Wygarnij szefowi - wygraj 1000 euro lub kurs nurkowania
Większość szczerze nie znosi swojej pracy albo znienawidzi ją w niedługim czasie. W najgorszym stanie są pracownicy pomocy społecznej. Wśród nich aż 22 proc. jest całkowicie wypalonych, a 48 proc. w takiej samej sytuacji lada dzień takimi będzie. Niepokojące są też dane dotyczące innych grup: pracowników służby zdrowia, komunikacji miejskiej, nauczycieli. Jedna czwarta z nich jest całkowicie wypalona, drugie tyle wypali się w ciągu kilkunastu miesięcy. W najlepszym stanie są urzędnicy: 37 proc. z nich jest zadowolonych z posady. To wyniki badań przeprowadzonych we wrześniu i w październiku na czterech tysiącach pracowników w Kujawsko-Pomorskiem. - Konsekwencje takiego stanu rzeczy przyczyniają się do kryzysu ekonomicznego, osłabiają gospodarkę. Gdyby przeliczyć to na pieniądze, to są straty milionów złotych - mówi główny autor badań prof. Bassam Aouil z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.
Brak czasu dla siebie i rodzinyPodobne badania, ale na nauczycielach i ogólnopolskie, przeprowadzono rok temu. Ich wyniki były równie niepokojące: tylko 30 proc. pedagogów jest w dobrym stanie psychicznym. 10 proc. twierdzi, że jest całkowicie wypalonych, a 60 proc. w stopniu średnim. Jako powody takiego stanu wymieniają najczęściej: zarobki niewspółmierne do zaangażowania, sprzeczne wymagania, ciągłe zmiany w programach nauczania, hałas. W 2008 r. naukowcy z województwa pomorskiego zbadali szczegółowo pracowników służby zdrowia. W badaniu wzięło udział 500 osób. Wykazało, że ponad 70 proc. ankietowanych obserwuje u siebie objawy wypalenia zawodowego.
Prof. Aleksander Araszkiewicz, prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, jest przerażony wynikami badań w Kujawsko-Pomorskiem: - Od dawna obserwuję tę narastającą tendencję i nie napawa mnie to optymizmem. Nie myślałem jednak, że jest aż tak źle. Wszyscy gonimy w piętkę, nie mamy czasu dla siebie, dla rodziny. A nasza psychika potrzebuje doładowania. Jeśli człowiek wstaje rano z łóżka i na myśl o pójściu do pracy czuje się źle, ogarnia go przygnębienie, jest zmęczony i szuka pretekstów, żeby nie pojawić się w firmie, to sygnał alarmowy, że dzieje się coś niedobrego. Taka sytuacja panuje w całym kraju.
Kiedy złość rośnieAnkieta przygotowana przez prof. Aouila z Bydgoszczy była częścią programu profilaktycznego organizowanego przez urząd marszałkowski w Toruniu i wojewódzkie ośrodki medycyny pracy. Cel był taki: określić skalę wypalenia zawodowego w firmach i wyszkolić liderów, którzy będą pomagać pozostałym pracownikom.
Bożena Izdebska pracuje jako pielęgniarka w Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym w Bydgoszczy. Została liderką. - Teraz przynajmniej wiemy, co robić, gdy poziom frustracji w zespole narasta - mówi i od razu wyjaśnia: - Czasami wystarczy odrobinę przeorganizować pracę. Człowiek wychodzi z założenia, że najlepiej wszystko zrobi sam. W efekcie sprawy się piętrzą, złość rośnie. Tymczasem część obowiązków można zlecić komuś innemu, a w momencie przesilenia wziąć kilka dni wolnego. Mnie to pomaga, choć pracuję już 31 lat.
Kobiety mają gorzejNaukowcy z Bydgoszczy w badaniu podzielili pracowników na: wypalonych, tuż przed wypaleniem, niewypalonych, typy oszczędnościowe (osoby z małą ambicją wykonujące swoją pracę bez zaangażowania, ale bez negatywnych skutków dla własnej psychiki).
Tych ostatnich, jak się okazało, jest ok. 22 proc. Wypalonych i tuż przed wypaleniem jest łącznie 48 proc., a zdrowych ledwie jedna trzecia. Najwięcej wypalonych jest wśród kobiet. - To dlatego, że bardzo często tak naprawdę pracują na dwa etaty, ten drugi mają w domu - wyjaśnia prof. Aouil. - Są rozdarte między pracą a domowymi obowiązkami. Poza tą szarą codziennością nie mają żadnej pasji, która by je uchroniła przed rutyną.
Badania dowiodły, że wśród całkowicie wypalonych najwięcej jest osób, które nie mają żadnego hobby. Zdaniem ekspertów to właśnie w dużej mierze przyczynia się do ich stanu. - Osoby, które pielęgnują pasję poza pracą, mają w niej więcej energii - podkreśla prof. Aouil.
Stopień wypalenia zawodowego nie ma nic wspólnego z wiekiem, ale wiele go łączy ze stażem pracy: im dłużej pracujemy, tym bardziej jesteśmy wypaleni. Okazało się, że wbrew przewidywaniom naukowców ten problem ma niewielki związek z zarobkami. - Zaskoczyło nas to, że stopień wypalenia nie wiąże się z wysokością pensji - mówi prof. Aouil. - W grupach osób, które zarabiają mniej niż 2 tys. zł i powyżej tej sumy, nie zauważyliśmy różnicy.
Wsparcie onlineBadacze dowiedli, że wiele młodych osób, które przychodzą do pracy, szybko powiela zachowania starszych kolegów. Młodzi ludzie zupełnie bezwiednie wchodzą w schemat niezadowolenia panujący w firmie. Jeśli nie leczą swoich frustracji, prowokują konflikty rodzinne, mają osłabiony układ odpornościowy, nadużywają alkoholu, narkotyków, mają problemy psychiczne. Zdaniem psychologów wypalonych nieszczęśliwych pracowników nie można zostawić samych sobie. - Wielu z nich z czasem popadnie w głębokie depresje, część z nich już zapewne je ma - komentuje prof. Aouil. - Strach pomyśleć, ile strat ich stan przynosi firmie, gospodarce, krajowi. Warto więc zainwestować w pomoc psychologiczną, bo tylko dzięki niej mogą wyjść z dołka.
Specjaliści uważają, że konieczne jest stworzenie stałych, wyspecjalizowanych poradni psychologicznych dla pracowników, które działałyby w dużych miastach. Prof. Aouil, który specjalizuje się w pomocy psychologicznej online, zamierza założyć bezpłatną poradnię w internecie. - W naszych ankietach wyszło, że 30 proc. zainteresowanych chętnie kontaktowałoby się z psychologiem za pośrednictwem sieci - wyjaśnia.
Firmy tracą milionyZdaniem badaczy profilaktyka wypalenia zawodowego powinna stanowić jeden z elementów polityki personalnej firm. Ten syndrom jest jednym z głównych czynników odpowiedzialnym za niskie morale pracowników, ich rotację, absencję. Obniża także jakość świadczonych usług. - Zjawisko wypalenia się powoduje ogromne marnotrawstwo wykształcenia i talentu - komentuje prof. Aouil. - Pracodawcy też powinni zadbać o poprawę stanu pracowników. W przeciwnej sytuacji będą tracić setki tysięcy czy nawet miliony złotych.
Prof. Araszkiewicz podziela to zdanie, ale nie pozostawia złudzeń: - Brakuje nam ośrodków interwencji kryzysowej, gdzie ci ludzie mogliby liczyć na wsparcie.
Kadra Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego w Bydgoszczy na wsparcie może liczyć. - Nie każdego mogę pocieszyć osobiście, ale jeśli
kierownik oddziału wie, że dzieje się coś niedobrego, to on interweniuje - mówi Edward Grądziel,
dyrektor lecznicy. - Liderka, która brała udział w programie, zaproponowała, by zaprosić do szpitala psychologa lub terapeutę, który profesjonalnie doradzi naszym pracownikom, jak mają sobie radzić z trudnym klientem, jak reagować w sytuacjach krytycznych, wreszcie jak nie kumulować w sobie stresu. To dobry pomysł.