Bibliotekarski dramat

rozmawiał Marcin Rybicki
07.04.2010 , aktualizacja: 07.04.2010 15:38
A A A

Fot. Paweł Małecki

Na swoim blogu zamierza udowodnić, że "kart czytelnika nie powinno się dawać byle komu, a bibliotekarze powinni mieć służbową broń?. W rozmowie opowiada o codziennej pracy w bibliotece.
Kolega z pracy opowiadał jak na szkoleniu uczył się robić "tygrysa". Stoisz pochylony do przodu i powoli napinasz mięśnie. Zaczynasz od łydek, potem uda, mięśnie brzucha i tak po kolei w górę. Na końcu nachylasz się jeszcze bardziej i z całej siły krzyczysz. Podobno taki potężny wysiłek fizyczny uwalnia endorfiny poprawiające samopoczucie i redukujące stres. Wystarczy jednak raz zobaczyć osobę w tej pozycji, żeby nigdy samemu nie spróbować.

To co robisz jak zdenerwuje cię czytelnik?

Wychodzę na papierosa.

Stefan od 3 lat pracuje w dużej bibliotece. Nietypowe, zabawne, a czasem niemiłe sytuacje opisuje na blogu uslyszane-powiedziane-zapisane.blogspot.com. Wszystkie cytaty zamieszczone w tekście pochodzą właśnie stamtąd.



Często zdarzają się takie nieciekawe sytuacje?

Nie przesadzajmy z tym stresem. Policjanci mają gorzej. U nich każdy klient jest "trudny". Czytelnik wyzywający nas od debili zdarza się raz na jakiś czas. Jak zaczynałem pracę, byłem przekonany, że do biblioteki przychodzą mili, kulturalni i oczytani ludzie. Tacy oczywiście stanowią większość, ale zdarza się też sporo wyjątków. Chama spodziewasz się na ulicy. Cham w czytelni to tarantula na białym dywanie.

Kiedy wpadłeś na pomysł, żeby stworzyć bloga?

Nie pamiętam. W naszej pracy często zdarzają się jakieś przejęzyczenia, lapsusy i inne dziwne sytuacje. Zresztą pewnie nie tylko w bibliotece. Gdyby ktoś posłuchał naszej rozmowy, na pewno wyłapałby parę kwiatków. Czasami można na taką zabawną sytuację zareagować, ale trzeba wiedzieć jak to zrobić. Taki śmieszny dialog, odrobina humoru, bardzo ociepla wizerunek biblioteki. Zorientowałem się jednak, że ostatnio na blogu zamiast zamieszczać śmieszne rzeczy, coraz częściej piszę posty o osobnikach, którzy mnie wkurzyli. Nie do końca tak miało być. Ale te śmieszne sytuacje wciąż się zdarzają. Wyobraź sobie taką:

Czytelniczka: Przepraszam, czy ja mogę tutaj... tutaj wypożyczyć jakąś encyklopedię na temat historii nazwy buraka ćwikłowego?

Niezaskakiwalny Bibliotekarz (zupełnie niezaskoczony): Szuka pani "encyklopedii na temat historii nazwy buraka ćwikłowego"?

Czytelniczka: Tak.

Niezaskakiwalny Bibliotekarz: Nie sądzę by istniała taka encyklopedia...



Można wyodrębnić jakieś charakterystyczne grupy użytkowników?

Po paru latach pracy już na wejściu wiem, czy z daną osoba będzie problem, czy nie. Jeśli widzę energiczną, dobrze ubraną kobietę po 50-tce, to trzeba uciekać. Ona będzie miała postawę pod tytułem "płacę i wymagam". Czytelnikom często myli się pewność siebie z pewnego rodzaju arogancją. Starsi ludzie to całkowicie osobna kategoria. Są bardzo mili, ale jednocześnie bardzo niesamodzielni. Kiedy taka osoba wchodzi do czytelni, wiem, że będę jej musiał poświęcić więcej czasu. To jest grupa, na którą trzeba się specjalnie przygotować i wykazać się sporym taktem. Ciekawą grupą są studentki pedagogiki. Jak widzę strach w oczach młodej dziewczyny, to z całą pewnością mogę przypuszczać, że zamówi książkę pedagogiczną.

Nieprzyjemnych sytuacji zdarza się dużo?

Zależy jak zdefiniujesz nieprzyjemną sytuację. Dla niektórych występuje ona wtedy, gdy ktoś im nie odpowie "dzień dobry".

A dla Ciebie?

Nie lubię, gdy się mnie wyzywa "od różnych". Nie lubię, gdy ktoś automatycznie przechodzi ze mną na "ty". Nie lubię, gdy ktoś podchodzi do mnie lekceważąco, albo na wstępie mówi, że jest dziennikarzem. Co z tego? Wydaje mu się, że potraktuję go lepiej, bo wykonuje ten czy inny zawód? Była kiedyś taka pani, która upierała się, żeby coś dla niej zrobić i gdy nie mogliśmy, to usilnie podkreślała, że jest dziennikarką.

Czego nie możecie zrobić?

Ludzie chcą, żeby znaleźć im jakiś konkretny fragment w danej książce. Nie. Ja mogę dostarczyć egzemplarz, ale nie będę go wertował. Ludzie często mylą mnie z prawnikiem. Spodziewają się, że odpowiem na jakieś skomplikowane zagadnienie prawne. Taki przykład. Trochę autentyczny, a trochę wymyślony. Przychodzi pan i opowiada jak 40 lat temu pracował na stacji benzynowej i żąda, żebym odpowiedział mu, jak to wpłynie na jego emeryturę. Nie mogę również przynosić książek osobom korzystającym z czytelni. Jeśli zrobiłbym wyjątek dla jednej osoby, to musiałbym go zrobić dla kolejnych. Pamiętaj również, że nie jest tak, że ci czytelnicy siedzą i czekają, lecz są w ciągłym ruchu. Nie wiem jak kwestia odbioru książek jest rozwiązana w innych bibliotekach.

W Narodowej są światełka na biurku, które informują, że można odebrać książkę.

To u nas jest inaczej. Zamawia się książkę i po określonym czasie trzeba się po nią zgłosić. Nikt ci jej nie przyniesie. Ludzie chcą wnosić torebki, ale kiedyś ginęły z tego powodu książki, więc już nie wolno.

A teraz jak książka ginie, to co się dzieje?

To się książka znajduje. Jeszcze nie było takiej sytuacji za mojej kadencji, żeby się nie znalazła. Natomiast jak robimy skontrum (to jest inwentaryzacja, tylko dotyczy książek), to okazuje się, że czasem czegoś brakuje. Jeśli jakiś egzemplarz wcięło, to wpisujesz, że książki "względnie nie ma". Jak za pięć lat znowu robisz skontrum i dalej nie możesz jej znaleźć, to piszesz, że jej "nie ma bezwzględnie".

Czytelniczka podchodzi do Bibliotekarza podaje mu rewers.

Bibliotekarz: Niestety. Bardzo mi przykro, ale nie mogę przyjąć tego rewersu. Za 12 minut zamykamy, a na książki czeka się około 30 minut.

Czytelniczka: Czyli zdążę?



W tym zawodzie trzeba się rozwijać? Szkolić?

Ja się mniej więcej orientuję, ale nie czytam "Bibliotekarza" i nie wertuję go od deski do deski. Pewne rzeczy trzeba wiedzieć, ale to nie jest medycyna. Nie jest tak, że ktoś nagle odkryje lekarstwo na raka, a ty nie będziesz o tym wiedział.

No ale z czymś trzeba być na bieżąco...

Tak. Na przykład ze sprzętem, który się pojawia na rynku. Robiąc inwentaryzację biegamy z takimi ogromnymi arkuszami papieru. Są natomiast czytniki, które automatycznie sczytują opaskowaną książkę i są nawet w stanie wskazać, czy stoi na właściwym miejscu na półce. To oszczędza dużo czasu i właśnie z takim czymś trzeba być na bieżąco.

I taki sprzęt u Was funkcjonuje?

Nie (śmiech).

Dlaczego?

To cholernie dużo kosztuje. Zwłaszcza jak ma się miliony książek na stanie. Trzeba by zatrudnić chyba z dwustu studentów do oklejania książek (śmiech).

Załóżmy, że będzie tak, jak w przypadku automatycznych wypożyczalni płyt DVD. Jak technologia się rozwinie, to możecie stać się niepotrzebni.

Raczej nie. Ja teraz jestem specjalistą od wyszukiwania informacji. W idealnym przypadku idziesz do bibliotekarza, mówisz mu, że potrzebujesz dowiedzieć się tego i tego. On, mając wiedzę na temat książek, znajdzie to odpowiednio szybko. Czytelnik musiałby wertować katalogi kilka godzin. Bibliotekarz to ktoś, kto pomaga oszczędzić czas. Jest taką chodzącą wyszukiwarką Google, tylko od czegoś innego.

Jaką wiedzę wykorzystujecie, żeby przyspieszyć to wyszukiwanie?

Jesteśmy w podobnym wieku, więc pewnie tak samo jak ja masz w głowie coś na zasadzie tagów. Bibliotekarze natomiast jeszcze przed wojną wymyślili język haseł przedmiotowych i on się bardzo dobrze sprawdza jeśli go znasz. Nie wiem jak ci to wyjaśnić... Bibliotekarze stworzyli coś, co czyni z nich bibliotekarzy.

Jak to działa?

To jest sztuczny język haseł. Chcesz znaleźć książkę np. o języku polskim takim jaki był w XVII wieku. Hasła będą więc dość logiczne: język polski, językoznawstwo, XVII wiek. Takie szybkie wyszukiwanie czasami się przydaje.

Te hasła trzeba jakoś do książek przypisać. Jak to się robi?

Na studiach uczą tego, żeby nie czytać książek, a wiedzieć o czym są.

Stefan: Uhm, wszystko ok, ale potrzebuję pańskiej karty czytelnika.

Czytelnik CH: Nie rozumiesz pan? Nie mam!

Stefan: W takim razie bardzo mi przykro, nie może pan skorzystać z czytelni. Proszę wyrobić kartę piętro niżej w rejestracji.

Czytelnik CH (wychodząc): Głupi ch**j!



Jakie są zalety pracy w bibliotece?

Nikt mnie najprawdopodobniej nie zabije. Nie stanie mi się nic złego. Pomimo różnych nieciekawych przypadków jest to zajęcie spokojne i dające poczucie stabilizacji. Jeśli pracuje się w dużej placówce, to szanse na jej zamknięcie są bliskie zera. Dodatkowo pensję wypłaca samorząd lub miasto, więc raczej nie zdarzają się "obsuwy" w przelewach. Bibliotekarz to dobry zawód dla kogoś, kto ma bogatego męża lub żonę. Pensja pozwala na załatanie lekkiej dziury w budżecie. Moja praca składa się z dwóch części. Pierwsza to ta na zapleczu. Muszę spisywać protokoły, wprowadzić nowe książki do katalogu. Ta czytelnia żyje przecież. Część pozycji się wyrzuca albo przekazuje do innych placówek. Natomiast ta druga część to obsługa czytelników, przypominająca trochę pracę w sklepie. Mam taką zasadę, że nie mieszam tych dwóch części, nie robię dwóch rzeczy na raz. Gdybym robił, to bym się pewnie wkurzał, jednak jakiś profesjonalizm trzeba zachować. Ludzie często potrzebują pomocy, albo chcą się wygadać. Trzeba mieć w sobie dużo taktu, wyczucia. Trzeba być opanowanym, sympatycznym i w pewien sposób uczynnym. Ja nie zawsze umiem.

Więc praca w bibliotece to sielanka?

W bibliotece jest tak, że wszyscy się wszystkim za bardzo przejmują. To nie jest przecież elektrownia jądrowa. Nie pracujemy z bombami atomowymi, ale z książkami. Tymczasem wystarczy, że zniknie jedna karteczka potrzebna do jakichś statystyk i widzę strach w oczach kolegów. Ja rozumiem, że ten kawałek papieru jest ważny, bo koniec końców ktoś kreuje na jego podstawie politykę firmy. Jedna karteczka nie powinna wzbudzać paniki. Kto wie, może jak przepracuję 40 lat, to też będę panikował z powodu papierowego świstka.

Bibliotekarz siedzi sobie spokojnie, obok niego przechodzi Czytelniczka. Wtem Czytelniczka zatrzymuje się i mówi:

Czytelniczka: Pan na pewno będzie wiedział, jest pan bibliotekarzem. Czy Argentyna należy do Unii Europejskiej?



Jakie są wady?

Minus to pieniądze. Niby nie pracujesz ciężko i nie wracasz do domu wykończony, ale zarabiasz za mało. Nie jest to super odpowiedzialna praca (jak się pomylisz, to nikt nie zginie), ale nie da się z niej utrzymać. Druga kwestia to praca z ludźmi. Może to być coś pozytywnego, ale nie zawsze tak jest. Dziennie czytelnię odwiedza, dajmy na to, setka czytelników. Większość z nich jest miła, ale to ta mniejszość pozostaje w pamięci na dłużej.

To jest obraz mało prestiżowej pracy. Czemu wybrałeś akurat takie studia?

Przypadkiem. To były najtańsze studia zaoczne. Potem przeniosłem się na tryb dzienny. Na pierwszym wykładzie byłem zdziwiony, że pani mówi tak dużo o bibliotekach. Nie wiedziałem o co dokładnie chodzi w tych studiach. Rozmowę kwalifikacyjną przebrnąłem "jakoś tam". Nikt mnie na niej nie spytał, po co w ogóle tam jestem.

W trakcie studiów dowiedziałeś się po co? Zacząłeś mieć jakieś wyobrażenie o tym zawodzie?

Studia generalnie były bardzo interesujące. Przedmioty humanistyczne i związane z komunikacją społeczną były bardzo fajne. Te związane z wyszukiwaniem informacji również. Nie jest to najgorszy kierunek, ale można by go trochę skumulować. Gdyby zostawić same "gęste", to w 2-3 lata spokojnie by się można wyrobić.

Jak wyglądało zderzenie wyobrażeń studenta o pracy z realnym wykonywaniem zawodu?

Na pewno większość rzeczy, których się uczyłem, wykorzystuję w praktyce. Natomiast na studiach, teraz to sobie uświadomiłem, cały czas nam mówiono, że jesteśmy elitą. Ja nie mam takiego poczucia. To normalny zawód. Jak każdy inny. Oczywiście te studia cały czas się zmieniają i można po nich pracować w wielu miejscach, w niektórych zarabiając przyzwoite pieniądze.

Jak oceniają swoją pracę ludzie, z którymi współpracujesz?

Ja na studiach ukułem takie powiedzenie: "Mężczyzna pracujący w bibliotece nie zasługuje na to by jeść". Wiele osób pracujących w bibliotece to bawi. Niektórzy mają raczej kwaśną minę.



Zobacz także