Psychotesty - sprawdź, czy jesteś pracoholikiem
"Odśnieżę parking, podwórze, ulicę. Warszawa i numer telefonu", "Bardzo chętnie odśnieżę podwórko, posesje, parking itp. Cena do uzgodnienia", "Odśnieżamy parkingi, hotele, biurowce, firmy, drogi dojazdowe, chodniki", "Usuwanie śniegu z dachów budynków przemysłowych i nie tylko 2zł/m2" - tego typu ogłoszenia od kilku dni pojawiają się w internecie, na drzwiach klatek schodowych i słupach. Zarówno osoby prywatne, jak i małe firmy postanowiły zarobić na... śniegu.
Dla Adama Nowaka i dwóch jego dorosłych synów z Warszawy dzień pracy zaczyna się po czwartej rano i trwa aż 16 godzin. W ciągu trzech pierwszych dni, kiedy w stolicy obficie padało, miał zamówienia od ponad 30 wspólnot mieszkaniowych z warszawskiego Mokotowa. Ogłoszenia o odśnieżaniu ponaklejał na kilkuset klatkach schodowych, zanim spadł śnieg. - Dwa tygodnie temu oglądałem prognozę pogody i usłyszałem, że czekają nas śnieżyce. Pomyślałem, że nadchodzą dla mnie duże pieniądze, tylko trzeba szybko działać - mówi.
Nowy zawód: odśnieżacz Nowak do pracy zaangażował całą rodzinę. Razem z synami chodzi od bloku do bloku i odkopuje. On odśnieża chodniki oraz parkingi przed budynkami. Za pracę dostaje 50-60 zł za godzinę. Cena zależy od ilości śniegu, lodu i temperatury. Jego synowie odśnieżają dachy i usuwają sople z budynków. Cennik to 2 zł za metr kwadratowy odśnieżonego dachu. Do pracy zaangażowana jest także żona pana Nowaka. Do południa odbiera telefony, umawia terminy kolejnych prac, później przywozi mężowi i synom obiady do pracy, wystawia rachunki zamawiającym. - Ja to za sekretarkę robię - śmieje się pani Anna. - Trzeba pomagać chłopakom, narobią się przy tym śniegu - dodaje. Panowie jednak nie narzekają. Dla nich liczą się przede wszystkim pieniądze, a ich dużo, jak śniegu. Sam Nowak zarobi nawet 500 zł dziennie.
Podobnie jak pan Jacek z Warszawy, do którego kontakt znaleźliśmy w internecie. - Ciężko się do pana dodzwonić. Trzeci dzień próbujemy, za każdym razem włącza się poczta - zagadujemy. - Mam bardzo dużo pracy - odpowiada.
Dziennie przyjmuje od ośmiu do dziesięciu zleceń. Później wyłącza telefon, bo nie byłby w stanie pracować. Początkowo chciał zatrudnić paru kolegów, ale oni wolą pracować na własny rachunek. Na pracę nie narzeka. W godzinę, dwie obrobi cały blok i inkasuje pieniądze. 60 zł za godzinę odśnieżania, ale wystawia faktury.
Można i taniej. Pan Krzysztof i pan Maniek z warszawskiego Śródmieścia pracują za 10-15 zł za godzinę. Są i tacy, którzy odśnieżają za dwa piwa czy wino. - Za 5 zł odkopię samochód. Ale na dach nie wchodzę. Boję się wysokości - mówi pan Maniek i spogląda w górę na młodego człowieka zrzucającego sople. - Tamci to fachowcy. Rachunki dają. Podobno są nawet przeszkoleni. - Ja to bym i na dach wszedł - chwali się pan Krzysztof.
- Oni może nie budzą zaufania jako fachowcy, ale znajdują zatrudnienie. Szczególnie, gdy rano ludzie spieszą się do pracy i muszą odśnieżać samochody - wyjaśnia dozorczyni kamienicy przy ul. Pięknej w Warszawie.
- Mam tu taką panią z telewizji. Rano biorę się do roboty, a potem czekam, jak wyjdzie z domu, by pojechać z dzieckiem do przedszkola - opowiada pan Krzysztof. - Ta dziewczyna prowadząca solarium też daje nam zarobić.
- A jeszcze ruda pani z zakładu fryzjerskiego. Na Mokotowie, tam gdzie są wille, nasz kumpel właścicielom czyści chodniki - dodaje - pan Maniek.
Szybka rekrutacja, bez CV Także profesjonalne firmy ogólnobudowlane zaczęły szukać pracowników do odśnieżania. Rekrutacja odbywa się błyskawicznie, przez telefon. - Liczą się tylko chęci do pracy. Nie trzeba mieć żadnego doświadczenia, żadnych dokumentów z poprzedniej pracy ani życiorysu - mówi właściciel jednej z warszawskich firm.
Umawia się telefonicznie w miejscu, w którym dana osoba będzie pracowała. Prosi tylko, by ciepło się ubrać. Pięć minut rozmowy, narzędzia do rąk i można zaczynać. Oprócz tradycyjnych szufli są także szpadle, łopaty, narzędzia do rozbijania lodu oraz czapki i rękawice. - Przychodzą do mnie z gołą głową, a następnego dnia są już chorzy. Dlatego inwestuję w pracowników jak potrafię - przekonuje szef odśnieżających.
Po całodziennej pracy każdy z zatrudnionych podpisuje umowę o dzieło i inkasuje 200 zł dniówki. Jak się dowiedzieliśmy, chętnych nie brakuje. Podobnie działa pan Leszek, jego firmę także znajdujemy w sieci. - Przyjmę każdego od ręki. Może być bezrobotny, może być fachowcem od wszystkiego, a u mnie może dorobić. Zatrudnia też kilka osób spod budki z piwem. Panowie chętnie przyjmują zlecenie, za wykonaną pracę biorą po 30 zł.
Najczęściej schodzi im się dwie, trzy do czterech godzin na odśnieżenie kilkudziesięciu metrów chodnika. Odśnieżający martwią się jednak, że szybki i dobry zarobek może się wkrótce skończyć. Z niecierpliwością wypatrują nowych opadów. Na razie pogoda im sprzyja, podobnie jak straż miejska, która kontroluje osiedla i upomina administratorów budynków, grozi wysokimi karami, a potem karze mandatami.
Na większe opady śniegu nadal liczy Łukasz Marchiwcki z firmy ogólnobudowlanej Ka-bum. - Pierwsze dni roku to były prawdziwe żniwa, teraz odśnieża tylko ten, kto musi - mówi z żalem i liczy na kolejne zlecenia. W 10-stopniowej skali liczby zleceń przekonuje, że dziś dałby tylko trójkę. Jego zdaniem klienci chcieliby, aby dla nich pracował, ale za połowę stawki.
- To jest naprawdę ciężka praca. Na dachach jest dużo zamarzniętego lodu. Najwięcej czasu zajmuje mi jego skucie. Taki stumetrowy płaski dach odśnieżam trzy, cztery godziny - mówi pan Łukasz. Gorzej, gdy musi odśnieżyć dach spadzisty. - Wówczas schodzi się i pół dnia na jedno zlecenie - dodaje.
- Nie każdy może pracować przy takiej temperaturze - mówi "Gazecie" jeden z administratorów budynku na warszawskim Mokotowie. - Nie chcę płacić kar, a sam nie dam rady tego odśnieżyć. Przez godzinę strasznie zmarzłem. Minus jedenaście stopni to nie jest temperatura do pracy dla mnie. A efekt? Mizerny - dodaje.