Na ratunek przyrodzie

Animal Planet
2010-07-29, ostatnia aktualizacja 2010-07-30 09:55

Rozmowa z Jackiem Wąsińskim, założycielem Leśnego Pogotowia w Mikołowie, pracownikiem Nadleśnictwa Katowice.

Jacek Wąsiński
fot. M. Grzybaczak
Jacek Wąsiński


Jak się uczy chodzić...bociana?

Jak się uczy chodzić bociana? Bociana nie trzeba uczyć chodzić, on po prostu rosnąc tę umiejętność nabywa sam. Jeśli jest odpowiednio żywiony, jego organizm dostaje odpowiednie elementy w pokarmie, które pozwalają prawidłowo rozwijać kościec i mięśnie. Co innego, gdy bocian jest uszkodzony...

Tak, pytam o przypadki zwierząt, którym musi Pan pomóc w powrocie do naturalnych czynności.

Jeśli bocian wpadł na przykład na linię, na trakcję elektryczną i ma sparaliżowane nogi, przede wszystkim muszę zadbać o jego rehabilitację. Polega to na tym, że masuje się nogi, podnosi bociana. Robię czasami takie szelki, do których go wkładam i przytrzymując go, żeby nie obciążać ciała, chodzę z nim jak z kukiełką, bo on musi z powrotem nabrać pewnej wprawy. Ale to są specyficzne sytuacje, gdy bocian jest w jakiś sposób uszkodzony.

Dlaczego postanowił Pan uruchomić Leśne Pogotowie?

Kiedyś bardzo chciałem być zoologiem. Zawsze lubiłem zwierzęta, to była moja pasja. Marzyły mi się wyjazdy po świecie, obserwacje zwierząt, ale nie było takiej możliwości. Wybrałem technikum leśne i zostałem leśnikiem. Akurat tak się złożyło, że trafiła do nas sarenka - to było nasze pierwsze zwierzę. Od niej zaczęła się cała historia. Gdy ludzie zobaczyli, że raz przyjąłem jakiegoś stworka, lawina ruszyła. Dzisiaj przyjmujemy już po kilkaset zwierząt rocznie.

Sarenka chyba sama do Pana nie trafiła?

Znaleźli ją robotnicy leśni i wzięli do domu. Niepotrzebnie, szczerze mówiąc, bo saren się nie zabiera, szczególnie z lasu, jeśli nie mamy pewności, że matka zginęła lub że nie jest poraniona. Karmili ją skisłym mlekiem i zaczęła chorować. No to do leśnika. Przyjęliśmy tę sarenkę, bo mi żal było. No - mówię - spróbujemy coś zrobić. Sarenka nie przeżyła, bo się odwodniła - nikt z nas nie miał pojęcia, jak się do tego zabrać. Więc było więcej płaczu, niż radości.

Tak to się zaczęło. Jak już przyjąłem pierwsze zwierzę, to ludzie z zaufaniem zwracali się do leśnika: że znaleźli tu jedno zwierzę, tu drugie. Dla nich to była informacja, że jest ktoś taki, kto nie odmawia. Przez kupę lat robiliśmy to bez prawnego zezwolenia, dopiero po siedmiu latach zwróciliśmy się z prośbą do ministra o wydanie zezwolenia i trzeba to było prawnie uregulować. Mam prawne zezwolenie na prowadzenie ośrodka, mogę trzymać dzikie zwierzęta.

Nigdy nie obawiał się Pan, że zabraknie dla nich miejsca albo że Panu zabraknie sił?

Nie, nigdy w ten sposób nie myślę. Myślę tylko o tym, żeby mi starczyło siły i zdrowia. Wszystko, co się w życiu robi, trzeba robić z pasją. A to jest rzecz, którą robię w ramach wolontariatu. Robię to, bo to lubię. Nikt mnie nigdy do tego nie zmuszał. Niektórzy mi mówią, że powinienem stuknąć się w czoło i pomyśleć o sobie. Inni jeżdżą na wczasy, na urlopy, a ja cały swój czas spędzam ze zwierzętami. Ale uważam, że w życiu nie można myśleć tylko takimi kategoriami. Są też inne wartości, inny wymiar i dla mnie tą wartością, tą zapłatą jest radocha, że można uratować jakieś zwierzęta. One wracają na wolność. To co robię ma sens.

I naprawdę nie miewa Pan chwil zwątpienia?

Może w ostatnim czasie biorę sobie troszkę za dużo na głowę, bo zaczęliśmy przyjmować zwierzęta naprawdę z całej Polski. W tym roku (przez powodzie): z Warszawy, Gdańska, Szczecina, Poznania, Piły, Lublina. Dzisiaj miałem telefon, że przyjedzie Bielik i Orlik. Przydałoby się, żeby w każdym województwie był przynajmniej jeden taki ośrodek. Ale na chwilę obecną czegoś takiego nie będzie, bo trzeba znaleźć, w cudzysłowie, takiego idiotę jak ja, który się temu poświęci. Bo żeby pracować ze zwierzętami w ośrodku, trzeba się poświęcić bez reszty. To nie jest ogród zoologiczny, gdzie zwierzęta są zaplanowane "tyle a tyle" w ogrodzeniach, sztab ludzi i to wszystko. Nie jestem w stanie przewidzieć, ile zwierząt przyjmę w ciągu roku.

Ile zwierząt jest w schronisku?

Aktualnie 114 gatunków. Około 500 zwierząt, w tym tegoroczne młode zwierzaki, które już niedługo zostaną wypuszczone. Mamy ponad 40 jeżyków, prawie 30 pustułek, kilka małych psów, różnego rodzaju bociany itd. Podejrzewam, że około 200 zwierząt jeszcze w tym roku trafi na wolność. Stałych "pensjonariuszy" jest około 300. Ale są też takie zwierzęta, które nigdy na wolność nie wrócą.

Mamy też egzotyczne gatunki. Jutro na przykład przyjedzie legwan zielony. Mamy żółwie czerwonolice. Współpracuję z ogrodami zoologicznymi, otrzymujemy od nich zwierzęta, które są już stare i potrzebują spokoju. Dostaliśmy kiedyś 16-letnią wilczycę z Zoo. U nas pożyła jeszcze 2 lata. Dożyła końca swojego życia u nas w totalnym spokoju. Mamy małpę mandryla, który w Zoo okaleczał się sam, był załamany psychicznie. Gdyby ogród podjął decyzję o uśpieniu tego zwierzęcia, byłaby to sprawa kontrowersyjna, dlatego oddali go nam. Pracujemy pomału i pod zupełnie innym kątem. Nie ma zwiedzających, tylko jedna czy dwie twarze. Rozmawiamy z tymi zwierzętami, one się uspokajają.

Czy praca z tymi zwierzętami wymaga specjalnego przygotowania?

Mieliśmy wcześniej makaki lafundery, które przez 8 lat występowały w cyrku, potem przez kolejnych 8 lat były w ogrodzie zoologicznym. Myślę, że psychikę złamał im cyrk, ale to inna rzecz, bo ja jestem przeciwnikiem cyrku i robienia ze zwierząt pajaców, zmuszania ich do robienia rzeczy, których w naturze nigdy by nie zrobiły.

Gdy pracuję przy tych makakach, czy przy tym mandrylu, to muszę się naprawdę dużo uczyć, dużo dowiadywać. Zanim przyjechał mandryl, poświęciłem dużo czasu, żeby zdobyć wiedzę teoretyczną, jeździłem też oglądać go w zoo.

Nie jestem rutyniarzem, nigdy bym nie powiedział, że po 18 latach umiem wszystko. Ciągle się czegoś dowiaduję, współpraca z ogrodami zoologicznymi też polega na tym, że uczę się od ludzi, którzy mają ode mnie więcej doświadczenia z takimi zwierzętami. Warto z tego korzystać. Czerpię wiedzę od weterynarzy, od pracowników ogrodu zoologicznego... Mam wielu fajnych zaprzyjaźnionych weterynarzy, z którymi współpracuję i często mogę korzystać z ich pomocy. Niejednokrotnie niektóre usługi mam za darmo, za niektóre leki nie muszę płacić. Trzeba kombinować, bo np. ogród zoologiczny jest w stanie zaplanować sobie wydatki - wiedzą, ile gatunków im się rozmnoży. Ja nie jestem w stanie przewidzieć, ile zwierząt do mnie przyjdzie. Nie wiedziałem też, że w tym roku będzie taka powódź, że przyjadą bobry i inne zwierzęta, których się nie spodziewałem. Ciągle muszę się modernizować, zwierzęta muszą mieć wybiegi zgodne z ich potrzebami, zawsze staram się, żeby wybieg dla zwierzęcia był większy, niż minimum wymagane w ustawie. Stale muszę przygotowywać nowe wybiegi, bo nie wiem, co jutro może przyjechać. Nie mogę sobie zaplanować, że np. w przyszłym roku przyjmuję sto zwierząt, w dodatku z konkretnego gatunku i sobie siedzę i czekam.

Ile osób pracuje w Leśnym Pogotowiu?

Nigdy nie było więcej osób, niż ja, moja małżonka i mój syn. Nigdy nie mieliśmy żadnych pracowników, nie mamy i nie sądzę, żebyśmy kiedyś mieli. Tutaj potrzebni są ludzie z bardzo specyficznymi predyspozycjami. Nie wpuszczę do ośrodka nikogo, kto nie ma teoretycznego pojęcia o zwierzętach, nie ma odpowiedniego serca i podejścia. Ludziom się często wydaje, że w takim ośrodku to wystarczy obrać marcheweczkę jeleniowi, pogłaskać jakąś sarnę, a tak nie jest. To są wyzwania, ale one nie stanowią dla mnie problemu. Jedyny problem to to, że niektórzy uważają, że powinienem zacząć dbać o siebie, bo kiedyś mnie zabraknie i kto wtedy będzie się zajmował tymi zwierzętami?

Kto może zostać pracownikiem Leśnego Pogotowia?

Nie mam na to pieniędzy.

Z czego utrzymuje się Leśne Pogotowie?

Leśne Pogotowie dostaje pieniądze z Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Katowicach. Mam też umowę z różnymi miastami na Śląsku, łącznie z tym, że mam umowę z Regionalną Dyrekcją Ochrony Środowiska w Krakowie, bo ja z całego województwa Małopolskiego przyjmuję zwierzęta chronione. A pozostałe gminy, które nie mają z nami takich umów, bo aż tyle zwierząt do nas nie trafia, płacą jednorazowo. Są też takie, które nie chcą, uważają że to nie ich sprawa. Uważam, że tę mentalność należałoby złamać, bo te zwierzęta też nie są moją prywatną własnością. Owszem, posiadając imienne zezwolenie, jestem przez Ministra obarczony odpowiedzialnością.

Decyduję, ale w zakresie prawa, które pozwala mi o tych zwierzętach decydować. I przepis mówi, że ja nie mogę robić doświadczeń, nie mogę przekazywać w ręce prywatne, itd. W ramach ośrodka trzymam je, rehabilituję te zwierzęta, które zostają do końca życia u nas i mam prawo to robić. Muszę je w odpowiedni sposób żywić i zapewnić im odpowiednie warunki bytowe. Jeżeli nie zrobiłbym tego i z mojej winy jakieś zwierzę by padło, ponoszę odpowiedzialność karną. Nie obawiam się tego - dla tych zwierząt żyły bym sobie wypruł. Widzę w tym sens, nikt mnie do tego nie zmuszał, tych 18 lat było dla mnie wielką frajdą i wielką pasją.

W jakiej sytuacji można się do Pana zgłosić?

Każdy może się zgłaszać, ludzie dzwonią nawet z Warszawy po porady. Jeśli przyniesie pani chore zwierzę, po wypadku, nie płaci pani za jego hospitalizację. Zwierzę należy do skarbu państwa i to on jest za nie odpowiedzialny. Wiadomo, że nie przejechała pani zwierzęcia specjalnie. Środki na leczenie można przekazać, ale nie jest to obowiązek osoby prywatnej.

Co jest największym wyzwaniem w prowadzeniu Leśnego Pogotowia?

Najtrudniejszą rzeczą jest to, że od 18 lat nie miałem urlopu. Jestem przy zwierzętach 24 godziny na dobę. W święta ludzie siadają do Wigilii, ja też, owszem, siadam do Wigilii, ale zaczynam od zwierząt, a dopiero potem idę do stołu. Wówczas ludzie odpoczywają, rano wstają, włączają telewizorek, siadają do stołu. Ja, owszem, siadam do stołu, ale najpierw idę do zwierząt, potem mogę świętować. Mam szczęście, że mam taką, a nie inną rodzinę, bo ktoś inny mógłby tego nie akceptować. Nie mogę wyjeżdżać na wczasy z rodziną - możemy sobie pozwolić na jakieś jednodniowe wyjazdy. I to też mnie sporo kosztuje, bo jak są maluszki w domu (małe wiewióreczki na przykład, tak jak teraz mamy), to nie można wyjechać, ponieważ przez dwie godziny trzeba je karmić małą butelką. To jest poświęcenie, nie każdy to może rozumie.

Kiedy dzikie zwierzęta są w niebezpieczeństwie, zawsze mogą liczyć na ich pomoc!

"Na ratunek przyrodzie", emisja: czwartki, godz. 21:00 na kanale Animal Planet




  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów