Jak walczyć z bezrobociem?

Marta Piątkowska
26.11.2012 , aktualizacja: 26.11.2012 17:55
A A A
Wiktor Wojciechowski

Wiktor Wojciechowski (Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)

Obniżanie kosztów pracy, zamrożenie płacy minimalnej, kontroli nad poszukiwaniem pracy przez bezrobotnych i upowszechnienie pracy na niepełny etat. Takie rozwiązania obniżają bezrobocie. Czy przyjmą się także w Polsce? Rozmowa z Wiktorem Wojciechowskim, głównym ekonomistą Invest Banku.
Marta Piątkowska: Wyobraża pan sobie taką sytuację: problem bezrobocia nagle zostaje rozwiązany i ponad 2 mln Polaków zarejestrowanych w urzędach znajduje pracę?

Wiktor Wojciechowski: Dane z pośredniaków zawyżają skalę bezrobocia w Polsce. Szacuje się, że nawet co trzecia osoba zarejestrowana jako bezrobotna nie szuka żadnego zatrudnienia lub pracuje na czarno. Gdyby urzędy pracy miały silniejsze bodźce do tego, aby takich pseudobezrobotnych wykreślać z rejestrów, odsetek osób bez pracy w Polsce spadłby do ok. 8-9 proc. To jednak i tak dużo, ponaddwukrotnie więcej niż np. w Holandii lub Austrii, które od lat mają najlepszą sytuację na rynku pracy w UE. Nie znam kraju bez bezrobotnych. W krajach rozwiniętych stopa bezrobocia sporadycznie spada poniżej 3 procent.

Dlaczego? Może bezrobocie jest nam do czegoś potrzebne?

- Nie jest nam potrzebne i lepiej, żeby go nie było. Ale w gospodarce rynkowej zawsze są ludzie, którzy tracą pracę i potrzebują trochę czasu, zanim znajdą nową. To normalne nie tylko w okresach recesji, ale także gospodarczego boomu. Bezrobocie jest niskie nie dlatego, że firmy nie zwalniają pracowników, tylko dlatego, że chcą ich zatrudniać, a pracownikom nie opłaca się nie pracować. W każdej gospodarce jest pewien poziom bezrobocia uznawany za stan równowagi. W Polsce szacuje się go obecnie na ok. 10 proc. Gdy faktyczne bezrobocie spada poniżej tego poziomu, pojawiają się problemy z zatrudnianiem pracowników o odpowiednich kwalifikacjach i wzrasta presja płacowa. W efekcie firmy muszą płacić więcej za tę samą pracę.

I co w tym złego? Pracownicy byliby zadowoleni.

- Tylko przez chwilę. Zbyt szybki wzrost wynagrodzeń zachęca do nadmiernej konsumpcji, zaciągania kredytów i jednocześnie zabija konkurencyjność. W tę pułapkę wpadły kraje z południa Europy. Przykład Grecji czy Hiszpanii powinien być sygnałem ostrzegawczym dla tych, którzy chcieliby, aby płace w Polsce szybko wzrosły do poziomu z krajów Europy Zachodniej. Nadmierna presja płacowa podbija również inflację. Co z tego, że zarabialibyśmy więcej, skoro nasze koszty życia poszłyby w górę.

Myśli pan, że bezrobotni w Polsce mają wygórowane żądania płacowe?

- Wielu z nich chciałoby podjąć pracę za płacę minimalną. To może sugerować, że ich żądania płacowe są niskie. Trzeba je jednak porównywać z rynkową wartością ich pracy. Ona nie jest wszędzie taka sama.

Ale chleb w całym kraju kosztuje tyle samo...

- To prawda: ceny mąki, prądu czy paliwa są właściwie takie same w całym kraju. Ale ceny usług są silnie zróżnicowane. Parę lat temu byłem u fryzjera w Sejnach, który za strzyżenie policzył mi 10 zł. W Warszawie musiałbym zapłacić ponad 30 zł. Jeżeli właściciel firmy zarabia trzy razy mniej niż w stolicy, to po prostu nie ma z czego płacić ludziom wyższych pensji.

To co ci ludzie mają zrobić?

- Poszukać pracy w innej firmie, która oferuje wyższe zarobki. Są sektory, w których nie można zaoferować wysokich płac. W rolnictwie czy handlu zazwyczaj nie można liczyć na tak wysokie wynagrodzenie jak np. w profesjonalnych usługach budowlanych. Gdyby ten fryzjer w Sejnach zwiększył pensje swoim pracownikom, to pewnie szybko zamknąłby swój biznes.

A czy są pozytywne przykłady walki z bezrobociem, na których powinniśmy się wzorować?

- Wiele możemy nauczyć się np. z doświadczeń Holandii, która w latach 80. dzięki obniżeniu pozapłacowych kosztów pracy, zamrożeniu płacy minimalnej, wzmocnieniu kontroli nad poszukiwaniem pracy przez bezrobotnych i upowszechnieniu pracy na niepełny etat obniżyła bezrobocie z blisko 15 do 5 proc. W latach 90. Holendrzy dodatkowo ograniczyli możliwości przechodzenia na renty i wczesne emerytury. W efekcie odsetek pracujących w wieku od 55 do 64 lat wzrósł tam w okresie dekady z 30 do 55 proc. Równolegle spadło tam bezrobocie osób młodych.

Przykładem udanych reform zmniejszających bezrobocie są też Niemcy. W latach 2002-2005 zmuszono tam osoby bezrobotne i korzystające z pomocy społecznej do aktywnego poszukiwania pracy. Ci, którzy tego nie robili, tracili prawo do zasiłków. Uelastyczniono także system negocjacji płacowych, co ograniczyło wzrost wynagrodzeń. W efekcie dość szybko zaczęła rosnąć liczba pracujących, co pomogło uzdrowić finanse publiczne. W 2008 r., gdy zaczął się kryzys, Niemcy mieli niskie bezrobocie i nadwyżkę budżetową. Dużo ich to kosztowało, bo od początku obecnego stulecia płace w Niemczech praktycznie nie rosły. Ale podniosło to konkurencyjność ich gospodarki i pozwoliło obniżyć bezrobocie z ponad 11 do 6 proc. Doświadczenia wielu krajów dowodzą, że do obniżenia bezrobocia ważne jest również uelastycznienie prawa pracy, zwłaszcza likwidacja nadmiernej ochrony pracowników przed zwolnieniem.

Do pomysłu liberalizacji Kodeksu pracy Polaków będzie trudno przekonać. Większość nie wierzy, że po zwolnieniu znajdzie pracę w krótkim czasie.

- Im łatwiej firmy mogą zwolnić swoich pracowników, tym chętniej też zatrudniają. Tam, gdzie prawo restrykcyjnie chroni pracowników, więcej jest długotrwale bezrobotnych, bo trudno znaleźć nową pracę. Liderzy związkowi doskonale o tym wiedzą, ale starają się wprowadzić ludzi w błąd, tłumacząc, że liberalizacją Kodeksu pracy zrobią im krzywdę.

A co z inwestycjami w branże, które generują najwięcej miejsc pracy, np. budownictwie?

- To, że rozwój budownictwa silnie zwiększa zatrudnienie w wielu innych branżach gospodarki, nie jest argumentem za tym, aby państwo miało wspierać ten sektor w jakiś szczególny sposób. Ostatnie doświadczenia Hiszpanii lub Irlandii pokazały, że ulgi podatkowe lub dopłaty do kredytów mieszkaniowych, które miały wspierać budownictwo, przyczyniły się do powstania baniek na rynku nieruchomości, a następnie do recesji i wzrostu bezrobocia. Politycy nie mogą zastanawiać się, które branże należy wspierać, bo ręczne sterowanie gospodarką zawsze kończy się klapą. To rynek powinien określać, jakie firmy i sektory mają się rozwijać. Od polityków, którzy chcą niskiego bezrobocia, należy wymagać tworzenia stabilnych warunków do rozwoju prywatnej przedsiębiorczości i zdrowej konkurencji rynkowej.

Zobacz także

Zobacz więcej na temat:

Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX