Jest Pan kabareciarzem? Występuję na scenie, bawię ludzi, ale kabareciarzem chyba nie jestem. Typowy artysta kabaretowy pisze sobie program i występuje z nim np. pół roku. Ja czegoś takiego nie robię. Po prostu opowiadam ludziom różne historyjki, które mają ich rozbawić.
Czyli wychodzi pan na scenę bez żadnego przygotowania? Oczywiście, że nie. Mam piosenki, które napisałem i staram się je zawsze, w miarę wiernie, odśpiewać. Natomiast to, co dzieje się w czasie moich recitali pomiędzy piosenkami, zawiera już dużą dozę improwizacji. Reaguję na to, co się dzieje wśród publiczności, jak się bawią. W typowych, porządnie przygotowanych programach kabaretowych, na taką improwizację nie ma zbyt dużo miejsca, wszystko musi być dobrze przemyślane. Jerzy Dobrowolski, który stworzył słynne kabarety ?Koń" i "Owca" twierdził, że najlepsza improwizacja, to ta wyuczona na blachę. Coś w tym jest.
Jak to się stało, że zaczął Pan występować? Już w liceum bawiąc się w radiowęzeł szkolny bardziej od heavy metalu wolałem nadawać piosenki Wojciecha Młynarskiego. W tym kierunku mnie ciągnęło. Potem na studiach dziennikarskich zacząłem się rozglądać za miejscem dla siebie. Wiedziałem, że polityka niespecjalnie mnie interesuje, ekonomia też nie. Na szczęście udało mi się trafić do radia, w którym była redakcja rozrywki i tak jestem tu już kilkanaście lat. W międzyczasie, przy jakiejś okazji, któryś ze znajomych stwierdził, że jak w radiu się sprawdzam, to powinienem spróbować wyjść na scenę. I tak zacząłem zapowiadać kabarety. Potem odważyłem się przy jakiejś zapowiedzi opowiedzieć swój pierwszy wierszyk, ludzie zareagowali śmiechem, no i tak coraz odważniej zacząłem zagarniać tę scenę dla siebie.
Czy aby być kabareciarzem trzeba być typem wesołka? Trzeba się z czymś urodzić, żeby móc występować w kabarecie, ale trzeba się też wielu rzeczy nauczyć. Trzeba wiedzieć, ile może trwać monolog, żeby nie był nudny dla publiczności, jak powinna wyglądać piosenka kabaretowa, już nie mówię o takich technicznych rzeczach, jak stanie na scenie, występowanie, sposób mówienia do mikrofonu. Także to jest i nauka i jakaś część talentu. U niektórych to jest 10 % talentu, 90% pracy i nauki, u niektórych odwrotnie. Ale niewątpliwie te dwa elementy trzeba łączyć ze sobą.
A Pan jest wesołkiem? Za wesołka na pewno się nie uważam, za optymistę może trochę. Staram się żeby to nie był optymizm histeryczny, tzn. nie biegam boso po łące między brzozami ciesząc się, że świat jest taki piękny, ale też zauważam jego dobre strony. Staram się zachowywać równowagę pomiędzy optymizmem a pesymizmem, bo i jednego i drugiego w życiu trochę się przydaje.
A jak jest z Panem na co dzień, w towarzystwie, na imieninach? W towarzyskich sytuacjach nie jestem wesołkiem. To nie jest tak, że jak się zbieramy w gronie przyjaciół, to ja od razu przychodzę i mówię: ?Tadam! teraz patrzcie: ja wam opowiem dowcipy i będę was tutaj bawił". Ja oddzielam zdecydowanie te dwie rzeczy tzn. występowanie przed publicznością i normalne, ludzkie życie.
Słowo "wesołek" kojarzę z kimś, kto jest w gotowości do żartów, kto tylko szuka okazji by zareagować jakąś dowcipną puentą. Także tego typu wesołkiem to ja nie jestem na pewno.
To jaki jest Artur Andrus, denerwuje się? Nie jest to jakiś wulkaniczny temperament, a jeżeli wulkan to raczej już trochę wygasły. Oczywiście, że zdarza się, że się na coś wścieknę lub zdenerwuję. Zdarza mi się też używać wulgaryzmów, zwłaszcza w samochodzie. Ale staram się też nie doprowadzać do stanów histerycznej furii. Jak się zdenerwuję, to po pierwsze dosyć szybko mi to przechodzi, a po drugie - dochodzę do wniosku, że jak nie mam wpływu na to, co mnie zdenerwowało, to to, że się tym będę jeszcze bardzie irytował, na pewno mi w niczym nie pomoże.
Co pan robi, kiedy ma pan zły dzień, wstał Pan lewą nogą? Wtedy próbuję dla równowagi wstać też prawą nogą. Jak obleję sobie koszulę kawą, to wyjmuję z szafy nową, jak mi się popsuje samochód, to jadę do pracy rowerem, i to jakoś załatwia sprawę. Nie uważam żeby to były największe tragedie w życiu człowieka, ale z tego, że się oblałem kawą też się na pewno nie cieszę. Jak wychodzę na scenę, to z takim zamiarem, żeby ludzi rozbawić. Oni nie po to przyszli na mój występ, żeby siedzieć i się poryczeć w związku z tym, że ja mam dzisiaj zły dzień i zły humor. A zdarzają się takie sytuacje, że zaplanowany jest pół roku wcześniej występ i ja nie mogę przewidzieć, że będę tego dnia akurat w nie najlepszej formie, że będzie mnie głowa bolała, że będę miał nienajlepszy nastrój. W takim przypadku staram się to zostawić w garderobie. Może i się czasem nie udaje, no ale cóż... Piłkarz jak wychodzi na boisko też stara się grać najlepiej, jak może, a przecież nie zawsze udaje mu się strzelić bramkę...
