Szymon Bojko to jeden z najdłużej pracujących Polaków. Został laureatem konkursu na najstarszego pracownika "Stary człowiek i może pracować" organizowanego przez Gazetę Wyborczą oraz PKPP Lewiatan.
Kariera zawodowa nadal trwa
Dzwoni do mnie zaraz po otrzymaniu maila z pytaniem o zgodę na wywiad. - Skąd się pani o mnie dowiedziała? - pyta. Mówię, że podobno długo pracuje, a on odpowiada ze śmiechem: - Ach tak, rzeczywiście, pracuję już od dwóch godzin.
A na serio. Urodził się w 1917 roku. Pracuje od lat młodzieńczych, czyli od około... 75 lat. - Ojciec chciał, żebym był szewcem obuwia szpilkowego - wspomina Bojko. Wiedziony jednak intuicją i zamiłowaniem do sztuki, samodzielnie zdobywając wiedzę, wyuczył się zawodu grafika-dekoratora.
Obecnie jest historykiem i krytykiem sztuki oraz designu, pedagogiem-wykładowcą, performerem i podróżnikiem. Znany z popularyzacji polskiego malarstwa współczesnego. Pracował jako scenarzysta filmów dokumentalnych poświęconych sztuce. - Obcowanie z urokami ciała kobiecego - tym się teraz zajmuję, podobnie jak gros moich studentek - opowiada. - Prowadzę zajęcia z grafiki projektowania, animacji oraz wizażu mody. - Mam córkę jedynaczkę, która mieszka pod Sydney. Kiedy ją odwiedzam, spotkanie zawsze łączę z pracą dydaktyczną. Jest to moje powołanie. I chociaż trochę ciężej się teraz ruszam, to poruszam się przede wszystkim intelektualnie.
W pracowni Szymona Bojko
Od dwóch dni pada śnieg. Autobus wlecze się przez zakorkowane miasto. Jadę do Szymona Bojko. Drzwi pracowni otwiera pani Kasia, która proponuje mi ciepłą herbatę z sokiem malinowym. Przez myśl przechodzi mi stwierdzenie, że właściciel ma dobrą i sympatyczną opiekę. Potrzebuje jej, szczególnie teraz - niedawno złamał sobie nogę.
W pracowni przyciemnione światło, czuć zapach książek, w drugim pomieszczeniu znajduje się biblioteczka. Pośrodku stoi stolik, pod oknem znajduje się łóżko. Na wprost drzwi stoi biurko, a na nim laptop i kilka rozsypanych dokumentów. - Jestem nieźle zorganizowany przy całym tym śmietniku - uśmiecha się.
W jego pracowni najważniejsze są ściany. Na nich znajduje się większość pamiątek, zdjęć, dzwonków, podobizn, laurek itp. Pochodzą z całego świata. Są obrazem jego działalności. - To nie jest zwykła pracownia. To pracownia lekko szalonego byłego andrusa szemranego z ulicy Złotej - mówi Bojko - Wszystko ma tu jakieś znaczenie, przekaz i swoją historię. To jest moja działalność. Lubię lalki - kilka z nich wisi w przejściu z przedsionka do pracowni. Te od moich studentów są pamiątką z zajęć, które ostatnio prowadziłem.
Na fotografiach widać osoby, którym Bojko zawdzięcza swoją drogę zawodową. - Mam tu pozytywnych i negatywnych bohaterów. Wśród tych drugich są też i tacy, których znam osobiście - opowiada rozbawiony. Pokazuje list. Grupa polskich artystów w Los Angeles pisze do niego: "Wyobraź sobie, że zna Ciebie bardzo dużo osób i uważa podobnie jak my, że jesteś jednym z najlepszych krytyków sztuki w Europie wschodniej". Szymon Bojko uśmiecha się na te słowa i ze skromnością podsumowuje: - To przesada, oczywiście.
Praca plus uśmiech
Pedagog Szymon Bojko sięga w swej działalności do idei "homo ludens" (łac. człowiek bawiący się) Johanna Heuzinga, czyli edukacji przez zabawę. - Każdy z nas jest osobą czyli homo sapiens, ale nie każdy jest homo ludens. To jest teoria człowieka, który ma rozbudowany instynkt zabawy. Zabawa łączy się z poczuciem żartu, potrzebą śmiechu. Na ogół nasze społeczeństwo jest smutne Ja lansuję postawę homo ludens, bo wtedy studenci nie tylko słuchają wykładów, ale włączają podczas zajęć wszystkie zmysły - tłumaczy Bojko.
Jego zajęcia często wykraczają poza reguły. - Moje wykłady są połączeniem warsztatu z działaniem grupy, która nigdy nie wie, czy będzie siedzieć na ławce, czy pod ławką, a może stać na niej lub krążyć dookoła. Zawsze ich zaskakiwałem - mówi Bojko.
Bojko ma wiele przezwisk tzw. nicknames, związanych z wykonywaną pracą. W jego pracowni na ścianie wisi laurka z dedykacją od studentów rozpoczynającą się od słów: "Dla Einsteina Sztuki". To pierwsze jego przezwisko jakie poznaję. - Kiedy wykładałem we Francji, nazywano mnie Simon le fou, czyli Szalony Szymon. Na kolejnej uczelni, ponieważ zawracałem wszystkim głowę (zabiegając o różne rzeczy), zwano mnie humorystycznie Simon the troublemaker (tłum. Szymon Kłopocik), a gdy to trwało wiele lat wymyślono The ultimate troublemaker (tłum. Pan Duży Kłopocik). Ale to nadal nie wystarczało studentom i pod koniec 2001 roku, po ostatnim występie mojego kabaretu, stałem się Optimal troublemaker (tłum. Pan Optymalny Kłopocik) - wylicza Bojko.
Kolejne przezwisko to The aHa Man. Jest ono związane z nazwą jednego z programów prowadzonego przez niego kabaretu. Zachęca studentów, żeby mieli przezwiska, bo one wzbogacają osobowość. O swoich mówi, że je lubi. - Młodzi ludzie, którymi jestem otoczony uzmysławiają mi, że mój wiek jest powrotem do tej wspólnoty, z której wyrosłem - mówi Bojko włączając trzyminutowy film pt. "Okno". Akcja filmu rozgrywa się na podwórku z jego dzieciństwa, przy ulicy Złotej 69. "Okno" to wspomnienie tych czasów. Wówczas jego marzeniem było zobaczyć to, co jest za murami kamienic wokół podwórka. Bojko swoje dzieciństwo traktuje jako okres obserwacji wszystkiego. Teraz takim oknem dla niego jest internet.
- Rozmawiajmy o współczesności, gdyż przeszłość jest szalenie gęsta - jak zupa żołnierska. Sprawdza się ją tak, że stawia się łyżkę i jak ona stoi, to znaczy, że zupa jest dobra. Moje życie jest gęste i długie - podsumowuje Bojko.- Teraz komunikujemy się szybciej. Świat się bardzo skurczył. Bez internetu nie można sobie wyobrazić jakiejkolwiek działalności. W ogóle nie ma porównania. Teraz się żyje!
Życiowy projekt
- Poznaje pani tego faceta? - pyta retorycznie, pokazując zdjęcie załączone do otrzymanej korespondencji z Chin. - To wystawa w Chinach, która zakończyła się 20 grudnia 2009 r. Podarowałem organizatorom plakaty z lat 60-tych ze swojego zbioru, a oni zawiesili moje zdjęcie podczas wystawy.
Na tej fotografii Bojko stoi przy placu Piłsudskiego w Warszawie. - Zdjęcie nie jest najlepsze. Nie pozwolono mi przejść przez tę barierkę. Wówczas byłoby widać lepiej plac. Czuję się obrażony jako kombatant 1939 roku. Legitymacja nie pomogła i musiałem stać na moich chorych nogach za barierką - wspomina Bojko. Wystawa plakatów będzie przemieszczać się do innych miast. Zdjęcia przesłała mu jego doktorantka. - Ona robi doktorat z plakatu w Szanghaju i ja go nadzoruję. Jestem również promotorem kilku innych prac z całego świata. Konsultuję prace doktoranckie studentów z Nowego Jorku, Barcelony i Malezji.