Czy do widoku śmierci można się przyzwyczaić, czy z tym trzeba się urodzić?
Wierzę, że są osoby, które się z tym rodzą i dla nich widok umierającego czy martwego człowieka nie jest niczym strasznym. Ja jednak potrzebowałam czasu, aby oswoić się z takim widokiem.
A jak to wyglądało na początku?
Za pierwszym razem był płacz i paniczny strach. Nie mogłam się uspokoić, było bardzo ciężko. Z czasem jednak można się do tego przyzwyczaić, przejść nad tym do porządku dziennego, bez większych emocji.
Z czasem można stać się obojętnym?
Nie, to nie jest tak. Są różne rodzaje śmierci. Często leżą u nas na oddziale osoby starsze, czasem od tygodni męczą się i po prostu czekają na śmierć. Nie jest wtedy łatwo patrzeć na to, jak ktoś cierpi. Czeka się tylko, aż wreszcie Bóg pozwoli takiemu człowiekowi odejść. Może to straszne, ale kiedy to się stanie, raczej mniej jest żalu, a więcej ulgi, mogłabym powiedzieć - radości, że ta osoba wreszcie zaznała ukojenia.
Gorzej jest, kiedy umiera osoba młoda. Wtedy zdarza się, że do oczu napływają łzy i nasuwa się refleksja - jak mało czasu możemy mieć, jak mały wpływ mamy na to, kiedy umrzemy. Pamiętam, jak kiedyś zobaczyłyśmy z koleżankami, że wjeżdżają ze starszą panią na wózku. Jej ręce już bezwładnie wisiały po bokach, widać było, że to osoba umierająca. Kiedy podeszłyśmy bliżej, okazało się, że to młoda, ale wyniszczona chorobą kobieta. To był straszny widok. Po chwili zauważyłam mojego kolegę na korytarzu. Podeszłam zapytać, co tutaj robi, a on wskazał na tę kobietę i powiedział, że przyjechał do żony. Wtedy się popłakałam.
Co się stało z tą kobietą?
Zmarła. Niestety...
Co jest najbardziej stresujące w zawodzie pielęgniarki?
Odpowiedzialność. Jako pielęgniarka podaję pacjentom leki, które zalecił lekarz. Nie jest jednak tak, że robię to kompletnie bezmyślnie. Jeżeli zauważę, że farmaceutyki, które mam nakazane podać, mogą zaszkodzić pacjentowi, muszę poinformować o tym lekarza. Jeżeli tego nie zrobię, wina za ewentualne pogorszenie stanu pacjenta będzie spoczywać na mnie. Do tego zdarza się, że wychodząc z pracy po skończonym dyżurze, układam sobie jeszcze długo w głowie, czy wszystko zrobiłam, czy podałam wszystkie tabletki, czy przekazałam koleżance wszystkie informacje, które powinna mieć na swoim dyżurze. To jest taka chwila stresu, niepokoju. W tym zawodzie nie istnieje słowo "zapomniałam". Przeoczenie czegoś może się skończyć tragicznie.
Czy stresy związane z pracą wpływają na Pani życie prywatne?
Nie. Jestem osobą z natury spokojną i opanowaną i nigdy nie było tak, żebym nerwy czy stres z pracy przenosiła do domu. Jeżeli już coś mnie w pracy zdenerwuje, to na ogół szybko mi przechodzi.
A doświadczenia wyniesione ze szpitala pomagają w życiu codziennym?
Może go nie rewolucjonizują, ale na pewno często się przydają. Jest mi np. łatwiej rozpoznać objawy różnych chorób, to co inni mogą przeoczyć lub zbagatelizować, ja zauważam i reaguję. Nie chcę tu mówić, że matki nie wiedzą, kiedy ich dziecko jest chore na grypę, ale np. mogą nie zorientować się, że ich pociecha może mieć cukrzycę i trzeba to sprawdzić.
Jakie było Pani najgorsze przeżycie dotyczące pracy?
Mieliśmy kiedyś takiego schorowanego pana. Jednej nocy zawołał mnie i powiedział, że umiera. Oczywiście nie mówił, że źle się czuje, że coś mu dolega, tylko, że wie, że dzisiaj umrze. Powiedziałam żeby się uspokoił, nie nabijał sobie głowy niepotrzebnie głupotami. Około godziny 23 usłyszałyśmy, że wydzwania do całej rodziny, żeby do niego przyjechali w odwiedziny, bo dzisiaj umrze. Potem przyszedł do nas i poprosił o księdza. Mimo, że myślałyśmy, że to po prostu jego wymysł, spełniłyśmy jego życzenie. Przed godziną 24 zebrała się rodzina, przyjechał ksiądz, były płacze, modlitwy, nawet starsze pacjentki śpiewały pod drzwiami. Pół oddziału zostało przez to obudzone. Kiedy już wszystko się skończyło, pan pożegnał się z zapłakaną rodziną i poszedł do łóżka. Weszłam do jego sali i powiedziałam, żeby już poszedł spać i że wszystko będzie dobrze. On do mnie na to, że mnie żegna, bo to koniec. Całą sytuację potraktowałam raczej z przymrużeniem oka. Kiedy po godzinie do niego zajrzałam, już nie żył. Przerażające było dla mnie to, że można czuć śmierć, że to może być coś takiego, co nad nami wisi i daje nam wyraźnie odczuć, że za chwilę będzie koniec.
Rozmawia Pani ze swoimi pacjentami, czy tylko podaje leki i odchodzi?
Różnie to bywa. Z niektórymi rozmawiam niewiele, z innymi bardzo dużo. Ludzie często potrzebują się wygadać, szczególnie ludzie starsi, którzy nie mają kontaktu z rodziną, dziećmi. Są zestresowani, smutni, załamani, potrzebują dobrego słowa. A dobre słowo, uśmiech, pomoc, potrafi czasem zdziałać więcej niż tabletka.
Zdarzają się pacjenci, którzy symulują chorobę?
Zdarza się, że osoby, które nie mają gdzie pójść po wyjściu ze szpitala, dzień czy dwa dni przed wypisem zaczynają mieć nawrót choroby, "wszystko ich boli i nie mogą wstać z łóżka". Mamy też takiego bezdomnego, który trafia do nas zawsze wtedy, kiedy na zewnątrz zrobi się wyjątkowo zimno. Dostaje duszności i leży u nas dopóki nie stwierdzi, że już mu lepiej. Czasem jest tak, że jak mu się polepszy, a następnego dnia, kiedy ma wychodzić jest znowu ochłodzenie, dostaje ponownego napadu duszności. I tak w kółko.
Są też pewnie pacjenci, którzy za wszelka cenę chcą wyjść ze szpitala? Tak. Z takimi osobami naprawdę nie jest łatwo. Wstają w nocy, krzyczą, próbują uciec. Dochodzi do tego, że wołają policję, wyzywają nas, mówią, że chcemy ich zabić. Są to najczęściej osoby, które są pierwszy raz w życiu w szpitalu. Tacy ludzie czują się zamknięci, wpadają w panikę. Wystarczy jeden taki pacjent, żeby zrobić zamieszanie na całym oddziale w środku nocy.
Częściej jest jednak tak, że ludzie, szczególnie osoby starsze, bardzo chcą wrócić do domu, jednak nikt po nich nie przyjeżdża. Dzieci przywiozły ich do szpitala, zostawiły i zapomniały o nich. Wszyscy pracują, nie mają czasu zajmować się schorowaną staruszką, a na dom opieki nie stać. Dzwonimy, prosimy, aby już zabrali, mówimy, że matka czy ojciec czeka, dopytuje... Niestety często to nic nie daje. Wtedy sami załatwiamy miejsce w domu opieki i taka babcia wraca zamiast do swojego łóżka, do obcego jej miejsca. Starsi ludzie bardzo to przeżywają. Samotność i poczucie odrzucenia sprawia, że ostatnie momenty życia spędzają w smutku i tęsknocie. Ostatnio mieliśmy taką panią - 94 lata. Mimo wieku, bardzo świadoma, kontaktowa i miła kobietka. Kiedy przyszedł dzień jej wypisu, nikt po nią nie przyjechał. Nie przyjechał też następnego dnia, ani za tydzień. Chodziła, płakała, była załamana. Półtora tygodnia później wreszcie zjawił się jej syn. Nawet sobie pani nie wyobraża, jaki to był widok, kiedy ta staruszka rozpłakała się ze szczęścia, że ten syn ją jednak weźmie.
Co jest w tej pracy niezbędne? Przede wszystkim spokój, opanowanie i cierpliwość. Pielęgniarka powinna być też przygotowana na to, czym będzie się zajmować i nie powinna mieć przed tym oporów. Mycie ludzi, którzy ubrudzili się we własnych odchodach, czyszczenie odleżyn, czyli zgniłej skóry, sprzątanie wymiocin, widok nieboszczyka, itd... To nieodłączna część naszej pracy, jednak większość ludzi nie jest w stanie tego zrobić. My jesteśmy do tego przyzwyczajone. Ta praca naprawdę nie jest łatwa, czynności, które wykonujemy przyprawiłyby o mdłości niejednego człowieka.
Jest jednak coś, co sprawia, że wykonuje Pani ten zawód... Kiedy przyjeżdża do nas człowiek w stanie krytycznym, musimy go reanimować, ratować jego życie, a po tygodniu rozmawiamy z nim, widzimy jak się śmieje, wraca do zdrowia... to jest niesamowite. Taka świadomość, że przyczyniłam się do tego, że ten człowiek może dzisiaj zobaczyć się z rodziną, przeczytać gazetę, porozmawiać, że ten człowiek żyje... To jest naprawdę wspaniałe uczucie.