Dźwiękowiec jest nie do zdarcia

Matylda Małecka
2010-09-08, ostatnia aktualizacja 2010-09-17 17:04

- Kiedy jedziemy na lawecie, wszyscy krzyczą, a w samochodzie ma się odbyć intymny dialog pomiędzy bohaterami, to nie ma innego wyjścia, trzeba dograć go w studio - o pracy dźwiękowca opowiadają: Mateusz Adamczyk, Paweł Uszyński i Kamil Sajewicz.

ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Paweł

Paweł Uszyński jako jedyny z moich rozmówców nazywa siebie inżynierem dźwięku. - Właśnie skończyłem zdjęcia do filmu. Tam nagrywałem dźwięk, za chwilę postprodukcja i nowy plan filmowy. Piszę też muzykę do dwóch spektakli, jeden jest teatralny, drugi taneczny. Oprócz dźwięku zajmuję się też muzyką - produkuję brzmienia elektroniczne, grywam też imprezy jako DJ.

Nie skończyłem studiów kierunkowych. Właściwie nie edukowałem się też muzycznie, trochę tylko grałem na klawiszu. Intuicyjnie robię to, czego inni nauczyli się w szkole. Przeczytałem kilka niezbędnych podręczników, jestem aktywny na forach internetowych i przede wszystkim słucham: reportaży, filmów, reklam, wszystkiego. Miałem też szczęście spotkać doświadczonych ludzi, świetnych fachowców, od których mogłem i nadal mogę się wiele nauczyć. To w rozwoju w tym zawodzie jedna z kluczowych spraw - kontakt z ludźmi, którzy ze względu na dużą wiedzę i wieloletnie doświadczenie mogą cię odrobinę poprowadzić.

Najlepiej jest skończyć 5 lat reżyserii dźwięku na akademii muzycznej [dzisiaj Uniwersytet Muzyczny - dop.red.]. Rozważam pójście do szkoły w celu skorygowania złych nawyków, błędów, które na pewno robię. Niektóre zajęcia byłyby dla mnie nudne, ale inne pewnie bardzo by się przydały.

Zawsze wiedziałem, że chcę to robić. Jako mały chłopiec siedziałem z keyboardem na kolanach i powtarzałem melodyjki z telewizora. Ale długo nie miałem odwagi, żeby się tym zająć zawodowo. Będą lepsi ode mnie - myślałem. Poszedłem na polonistykę, miałem robić doktorat, pracowałem przez kilka lat jako dziennikarz, literaturoznawca i menedżer kultury. Tyle, że wszystko to działo się jakoś połowicznie. Pewnego dnia, pracowałem wtedy w TVP jako redaktor, wróciłem do domu, spojrzałem w lustro i zrozumiałem, co jest nie tak. Za forsę, którą miałem do dyspozycji kupiłem pierwszy sprzęt i zacząłem pisać muzykę. Pierwsze komercyjne zlecenie dostałem w grudniu 2008, to był festiwal Rewizje. Wtedy powiedziałem sobie, to jest to!

Kamil

Kamil Sajewicz, którego odwiedzam w domowym studio na warszawskim Wawrze, czuje się realizatorem dźwięku. - Inżynier to jest ktoś, kto buduje mosty, a nie działa intuicyjnie tak jak ja, inżynier dźwięku to ktoś więcej.

Kamil zajmuje się realizacją nagrań muzycznych, filmowych i telewizyjnych; postprodukcją, obróbką materiału i mixami. Pracuje głównie w studio, ale zdarza się, że nagrywa dźwięki na planie lub w innym miejscu.

Skończyłem technikum elektroniczne, szkołę muzyczną (pianino i aranż), studiowałem trochę muzykologię. Kiedyś nagrywałem jako klawiszowiec płytę z zespołem. Wynajęliśmy studio i nagle okazało się, że lepiej czuję się po drugiej stronie. Zacząłem to robić. Najpierw byłem stażystą w kilku studiach, nosiłem kable, kompletowałem domowe studio. Jak miałem określone umiejętności, ludzie zaczęli dzwonić.

Piszę muzykę do filmów i reklam, oczywiście na zamówienie. Dla siebie nie komponuję już od dawna. Jako nastolatek pisałem utwory instrumentalne dla dziewczyn, które chciałem poderwać. Z tego z czasem wykształcił się zawód. To ten sam mechanizm, według którego chłopak sięga po gitarę elektryczną i zakłada zespół. Zaimponować kolegom, poderwać dziewczynę i być fajnym.

Mateusz

Z Mateuszem Adamczykiem, zdobywcą nagrody za dźwięk do "Wojny polsko-ruskiej" na 34. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, spotykam się na terenie byłej wytwórni wódek "Koneser". Tutaj mieści się studio, które Mateusz prowadzi wraz z Sebastianem Witkowskim.

- Jestem reżyserem dźwięku, ale bywam też inżynierem i realizatorem. Skończyłam Wydział VI, Reżyserii Dźwięku Akademii Muzycznej w Warszawie, ze specjalizacją realizacja dźwięku w filmie i realizacja muzyki elektronicznej. Mój zawód jest więc naturalną konsekwencją wyborów dotyczących wykształcenia. Najpierw była to szkoła muzyczna, po której jestem skrzypkiem instrumentalistą, później Akademia Muzyczna. Zaczynałem od pisania muzyki do etiud studentów łódzkiej Filmówki. Potem zająłem się reżyserią dźwięku w filmach pełnometrażowych. Kiedyś miałem studio w swoim mieszkaniu, ale dwa lata temu podjąłem decyzję o rozgraniczeniu sfery zawodowej od prywatnej i przeniosłem sprzęt tutaj.

Umiejętności

W tym zawodzie na pewno potrzebna jest znajomość fizyki, a zwłaszcza elektroakustyki. Trzeba wiedzieć od czego i jak dźwięk się odbija, a jaki materiał jest w stanie go pochłonąć.

- Kiedy mam na przykład problem z opanowaniem w jakimś pomieszczeniu niskich tonów, powinienem szybko zadbać o to, by w rogach znalazły się tzw. pułapki basowe. Na planie filmowych często jest tak, że muszę działać natychmiast, ufając swojemu słuchowi i przechowywanej w głowie wiedzy. Czasem kończy się to tak, że zamiast prawdziwej pułapki basowej w rogu ląduje zwinięty w rulon dywan, "miśkowatą" stroną na zewnątrz. - śmieje się Paweł.

- Niezbędna w tym zawodzie jest wiedza na temat rozchodzenia się fal i funkcjonowania prądu elektrycznego. Przydają się też podstawy matematyki, zwłaszcza logarytmy. Wartości, które słyszymy wzrastają właśnie logarytmicznie. - wyjaśnia Kamil.

Poza znajomością oprogramowania i technicznego funkcjonowania sprzętu, niezwykle istotny jest dobry słuch. - Należy go świadomie kształcić. - tłumaczy Paweł. - W ciągu jednego dnia można nauczyć się słyszeć dźwięki, na które normalnie nie zwraca się uwagi.

Kamil potwierdza - To kwestia nazwania pewnych rzeczy. Nieprawdą jest, że ktoś ma świetny słuch od urodzenia, ludzie różnią się w zasadzie jedynie stopniem wykształcenia słuchu.

Przydaje się też teoria muzyki, wiedza o instrumentacji, tempie, ale też rytmie i montażu. Istotniejsze zdają się być jednak pewne cechy osobowości. - Niezwykle ważne w tym zawodzie jest dążenie do poznawczej dyscypliny i precyzji. Trzeba też być wrażliwym człowiekiem, otwartym na świat i ludzi, z którymi się pracuje. Na planie muszę chłonąć atmosferę miejsca, w którym jestem, ale też atmosferę powstającego filmu. Potem zostaję sam ze sobą i przekładam te wrażenia na dźwięk. Ludzie, których spotkałem w tej branży, właśnie tak się zachowują - mocno chłoną to, co mają wokół siebie na planie, angażują się, ale równocześnie są jakby z boku, starają się nie wchodzić w drogę reszcie ekipy - zapewnia Paweł.

  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów