Etat, zlecenie, dzieło

Marta Piątkowska
19.11.2012 , aktualizacja: 19.11.2012 17:40
A A A
Dziś na rynku pracy mamy pracowników, którzy sa zatrudnieni na różnych umowach. Tylko jedni mają większą ochronę, a drudzy muszą się cieszyć, że w ogóle mają pracę - rozmowa z Jarosławem Lange*
Marta Piątkowska: Zgodzi się pan ze stwierdzeniem, że w Polsce mamy dwa rynki pracy? Pierwszy dotyczy pracowników etatowych, drugi zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych.

Jarosław Lange: To prawda. Znaleźliśmy się w sytuacji, kiedy ok. 27 proc. pracowników w ogóle i ok. 65 proc. ludzi młodych zatrudnionych jest w formie umów tzw. śmieciowych, czyli na umowach - zleceniach, o dzieło i samozatrudnieniu. Największym problemem, a zarazem patologią, o której "Solidarność" tak wiele obecnie mówi, jest skala tego zjawiska, a nie fakt, że umowy cywilnoprawne w ogóle istnieją.

Co traci ta jedna trzecia pracowników?

- Więcej niż im się wydaje. Z prawnego punktu widzenia spoczywa na nich odpowiedzialność za wszystkie czynności, jakie wykonują w trakcie pracy. Przykładowo, jeżeli budowlańcowi na umowie - zleceniu przydarzy się wypadek, w którym pokrzywdzona zostanie osoba trzecia, to jest to tylko i wyłącznie jego wina i on w całości ponosi konsekwencje prawne i finansowe. Gdyby był na etacie najpierw przyjrzano by się pracodawcy, czy zadbał o to, żeby nie doszło do wypadku.

Jeżeli etatowiec ulegnie wypadkowi w drodze do pracy, to ma prawo do płatnego zwolnienia lekarskiego. Często jest objęty dodatkowym ubezpieczeniem i opieką medyczną, która gwarantuje mu rehabilitację. Pracownik na umowie cywilnoprawnej nie ma żadnej z tych rzeczy. Właściwie, jeżeli jego pracodawca jest skrajnie bez serca, to z chwilą wypadku staje się również bezrobotny.

To samo tyczy się wypadków w miejscu pracy. Proszę sobie wyobrazić, że biurko w biurko siedzą pracownik zatrudniony na umowę o pracę i osoba zatrudniona na umowę o dzieło. Nagle na ich głowy spada kawałek sufitu. Dla pierwszego zostanie powołana komisja, która zbada, co się stało, zostanie spisany protokół powypadkowy, będzie miał szansę na odszkodowanie. Jego kolega zostanie z niczym. Będzie musiał dobiegać swoich praw w procesie cywilnym. Przed sądem zostanie potraktowany w taki sam sposób, jakby przypadkiem znalazł się w firmie, a nie przychodził do niej od poniedziałku do piątku.

Spory problem stanowi również ewidencja czasu pracy.

- Dokładnie. Mogą pracować tyle, ile fizycznie dadzą radę. Znam przykład mężczyzny zatrudnionego w branży ochroniarskiej, który przepracował 500 godzin w miesiącu. To tak, jakby był na trzech etatach!

Ale to ekstremum. O wiele częstszym problemem jest np. brak dodatków za pracę w nocy czy godziny nadliczbowe. Nieprzestrzeganie odpowiedniej przerwy między jedną zmianą a drugą. Nauczyliśmy się myśleć, że na umowach cywilnoprawnych pracują tylko ludzie w biurach, tymczasem zatrudniona na ich podstawie jest cała armia pracowników fizycznych, którzy naprawdę ledwo dają radę.

Myśli pan, że każdy etatowy pracownik ma płacone za nadgodziny lub jego grafik został ułożony zgodnie z prawem pracy?

- Nawet nie próbuję się łudzić, że tak jest. Znam sporo przypadków łamania prawa. Ale taka osoba może w każdej chwili zgłosić się do związku zawodowego, Państwowej Inspekcji Pracy lub do sądu pracy. A ktoś zatrudniony na umowie cywilnoprawnej nie. Nawet nie ma podstaw do tego, żeby się poskarżyć.

Ten brak ewidencji czasu pracy uderza nie tylko w pracowników, ale i osoby, które korzystają z ich usług. Weźmy na przykład takiego kierowcę autobusu, który ciągnie na drugiej zmianie bez przerwy.

- Jeżeli w tym czasie spowoduje wypadek, to będzie to tylko i wyłącznie jego wina. Co więcej pracodawca będzie mógł go oskarżyć o zniszczenie mienia w formule procesu cywilnego.

W firmach często dochodzi do wypadków, bo ktoś nie zadbał o bezpieczeństwo i higienę pracy. Ludzie godzą się na wszystko, bo alternatywą jest bezrobocie. Oczy otwierają im się dopiero w momencie, kiedy jest już za późno.

Co im wtedy zostaje?

- Powództwo cywilne. Tylko że w takiej sytuacji ciężar dowodowy spoczywa w połowie na pracowniku. Musi udowodnić, że stała mu się krzywda i że to zleceniodawca popełnił błąd. Ten, oczywiście, może się bronić, że praca została źle wykonana z powodów, które być może wymyślił na poczekaniu. A co robi pracownik zatrudniony na podstawie umowy o pracę? Zakłada sprawę w sądzie pracy i to pracodawca musi się tłumaczyć, że nie zawinił.

Ale rozmawiamy o wypadkach, a częstszym problemem jest kłopot z odzyskaniem pensji. Powiedzmy, że firma nie zapłaciła nam za dwa ostatnie miesiące. Zakładając sprawę cywilną trzeba na wstępie uiścić 8 proc. kwoty, o którą się sądzimy, plusy koszty adwokata, tylko z czego, jak nie mamy za co żyć?

To samo dzieje się w sytuacji, kiedy firma upada. Etatowi mogą zgłosić się do Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych i odzyskać trzy pensje. Osoby na umowach śmieciowych nie mają na to szansy. Są traktowani jak pozostali wierzyciele, którym wypłaca się pieniądze na szarym końcu tuż po m.in. ZUS-ie i skarbie państwa.

Nie łapią się również na zwolnienia grupowe.

- Nie mają okresu wypowiedzenia, nie przysługuje im odprawa, a po wszystkim w niektórych przypadkach również zasiłek dla bezrobotnych. Zostają z niczym.

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX