Jak obsługiwaliśmy 800 dziennikarzy z całego świata

Rozmawiał: Jakub Halcewicz-Pleskaczewski
06.07.2012 , aktualizacja: 09.07.2012 14:12
A A A
Olgierd Świda

Olgierd Świda (Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta)

Okazuje się, że można w Polsce tak mocno zmotywować ludzi, że oni po prostu chcą pracować. Wolontariusze Euro przychodzili do pracy za wcześnie i chcieli przychodzić częściej, niż planowaliśmy
Wolontariusze Euro dawali nie tylko swoje umiejętności, ale i serce. Pytanie, które się nasuwa, brzmi: jak wykorzystać tego ducha pracy i inspirować innych, z którymi pracujemy na co dzień - opowiada Olgierd Świda, trener biznesowy, wolontariusz UEFA Euro 2012

Jakub Halcewicz-Pleskaczewski: W internecie pełno jest zdjęć-fotomontaży z Mario Balotellim, który po strzeleniu drugiego gola w meczu Włochów z Niemcami zdjął koszulkę i napiął mięśnie. W twoim profilu na Facebooku też zobaczyłem zdjęcie z Balotellim bez koszulki. I ciebie: stoisz za nim i na niego patrzysz. Tylko że to nie jest fotomontaż.

Olgierd Świda: Podczas tego meczu stałem gdzieś w okolicach niemieckiej bramki. Stamtąd generalnie kiepsko się ogląda mecz, właściwie nie widać, co się dzieje na boisku. Nagle gola strzela Balotelli i zdejmuje koszulkę. Fotoreporterzy robili dziesiątki zdjęć, ktoś mnie uchwycił, wolontariusza, który się temu przyglądał w tle. Teraz, po zakończonym turnieju, wolontariusze dzielą się swoimi doświadczeniami i przeżyciami, powstał na przykład lip dub warszawskich wolontariuszy, rodzaj wideoklipu do piosenki Oceany, można go obejrzeć na YouTube.



Na Euro byłeś lead volunteer, czyli?

- Takim "małym" liderem grupy. Wspólnie z koordynatorami UEFA prowadziliśmy prawie 50-osobowy zespół, w którym byli i studenci dziennikarstwa, i copyrighterzy, w większości Polacy, ale były też osoby z Meksyku, ze Stanów Zjednoczonych, z Włoch, Wenezueli. Mieli od 19 lat. Ja mam 52 lata i wcale nie byłem najstarszy. Było różnorodnie i kolorowo.

Zgłosiłem się do tej pracy jesienią zeszłego roku. Zobaczyłem w internecie baner, który informował, że UEFA szuka wolontariuszy na Euro. Kliknąłem, dotarłem do strony z ogromnym kwestionariuszem. Wypełniłem go. W październiku zostałem zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną. Kilka miesięcy później dostałem umowę, a w maju odebrałem akredytację. Pierwszy trening wolontariuszy odbył się na początku czerwca, krótko przed turniejem.

Czym się zajmowała twoja grupa?

- Obsługą medialną na Stadionie Narodowym. Dbaliśmy, by dziennikarze z całego świata mieli zapewniony najlepszy serwis i opiekę. Zajmowaliśmy się między innymi obsługą konferencji prasowych: na dzień przed meczem odbywały się konferencje obu drużyn, które trenowały na stadionie, a po meczu konferencje trenerów.

Obsługiwaliśmy przynajmniej 800 dziennikarzy, którzy pojawiali się w różnych momentach i w różnym nasileniu w naszym newsroomie, w tzw. SMC, czyli Stadion Media Center, centrali operacji. Mieliśmy rozpisane, kto przyjmuje ludzi, kto jest na konferencji, kto na boisku przy fotoreporterach, kto na trybunie mediowej z korespondentami i komentatorami. Co do minuty było rozpisane, co, gdzie, kiedy można i należy zrobić, np. do kiedy dziennikarze mogą być na boisku, jaka przy nich jest nasza rola. Nad planem zadań pracowaliśmy od rana. Najwięcej pracy było na początku turnieju. Na otwarcie przyjechało wielu dziennikarzy. Podobnie na półfinał. W dni niemeczowe było stosunkowo pusto.

I jakie to było dla ciebie doświadczenie? Na co dzień jesteś trenerem biznesowym.

- Bardzo ciekawe! Po raz pierwszy robiłem tego typu zadanie w Polsce. Bardzo się to wszystko sprawdziło. Okazuje się, że można w Polsce tak zmotywować ludzi, że oni po prostu chcą pracować. Efekt był piorunujący. Nasz problem nie polegał na tym, że ktoś się nie stawiał czy się spóźniał. Przeciwnie, ludzie przychodzili za wcześnie. Nasi wolontariusze chcieli na swoje zmiany przychodzić częściej niż to było oryginalnie zaplanowane. Przypuszczam, że podobnie czuły setki wolontariuszy w innych miastach-gospodarzach Euro.

Całe wydarzenie było przygotowane szalenie profesjonalnie. Wszystko do najmniejszego detalu było rozpisane i przetrenowane. Przed meczem wszystkie elementy były testowane na sucho, żeby w czasie meczu nie przytrafiła się żadna wpadka i żeby wszystko wyszło wspaniale. I to się udało.

UEFA cię zaskoczyła?

- Pracowałem w wielu krajach świata, na kilku kontynentach. W żadnej z organizacji, które znam, nie spotkałem się do tej pory z tak szczegółowym rozpisywaniem wszystkich zadań. Ludziom, którzy robili to po raz pierwszy, UEFA przekazała wiele doświadczenia. UEFA ma przecież kilkudziesięcioletnie doświadczenie organizowania takich imprez. Ale chodzi nie tylko o zdolności organizatorskie.

O co jeszcze?

- Druga rzecz, która mnie uderzyła, to decyzyjność ludzi UEFA na miejscu. Podam przykład. Oczywiście były np. zasady przyznawania dziennikarzom miejsc na konferencji. I się ich trzymaliśmy. Ale zawsze zdarzają się wyjątki. Np. dziennikarz podał zły e-mail, trzeba było weryfikować w jego centralnej redakcji albo odsyłać go z kwitkiem. I ludzie UEFA na miejscu potrafili na bieżąco podejmować decyzje tak, by można było zaspokajać potrzeby klienta. Trudno byłoby mi sobie wyobrazić w polskiej organizacji sformalizowanej tego typu decyzyjność na miejscu. U nas generalnie pojawienie się jakiegokolwiek odstępstwa od regulaminu czy zasad blokuje działanie. A tutaj podejmowano decyzje w imię oferowania dobrego serwisu.

I nie było żadnych wpadek?

- Jasne, że były. Raz koleżanka na konferencję prasową jednej z drużyn nie chciała wpuścić trenera, bo nie miał odpowiedniej karty wstępu. Dopiero jak się przedstawił i powiedział, że to on będzie główną osobą na konferencji, przeprosiła go i wpuściła. Tego typu historie się zdarzały i kończyły się uśmiechem. Bardzo miło było nam też widzieć zadowolenie dziennikarzy z różnych krajów świata. To, co mówili ci dziennikarze, było słuchane przez miliony osób z ich krajów. Zainteresowanie połowy świata było skierowane na Polskę i Ukrainę, na Warszawę i nasz stadion. W naszym SMC były oczy i uszy połowy świata.

Co wtedy myślałeś?

- Pamiętam, że na dzień przed meczem Niemcy-Włochy, gdy prasa miała czas, żeby zobaczyć trening Włochów, rozstawiło się wiele kamer z wielkich stacji m.in. z Brazylii, Meksyku, z Hiszpanii. Znam je dość dobrze, wiem, że oglądają je miliony osób. Bycie wtedy na stadionie - a nie w domu przed telewizorem - bycie częścią tego eventu i możliwość dołożenia własnej cegiełki do sukcesu Euro sprawiało niesamowite wrażenie. To było wspaniałe uczucie.

Osoby z mojej grupy potrafiły wytworzyć energię i zarażać jedni drugich entuzjazmem, z którym podchodzili do zadań. Wszystkim nam zależało, żeby to był sukces. To było czuć. Dawaliśmy nie tylko swój czas, swoje umiejętności, ale swoje serce. Tak ta grupa funkcjonowała. Pytanie, które się nasuwa, brzmi: jak wykorzystać tego ducha pracy i inspirować innych, z którymi pracujemy na co dzień.

Widać, że Euro wyzwoliło same pozytywne emocje?

- Absolutnie! Organizowanie mistrzostw było dla Polski przełomowe. Nadało wielkiego przyspieszenia zmianom społecznym. Pamiętam koniec lat 70., kiedy do Polski przyjechał papież i było czuć, że przyjdzie zmiana, że zapaliło się światło wolności. Innym takim momentem było powstanie "Solidarności", potem wejście Polski do Unii Europejskiej. Euro jest wydarzeniem tego kalibru. Jego efekty będziemy widzieli za kilka tygodni, miesięcy, lat.

Przypomina mi się Barcelona, która w 1992 r. przygotowywała się do olimpiady. Mieszkałem wtedy w Hiszpanii, a później byłem w niej kilka razy w roku. Pamiętam, jakie znaczenie miały igrzyska dla społeczności miasta i reszty Katalonii, zwłaszcza jeśli chodzi o integrację z Europą. Nie tylko zbudowano drogi i tunel przez wielką górę. Pozmieniało się ludziom w głowach. Hiszpanie zrozumieli, że są częścią Europy i bardzo się do tej Europy zbliżyli. Czuję, że podobne zmiany zajdą w Polsce.

Prawicowemu publicyście mówienie o Euro kojarzy się z gierkowską propagandą sukcesu. Co Ty na to?

- Wiem, że dziś niektórzy porównują sukces Euro 2012 z gierkowską propagandą. Oczywiście można wszędzie szukać podtekstów politycznych i szukać konfliktów, ale w tym wypadku wygrała Polska, cała Polska, z wielką różnorodnością przekonań politycznych swoich obywateli. Cieszmy się tym. Na tym budujmy lepszą Polskę.

*Olgierd Świda pracował dla Microsoftu w Niemczech i USA w latach 90.; zdefiniował polskie słownictwo w Windowsie. Współwynalazca "Open License". W latach 2006-07 odpowiadał za produkcję newsów w TVP. Senior Leader w ramach organizacji Anthony'ego Robbinsa, legendarnego pioniera coachingu. Prowadzi firmę Presentation Coaching

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX