Pracownik złapany w sieci

Katarzyna Pawłowska-Salińska, Marta Piątkowska
25.07.2012 , aktualizacja: 25.07.2012 11:33
A A A
Internet pozwala na błyskawiczne zdobywanie informacji. Także o nas samych. Wykorzystać je może każdy: szef, rekruter, klient, kolega z pracy. Czy w sieci w ogóle można zachować prywatność?
Artur jest pracownikiem dużej instytucji finansowej. Jego komentarze ekonomiczne regularnie pojawiają się w mediach. Nie jest jednak jedynym specjalistą, na którym firma opiera swój wizerunek. Mimo to kilka dni temu szef poprosił go o zmianę zdjęcia profilowego na jednym z serwisów społecznościowych. - Problemem okazała się koszulka ze śmiesznym napisem w języku angielskim, który zawierał przekleństwa - opowiada Artur. - Powiedział, że to psuje moją wiarygodność jako eksperta i wpływa na obraz pracodawcy. Pewnie zgodziłbym się z nim bez słowa, ale to było moje prywatne konto. W końcu dla świętego spokoju zrobiłem to, o co prosił, ale nie jestem zachwycony.

Szef Artura przesadził, czy może zdjęcie kłócące się ze służbowym wizerunkiem pracownika należało zmienić?

- Zamieszczając w sieci w sposób ogólnodostępny prywatne fotografie i informacje na swój temat, godzimy się na bycie obserwowanym. A to naraża nas na oceny innych - tłumaczy Małgorzata Sacewicz-Górska z agencji doradztwa personalnego ManpowerGroup. - Pracodawca nie powinien oceniać nas poprzez pryzmat naszych poglądów. Czasem jednak lepiej treści, które mogą innym wydawać się kontrowersyjne, ukryć za pomocą ustawień prywatności, niż pokazywać je całemu światu. Artur przez założenie koszulki z wulgarnym napisem nie stał się gorszym specjalistą, ale mógł dać przełożonemu do myślenia, czy na pewno jest osobą odpowiedzialną, skoro bawią go takie hasła.

- Praca w korporacji zmusza do politycznej poprawności - komentuje Paweł Wierzbicki, ekspert firmy rekrutacyjnej Michael Page International. - Nawet w prywatnych komunikatach, które zamieszczamy w sieci, trzeba zachować zgodność z wizerunkiem, jaki buduje firma.

Jego zdaniem sytuacja Artura jednak wcale nie jest jednoznaczna. - Owszem, z jednej strony, jeśli po wrzuceniu nazwy firmy do wyszukiwarki pierwsze, co wyskakuje, to zdjęcie pracownika w koszulce z niecenzuralnym napisem, to dla niektórych ludzi może być problem - tłumaczy Wierzbicki. - Z drugiej jednak strony są ludzie, dla których to będzie fajne i śmieszne. Każdy kij ma dwa końce - dzięki temu zdjęciu Artur mógłby kogoś sobie zjednać, ale oczywiście może też zniszczyć długo budowaną relację z klientem.

Eksperci radzą, żeby na wszelki wypadek ogólnodostępny wizerunek w sieci ograniczyć do neutralnych treści, takich jak hobby, wykształcenie czy aktualne miejsce pracy. Zdjęcia? Jeżeli nie nadają się do rodzinnego albumu, nie powinny też reprezentować nas w sieci. Natomiast za zasłoną ustawień prywatności można sobie pozwolić na więcej.

Masz kaca? Nie pisz o tym

Po co ta ostrożność? Historii o tym, jak ludzie z całego świata tracą pracę przez niefrasobliwe wypowiedzi w mediach społecznościowych, przybywa regularnie. Jedni, mając przełożonego w "znajomych", pisali niewybredne komentarze na jego temat. Inni jak Connor Riley w nietypowy sposób uczcili zatrudnienie. Amerykanin napisał na Twitterze: "Cisco właśnie zaoferowało mi pracę. Mam nadzieję, że sowita pensja wynagrodzi mi dojazdy do San Jose i ogólną nienawiść do roboty". Dojazdy nigdy nie zostały jego problemem, bo nie został przyjęty. Pecha miał też pewien strażnik więzienny z Anglii, który wśród internetowych przyjaciół miał 13 kryminalistów. To wystarczyło, żeby w trakcie śledztwa ustalić, kto nielegalne dostarczał im do więzienia telefony komórkowe i inne zakazane przedmioty.

Są również dodatkowe pułapki. 18-letni Amerykanin Callum Haywood napisał skrypt, który monitoruje Facebooka, wyszukując określone frazy kluczowe, m.in. "hate my boss" (nienawidzę mojego szefa), "hangover" (kac), "taking drugs" (brałem narkotyki). Wyniki tego monitoringu publikowane są na stronie weknowwhatyouredoing.com. Wyświetla się tam zdjęcie profilowe osoby, która coś takiego napisała, oraz część nicka lub nazwiska. Nie można przenieść się poprzez kliknięcie bezpośrednio na profil autora wpisu, ale dzięki temu, że widać część nazwy użytkownika oraz jego zdjęcie, każdy nas może go rozpoznać.

Po wejściu na stronę łatwo można się zorientować, że na Facebooku skarg na kaca nie brakuje, podobnie jak szczegółowych opisów wydarzeń, które do niego doprowadziły. Podobnie jest z paleniem skrętów.

Wystarczy więc, że szef lub kolega wejdzie na stronę i zauważy, że napisałeś na swojej tablicy: "nienawidzę mojego szefa kretyna" albo "mam dziś strasznego kaca". Można sobie wyobrazić, co będzie dalej.

Na szczęście na razie strona pobiera dane tylko z upublicznionych profili i reaguje na anglojęzyczne wpisy.

Za rasizm pracy nie dostaniesz

Zły wizerunek w internecie nie tylko sprawi, że stracisz pracę. Często też nie pozwoli ci jej zdobyć. Rekruterzy coraz częściej sprawdzają kandydata w sieci, zanim go przyjmą do pracy. Ale to nie jest jeszcze standardowe postępowanie. Na rodzimym rynku pracy co prawda umacnia się trend, ale nie jest on tak rozwinięty jak w USA. - Na pewno nie można tego nazwać inwigilacją. Szukamy dodatkowych informacji o kandydacie, czasem weryfikujemy, czy to, co napisał o sobie w CV, pokrywa się z tym, co zamieszcza w internecie. Jeżeli wychodzą jakieś wstydliwe informacje, jest to raczej przypadek - tłumaczy Justyna Ścigler, starszy konsultant z ManpowerGroup. Ale nie ukrywa, że pracodawcy sięgają po te metody coraz częściej. - Starają się w ten sposób sprawdzić, czy zainteresowania kandydata, jego wartości są spójne z oczekiwaniami firmy. Najgorzej widziane są treści o charakterze dyskryminującym i poruszającym w negatywny sposób tematy religijne lub rasowe. Nikt nie chce przeczytać o sobie w gazetach, że np. "prezesem firmy X jest rasista", bo, pomijając to, że nie jest to poprawne politycznie, bardzo osłabia też wizerunek przedsiębiorstwa.

Sprawdzenie aktywności kandydata w sieci zależy przede wszystkim od branży oraz stanowiska, na które prowadzona jest rekrutacja. - Specjalista od social media, grafik czy projektant stron internetowych powinni wykorzystywać internet do możliwie jak najszerszego prezentowania swoich umiejętności - podkreśla Paweł Wierzbicki. - W przypadku prawnika, księgowego czy finansisty liczą się głównie konkretne kompetencje oraz doświadczenie. Jednak przedstawiciele tych zawodów również mogą korzystać z sieci w celu kreowania profesjonalnego wizerunku. Na przykład o prawniku bardzo dobrze świadczy, jeśli pomimo codziennych obowiązków prowadzi poczytnego bloga z poradami prawnymi.

Rezygnacja z prywatności to jedyne wyjście?

Dbanie o profesjonalny wizerunek w sieci nie wymaga wiele wysiłku. Przede wszystkim należy mieć świadomość, że tak jak my odwiedzamy profile nowo poznanych osób, tak również nasz potencjalny pracodawca może to zrobić, zanim podejmie decyzję o zatrudnieniu. I chociaż profil na Facebooku należy do sfery prywatnej kandydata, a podczas rekrutacji weryfikowane są dane dotyczące jego profilu zawodowego, to należy mieć na uwadze, że wszystkie informacje dostępne w sieci kształtują wizerunek danej osoby. - Dlatego warto pamiętać, że to, co piszemy w internecie na własny temat, powinno być spójne, przejrzyste i aktualne - podsumowuje Paweł Wierzbicki.

Tak właśnie do prywatności w internecie podchodzi Iwona, pracownica działu public relations, która nie chce powiedzieć o sobie nic więcej. - Mam profile na wszystkich liczących się serwisach, w każdym podaję te same informacje i wklejam identyczne zdjęcie. Jeżeli coś udostępniam lub dzielę się wiadomością, to tylko poważnym newsem. Kiedy temat jest kontrowersyjny, nie dodaję słowa komentarza. Chcę uniknąć sytuacji, w której ktoś wyciągnie zdanie lub słowo wyrwane z kontekstu i wykorzysta je w pracy przeciwko mnie.

Tomasz, pracownik działu IT, podszedł do sprawy jeszcze bardziej radykalnie. - Założyłem konto na Facebooku i przyjąłem zaproszenie dawnego znajomego z Hiszpanii. Po czym na drugi dzień odkryłem, że znajomy wrzucił zdjęcie z imprezy, na którym jestem m.in. ja, jak palę jointy. I że jestem pod nim podpisany. Wtedy zlikwidowałem swoje konto.

Za nadmiar fantazji też cię skreślą

Jednak zdaniem niektórych rekruterów zarówno Iwona, jak i Tomasz przesadzają, bo samokontrola w sieci nie oznacza pełnej cenzury. - Nie chodzi o to, żebyśmy stali się kompletnymi sztywniakami, tylko żebyśmy rozsądnie dozowali informacje - zaznacza Małgorzata Sacewicz-Górska. - Każdy z nas jest więźniem własnego zawodu, bo ludzie postrzegają nas przez pryzmat tego, co robimy, ale nie tracimy przez to prawa do wyrażania własnych poglądów czy podkreślania zainteresowań.

Justyna Ściglar zwraca uwagę na jeszcze jedną kwestię - im bardziej staramy się ukryć informacje o sobie, tym nudniejsi stajemy się w oczach rekruterów. - Brak zainteresowań to inaczej brak pomysłu na siebie. Jeżeli ktoś nie wie, co jest dla niego ważne prywatnie, to może nie wiedzieć, czego chce w pracy, być pozbawionym ambicji - komentuje.

Trzeba umieć zachować złoty środek - nie każde zainteresowania i przejawy fantazji i kreatywności mogą nam pomóc. - Jeśli zobaczę na Facebooku kogoś w meksykańskim poncho i w sombrero, z butelką tequili w dłoni i ze śladami kilkudniowego picia na twarzy, uznam, że coś jest jednak nie tak - przestrzega Paweł Wierzbicki.

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX