała jechać przez całe miasto. Jacek zgłosił się sam. Przyszedł do szkoły i zapytał o pracę. Tak został "stopkiem".

Mógłbym być portierem

Wcześniej, przez trzy lata, pracował jako kierowca autobusu - jeździł komunikacją miejską u "prywaciarza". Pierwszy kurs miał kilka minut po piątej rano, więc żeby zdążyć do pracy i odebrać autobus z zajezdni przed pierwszą zmianą wstawał 20 minut po trzeciej. Teoretycznie pracę kończył przed 15, ale bardzo często zdarzało się, że w grafiku nie miał wpisanego zmiennika i musiał jeździć cały dzień. W domu był ok. 22. I tak sześć dni w tygodniu, a co drugi tydzień - siedem. Do tego zarabiał grosze i nawet nie miał kiedy pojechać do Marzeny, teraz żony, wtedy jeszcze narzeczonej. Zanim rzucił pracę, wielokrotnie rozmawiał ze swoim szefem, prosił o wyrozumiałość, tłumaczył, że to ponad jego siły. Wszystko na nic, więc odszedł za porozumieniem stron i tak trafił do szkoły. Mieszkał w pobliżu i pomyślał, że pójdzie zapytać o jakąś posadę.

Ma nadzieję, że może kiedyś będzie potrzebny ktoś do pracy na terenie szkoły, na przykład jako portier... Ma już doświadczenie w pracy w szkole - w czerwcu, gdy kończyła się jego umowa, dogadał się z dyrektorką szkoły i pomagał przy różnych pracach w budynku. Gdy Józef, szkolny konserwator, poszedł na urlop, Jacek go zastępował. A to naprawił kran, pomalował ścianę, odebrał nowe krzesełka i ławki... Na pracę "stopka" jednak nie powie złego słowa. - Lubię dzieci, mam z nimi dobry kontakt. Ludzie mnie już tu znają, zwłaszcza panie, które rano chodzą do sklepu po bułki. Często się zatrzymują, rozmawiają. Co druga osoba powie "dzień dobry". To bardzo miłe - mówi.

Żona jest zadowolona

Pracę zaczyna o godz. 7.30, kończy o 15.30. Pierwsza przerwa około dziewiątej jest na herbatę, kanapkę, druga na zupę, potem - na drugie danie. Jacek: - Wiele osób podchodzi, zagaduje. Dziwią się, że tak stoję, bo to przecież taka ciężka praca. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Wystarczy się ciepło ubrać. Poza tym to nie jest duża uliczka. Mam przewagę, bo pomagają mi śpiący policjanci. Dzięki nim kierowcy sami wcześniej zwalniają, ale cały czas muszę mieć się na baczności.

Jackowi najbardziej podobają się wolne weekendy. Ma więcej czasu dla rodziny. Żona jest zadowolona. - Teraz - podkreśla - to dla mnie szczególnie ważne. W listopadzie zostałem tatą. Jestem bardzo szczęśliwy - tym bardziej, że mam czas dla rodziny.

Nie pracuje już na dwie - trzy zmiany, zawsze wie, o której godzinie skończy pracę, a w niedziele może pójść do rodziców albo pojechać do teściów na obiad.

Problem z "kapturkiem"

Zanim Jacek został "Stopkiem" musiał przejść specjalny 18-godzinny kurs (trwa najczęściej 2 lub 3 dni) i zdać egzamin z teorii i praktyki. Od lipca ubiegłego roku zamiast policjantów takie kursy przeprowadzają pracownicy Wojewódzkich Ośrodków Ruchu Drogowego. Zaświadczenie (ważne przez 24 miesiące) muszą mieć nie tylko osoby przeprowadzające dzieci przez ulicę, ale też m.in. kierowcy autobusów szkolnych, członkowie zespołów ratownictwa medycznego, osoby odpowiedzialne za utrzymanie porządku podczas przemarszu pielgrzymów, konduktu pogrzebowego, procesji, etc. W Lublinie taki kurs kosztuje 350 zł, w Poznaniu 280 zł, a w Bydgoszczy 300 zł. Za "stopków" płaci samorząd.

Pierwsi "przeprowadzacze" pojawili się w Polsce w latach 90., najwięcej w drugiej połowie. To był efekt programu "Bezpieczna droga do szkoły". Praca takich osób była finansowana z Centralnego Funduszu Pracy w ramach robót interwencyjnych. Oferty nie cieszyły się jednak zbyt dużą popularnością. Zdarzało się, że dyrektorzy szkół musieli czekać kilka miesięcy zanim ktokolwiek się zgłosił. Gdy już udało się znaleźć pracownika, zwykle pojawiał się kolejny problem - rotacja. I trzeba było znów szukać. Dwa lata temu w Łodzi niskie zarobki tak odstraszyły potencjalnych przeprowadzaczy (nazywanych tutaj "kapturkami"), że nie udało się zapełnić nawet połowy potrzebnych stanowisk. Tymczasowo na najniebezpieczniejszych przejściach pojawili się strażnicy miejscy i policjanci z "drogówki".

Teraz tego problemu nie ma - udało się go rozwiązać w tym roku, po tym jak w łódzkim magistracie zapadła decyzja o zatrudnianiu "kapturków" w ramach szkolnych etatów, a nie, jak dotychczas, dużo gorzej opłacanych prac interwencyjnych. Teraz zatrudnienie takiej osoby i przydzielenie jej obowiązków (w ramach swojej pracy przeprowadzacze robią często inne rzeczy, np. pomagają przy drobnych pracach konserwatorskich w budynkach) leży w gestii dyrektorów szkół. - Dzięki temu sytuacja znacznie się poprawiła. Wcześniej wciąż mieliśmy wolne etaty, teraz wszystkie szkoły, które tego potrzebowały, mają takich pracowników - mówi Elżbieta Kukuła z Wydziału Edukacji w łódzkim Urzędzie Miejskim.

Podobnie było zresztą w Lublinie. - Początki nie były łatwe. Ludzie mieli różne wyobrażenia, gdy przeszli na etaty szkolne, sytuacja się ustabilizowała. Dyrektorzy nie zgłaszają nam żadnych problemów - mówi Piotr Burek, zastępca dyrektora Wydziału Oświaty i Wychowania Urzędu Miasta w Lublinie. Tu na przyszkolnych, ruchliwych przejściach pracuje średnio 26-28 osób.

Idealna praca dla samotnych matek

Znacznie więcej przeprowadzaczy pracuje w Bydgoszczy (tu, dla odmiany, zwanych potocznie "Agatkami"). W Łodzi takie osoby pracują w 25 szkołach, w Bydgoszczy jest ich prawie 50 (kilka pań przebywa teraz na urlopach macierzyńskich i wychowawczych). O zatrudnianie "Agatek" dba bydgoskie Centrum Integracji Społecznej im. Jacka Kuronia. - My mamy trochę łatwiej - przyznaje Andrzej Jankowski, dyrektor placówki. - Prowadzimy program zatrudniania socjalnego dla osób zagrożonych wykluczeniem społecznym. Uczestniczą w nim np. osoby długotrwale bezrobotne i samotne matki. Obserwujemy te osoby przez kilka miesięcy i w tym czasie możemy sprawdzić czy nadają się do tej pracy. Zawsze istnieje pewne ryzyko, że ktoś się nie sprawdzi, ale nie zdarza się to często - mówi Jankowski.

Dyrektor CIS przyznaje, że wcześniej, przed tzw. kryzysem, mieli większe problemy ze znalezieniem chętnych do pracy na stanowisku "Agatki". Teraz jest łatwiej, ale nie idealnie. - Zdarzają się nabory podczas których nie mamy odpowiednich kandydatów do tej pracy i musimy szukać ich przez urzędy pracy, a wtedy bywa różnie. To jest praca bardzo odpowiedzialna, empatyczna, a przy tym trudna - często w niekorzystnych warunkach atmosferycznych. Mało kto się do tego nadaje - mówi Andrzej Jankowski.

Elżbieta Kukuła przyznaje, że w Łodzi do pracy "kapturków" bardzo chętnie zgłaszają się kobiety. W Bydgoszczy, wśród "Agatek" panie stanowią niemal 70 proc. - To najczęściej są samotne matki, którym naprawdę bardzo trudno jest znaleźć pracę na jedną zmianę, a tu mają stałą pensję, pewność zatrudnienia i stabilizację - podkreśla Jankowski. To przyciąga również osoby starsze, po 50. roku życia, które chcą w spokoju przepracować lata jakie zostały im do emerytury.



  • 11 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

  • Zawód: Stopek magdalaena1977 25.12.09, 10:57

    a jakie są zarobki Stopów ?Na pewno niskie, bo to w końcu praca nie wymagająca kwalifikacji, ale ciekawejak to się ma powiedzmy do płacy dozorcy w szkole.»