Czy Polacy wiedzą, jakie mają prawa w pracy i jak powinni być traktowani przez pracodawcę? Może nie wszyscy, ale zdecydowana większość tak i w razie potrzeby stara się walczyć z pracodawcą tyranem - takie wnioski nasuwają się po lekturze corocznego raportu Głównego Inspektora Pracy. Danuta Rutkowska, rzecznik prasowy Głównego Inspektora Pracy: - Problemy, z którymi inspektorzy spotykali się podczas kontroli są takie same od lat. Najbardziej dotkliwe dla pracowników jest przekraczanie czasu pracy i złe warunki BHP. Nie zawsze dobrze wygląda też sprawa z wypłatą wynagrodzeń. I to kontrolujemy zawsze w wybranych firmach.
Główne grzechy pracodawcówZ raportu wynika m.in. że najczęściej zdarzają się naruszenia przepisów związanych z wypłatą. Co czwarty pracodawca nie wypłaca wynagrodzenia w ustalonym terminie. Ale okazuje się, że sytuacja się poprawia. - Jeszcze dwa lata temu robiła tak aż połowa skontrolowanych przez nas firm - mówi rzeczniczka. Nie lepiej jest z czasem pracy: w większości z 500 skontrolowanych firm pracownikom nie zapewniono dnia wolnego po pięciodniowym tygodniu pracy. - W praktyce wyglądało to tak, że zamiast pięć, pracowali po sześć dni w tygodniu, dostając za ten dzień wynagrodzenie - tłumaczy rzeczniczka. Powód? Zbyt mała liczba pracowników, za dużo pracy. Jak się okazuje, najgorzej mają chyba kierowcy: u 193 skontrolowanych pracodawców zatrudniających ogółem ponad 22 tys. pracowników inspektorzy dopatrzyli się uchybień nie tylko w prowadzeniu dokumentacji, określającej dokładny czas pracy. W prawie połowie firm kierowcom nie płacono za godziny nadliczbowe. Rekordziści przepracowali za darmo nawet po 850 godzin nadliczbowych w roku! - Często występowało też zjawisko skracania obowiązkowego, 11- godzinnego odpoczynku, wyjątkowo groźne ze względów bezpieczeństwa - mówi Danuta Rutkowska. - Zdarzyło się, że odpoczynek skrócono kierowcy aż o 7 godzin i 45 minut.
Bezpieczeństwo przede wszystkimDlaczego pracownicy godzą się na takie traktowanie? Bardzo często znają prawo, ale powodem ustępowania szefowi często jest strach przed utratą pracy. Do czego prowadzi lekceważenie niektórych przepisów, zwłaszcza tych dotyczących bezpieczeństwa, pokazują szczegółowe raporty sporządzane przez terenowych inspektorów pracy. Niektóre budzą grozę.
W sierpniu tego roku inspektorzy odwiedzili firmę budowlaną w Wałbrzychu. Jej szef zatrudniał na stałe dziesięciu pracowników i siedmiu dodatkowych na umowę o dzieło. Pracownicy remontowali elewację kamienicy w Wałbrzychu. Jeden z nich spadł z rusztowania z wysokości trzeciego piętra. Zginął na miejscu. Inspektorzy badający miejsce wypadku stwierdzili, że na rusztowaniu ustawionym przy budynku brakuje części poręczy. Robotnik nie znał też zasad wykonywania prac na wysokości.
W lipcu tego roku inspektorzy skontrolowali myjnię samochodową w Słupsku, tuż po tym, jak firmę skontrolowała policja. Myjnia działa przy stacji benzynowej. Można na niej tankować także gaz. Policję sprowadziła na miejsce klientka stacji, która tankowała właśnie gaz i zerwała wąż, którego pracownik nie odpiął po napełnieniu zbiornika. Jak się okazało, pracownik myjni był pijany i nie miał żadnych uprawnień do pracy na tym stanowisku. Także kontrola urządzeń wykazała, że dystrybutor gazu wyposażono w wąż, który nie spełnia technicznych wymagań.
W listopadzie 2007 r. doszło do wypadku w jednym z zakładów produkujących meble niedaleko Olszyna. Podczas mycia walcowej nakładarki kleju maszyna wciągnęła dłoń pracownicy wraz z trzymaną przez nią szmatą. Ręka kobiety została wciągnięta w wąską szczelinę pomiędzy dwoma obracającymi się walcami, które zmiażdżył jej palce. Lekarze musieli amputować jej trzy z nich. Jak okazało się podczas kontroli, pracowniczka nie przeszła szkolenia z zakresu bhp, nie wiedziała, jak działa maszyna i jak należy ją obsługiwać. Inspektorzy dopatrzyli się też rażących błędów w zabezpieczeniu urządzeń. Mimo, że pracodawca dostał szczegółowe zalecenia, nie poprawił warunków pracy. W kwietniu tego roku doszło tam do kolejnego wypadku: kobiecie pracującej przy prasowaniu blachy inna maszyna - pozbawiona wymaganych osłon i zabezpieczeń - również zmiażdżyła rękę. Jej także amputowano trzy palce lewej ręki. Inspektorzy przyznają, że lekceważenie przepisów bhp to najpoważniejszy problem na rynku pracy. - Możemy wyeliminować ten problem razem z pracownikami. Coraz częściej zresztą zdarza się, że sami zawiadamiają inspekcję - mówi Danuta Rutkowska.
Prawnicy na liniiO tym, jak wielkie jest zapotrzebowanie na porady z zakresu prawa pracy, świadczą setki telefonów i maili, odbieranych codziennie przez specjalistów Państwowej Inspekcji Pracy. - Rocznie udzielamy ponad 1,5 miliona porad prawnych - mówi Danuta Rutkowska. Do specjalistów można zadzwonić, napisać maila lub przyjść na spotkanie. - Najczęściej ludzie pytają o nawiązywanie i rozwiązywanie stosunku pracy, czas pracy i przepisy dotyczące dni wolnych i urlopów - mówi rzeczniczka. Wiele osób dzwoni, bo nie rozumie lub nie potrafi zinterpretować przepisów kodeksu. Nawet prawnicy przyznają: polskie prawo pracy nie jest przystępne. W dodatku zmienia się tak często, że przeciętnemu pracownikowi trudno za nim nadążyć.
Nie jest źle, a będzie lepiejAle o tym, że Polakom coraz łatwiej odnaleźć się w gąszczu przepisów, przekonany jest Maciej Kania, szef Europejskiej Agencji Rekrutacyjnej z siedzibą w Krakowie. Firma rekrutuje pracowników z niemal wszystkich sektorów polskiego rynku pracy: oferuje pracę zarówno dla naukowców i inżynierów, poprzez zawody ściśle specjalistyczne, aż po pracowników fizycznych. - W porównaniu ze świadomością, którą ludzie mieli jeszcze kilka lat temu, jest o niebo lepiej - mówi. - Dawniej trafiali do nas ludzie niezorientowani, jak powinna wyglądać umowa o pracę, jakie mają prawa, a jakie obowiązki. Nauczyli się na błędach swoich albo znajomych, potrafią też korzystać z internetu, który jest kopalnią wiedzy na temat pracodawców i sposobów poszukiwania pracy. Takich podstawowych kwestii nie trzeba tłumaczyć mniej więcej 9 na 10 pracownikom, którzy do nas przychodzą. Podobnie jest z pracodawcami. - Wiadomo, że czasem zdarzy się firma nieuczciwa, która nie zapewnia swoim ludziom bezpieczeństwa przy pracy albo jej oferta jest niezgodna z rzeczywistością. Ale takich szybko eliminujemy z listy naszych kontrahentów - mówi Kania.
Walczą o swojePodobną opinię o znajomości kodeksu pracy w praktyce ma Paweł Barton,
kierownik Wydziału Pośrednictwa Pracy Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Gdańsku. Wydział specjalizuje się w zdobywaniu zagranicznych ofert pracy w ramach programu EURES - europejskiego systemu zatrudnienia. - Jako urząd współpracujemy ze sprawdzonymi firmami z całej Europy, często sami weryfikujemy nowych pracodawców. Mimo naszych starań, czasem się może zdarzyć, że coś nie zagra. Tak jak ostatnio z jednym z hiszpańskich plantatorów, który działał w zrzeszeniu kilkudziesięciu podobnych firm. Na miejscu okazało się, że nie zapewnił odpowiednich warunków wysłanym przez nas ludziom, a oni od razu nam to zgłosili. I bardzo dobrze. Wyłączymy tę firmę ze współpracy.
Z podobnymi pretensjami do urzędu zgłosili się też Polacy, którzy pojechali latem zbierać truskawki w Anglii. Urzędnicy wysłali tam kontrolę. Ale tym razem okazało się, że to rodacy nie do końca są zorientowani w sytuacji. - Nie znali języka, nie mogli się dogadać i nie rozumieli dlaczego mają odciągane z pensji jakieś kwoty. A mieli potrącane za zużycie wody i prądu, co było zresztą zapisane w umowie - tłumaczy kierownik. Co roku urzędnicy aktualizują dane na swojej stronie internetowej i ostrzegają ludzi, jak bezpiecznie i legalnie znaleźć pracę zarówno w kraju, jak i za granicą. Wydają też ulotki, rozdawane w urzędach pracy, w których opisują, krok po kroku, jak sprawdzić przyszłego pracodawcę. - W skali makro na pewno ta świadomość jest już dość dobra - mówi Paweł Barton. - Ale mimo to, chyba zawsze będzie jakiś margines ludzi, którzy i tak nie posłuchają rad. Latem do Pawła Bartona przyszła zaniepokojona matka młodej dziewczyny, która znalazła w prasie ogłoszenie o wysokich zarobkach za granicą dla osoby praktycznie bez żadnych kwalifikacji. Przyszły pracodawca podał tylko numer komórki. - Kategorycznie odradzałem jej puszczenie na taki wyjazd córki, ale z tego co wiem, dziewczyna i tak wyjechała - mówi kierownik. - W takich sytuacjach po prostu ręce nam opadają.
Prawo w praktyceZdaniem ekspertów tylko nieduży margines pracowników zachowuje się tak lekkomyślnie. Doświadczenie setek tysięcy emigrantów nie idzie na marne. I Polacy całkiem nieźle radzą sobie za granicą. Kolejny co do wielkości polski rynek pracy mamy...na Wyspach Brytyjskich. Beata Bartlay prowadzi jedną z najbardziej znanych londyńskich agencji pośrednictwa pracy. Firma jest laureatem wielu nagród biznesowych. 2B Interface rekrutuje dla pracodawców na Wyspach pracowników między innymi z Polski, rodzinnego kraju Beaty. Przez jej firmę przewinęły się już tysiące zatrudnionych i setki firm. - Generalnie jest tak, że im wyższe stanowisko i poziom wykształcenia, tym lepiej ze znajomością przepisów prawa pracy, i to nie tylko co do obowiązków pracownika, ale i swoich powinności wobec pracodawcy - mówi Beata. - Ktoś na stanowisku supervisora lub managera raczej nie ma już z tym problemu. Postawa roszczeniowa zdarza się najczęściej wśród pracowników grupy robotniczej. Często uważają, że wszystko im się należy, nawet jeśli sami np. spóźniają się do pracy, piją w niej alkohol lub pala trawkę. Nieraz zdarzają się przypadki porzucenia przez nich pracy, nawet na kilka dni, nawet jeśli jest to praca załatwiana przez agencję pośrednictwa. Taki pracownik zjawia się za jakiś czas i znów prosi o pracę, kompletnie nie przejmując się tym, co zrobi. Nie dociera do niego, że on także wobec pracodawcy ma jakieś obowiązki. Wielokrotnie ludzie nie pojawiali się w umówionej pracy w ogóle. Wielokrotnie musieliśmy świecić oczami za naszych niesłownych aplikantów. Taki człowiek nie zdaje sobie nawet sprawy, jak ważne w Anglii są referencje. Jeden taki wybryk może skreślić karierę na wiele lat, bo opinia i adnotacje w dokumentach przekazywane sa kolejnym pracodawcom wraz z dokumentacją. Ale Beata uważa, że znajomość prawa znacznie poprawiła się od czasu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej.
Beata Bartlay: - Żeby było im łatwiej, sami edukujemy ludzi w tak podstawowych kwestiach, jak umowa o pracę. Tłumaczymy im, że w ogóle umowa powinna być i co powinna określać. Wyjaśniamy, ze jeśli firma płaci ci na konto bankowe, to jednocześnie masz gwarancje, że działa legalnie i pracownik ma opłacane składki. Przyjmowanie wynagrodzenia w gotówce może oznaczać, że pracujemy na czarno i nie jesteśmy zarejestrowani w tutejszym HM& C - odpowiedniku polskiego Urzędu Skarbowego i ZUS . Tłumaczymy także, jak wygląda system podatkowy, jakie kwoty są odciągane od pensji i na co są przeznaczane. Jeszcze kilka lat temu był to ogromny problem, bo nasi rodacy w większości pracowali za granicą na czarno. Gdy wreszcie mogli zatrudnić się legalnie, nieraz dochodziło do awantur, że dostają netto mniej pieniędzy. A dostawali mniej, bo pracodawca płacił za nich podatki i
ubezpieczenia. Dochodziło do kuriozalnych sytuacji: Polacy potrafili się buntować, ze niesłusznie płacą podatki w Anglii. A to przecież proste: pracujesz legalnie - płacisz podatki.