Kozioł ofiarny w pracy: historie czytelników

map
16.05.2013 , aktualizacja: 16.05.2013 16:05
A A A
Po publikacji tekstu o tym, w jaki sposób grupa wybiera kozła ofiarnego i uprzykrza mu życie na forum zawrzało. Czytelnicy GazetaPraca.pl zaczęli opisywać swoje historie i doświadczenia.
Jeżeli również chcecie podzielić się tym, co spotkało Was w pracy ze strony współpracowników, piszcie na adres gazeta.praca@gazeta.pl

- Pracowałem w Niemczech w branży IT. Moimi współpracownikami nie byli "robole", a ludzie po wyższych studiach. Byliśmy też razem zakwaterowani w mieszkaniach, opłacanych przez firmę, każdy miał do dyspozycji swój pokój.

Nie dograłem się z grupą, może dlatego, że od większości byłem jakieś 10 lat starszy. Nie lubię np. filmów Tarantino, a kolesie potrafili je oglądać na okrągło. Raz dałem się namówić, ale wyszedłem po 20 minutach i od razu zostałem uznany za dziwaka. Potem okazało się, że jeszcze jeden człowiek nie lubi Tarantino, ale nie chciał się wyłamać.

Zapytałem grupę, czy ktoś umie grać w brydża. Patrzyli na mnie jak na stwora z innej planety. Nie lubię szwendać się po nocach po klubach, co tylko zwiększa moje "dziwactwo". Współlokatorowi zwróciłem uwagę (grzecznie), że plastiki i puszki wyrzuca się do odpowiedniego pojemnika, a nie do pojemnika na makulaturę, a także pilnowałem, żeby współlokatorzy raczyli sprzątać wspólną część mieszkania, jak była ich kolej. Ten sam człowiek nie wyrzucił przez tydzień śmieci, jak byłem akurat w domu, wskutek czego w mieszkaniu capiło jak w śmietniku, na co też zwróciłem uwagę.

W pracy nie było wprawdzie większych problemów, ale team leader tolerował błędy innych pracowników bardziej niż moje. Na szczęście jestem dokładny w tym, co robię, więc okazji miał bardzo niewiele, prawie wcale.

W pewnym momencie trzeba było zredukować zespół Polaków i ja znalazłem się na czele listy, ale spotkało się to z protestem Niemców, którzy powiedzieli, że ktoś inny ma wyjeżdżać do Polski, a ja zostać. Dla nich liczyła się jakość wykonywanej pracy a nie stosunki nieformalne. W Polsce jest czasami, niestety, na odwrót, o czym przekonałem się w dwóch firmach, dla których pracowałem w przeszłości.

Dziś pracuję w korporacji IT. Nie wiem, czy kierownicy "wycinają" się. Na poziomie specjalistów wszyscy sobie pomagają, liczy się klient i jego zadowolenie. Nie wszyscy się kochają, to oczywiste, ale sympatie zostawia się za bramką wejściową do firmy. Nie ma kozłów ofiarnych, a jak jeden kolega chciał zrobić kozła ofiarnego z jednej dziewczyny, to wyleciał do innego zespołu jak z procy i za ten rok pracy nie dostał premii. Sprawa zrobiła się dość głośna w dziale, nikt więcej nie próbował takich numerów, a jak pojawił się nowy kolega o bardzo dominującej osobowości, który usiłował znaleźć sobie kozła ofiarnego, to opowiedziałem mu historię o tym, jak traktuje się w firmie takich ludzi jak on. Dziewczyna została przeniesiona do innej grupy, gdzie była lubiana. - gkulaw

- Pracuję w dużej korporacji - firma windykacyjna - lider na polskim rynku. I zdaje się, że stałam się zagrożeniem dla lidera zespołu, do którego mnie ostatnio przenieśli. Pracuje w firmie sześć lat, a dołączyłam do młodego zespołu ze "świeżakami" by ich ,, podźwignąć''. Po miesiącu okazało się, że zamiast być autorytetem jestem kozłem ofiarnym. Wszystko robię źle.

Ja się do tego zespołu nie pchałam, niestety pracownik w korpo nie ma na nic wpływu . Jest się tylko daną w Excelu, zbiorem liczb. Miałam dać zespołowi kopa, a okazało się że odebrana zostałam jako zagrożenie i kopy zbieram ja. Zaczęła się jazda, identyczna jak w artykule. Nie informowano mnie o spotkaniach, e-maile nie dochodziły, rozmowy odsłuchiwano i oceniano mi poniżej 40 proc., podważano kompetencje. I tak się ostatnio zastanawiam, gdzie prędzej wyląduje: w pośredniaku czy u psychiatry. - Adela

- Też byłam chłopcem do bicia dla potwornie wulgarnej, sfrustrowanej baby z syndromem 'zamykających się drzwi' i jej takiej samej z charakteru przydupaski.

Prawie wszystkie zagrywki przedstawione w artykule miałam okazję odczuwać na własnej skórze. Trwało to około roku, po czym 'ta pierwsza' poszła na inny projekt, w tej samej firmie niestety. Przydupaska została moją nową szefową i teraz uwaga, uwaga: oczekiwała, że będziemy trzymały sztamę. Przyszedł nowy chłopak do pracy i złośliwa pinda chciała odtworzyć tę samą hierarchię w zespole, czyli budząca postrach i pomiatająca szefowa (ona), przydupas - czyli ja, i chłopiec do bicia, czyli nowy chłopak. Ręce mi opadły. Nie dałam się wciągnąć w ten schemat i uspokoiła się. Tak czy siak po tym, co wyprawiała przez rok, nie chciało mi się na agresywną, złośliwą pindę patrzeć i (aż) po kolejnym roku znalazłam pracę w korporacji, która jest jednym z najlepszych pracodawców roku w minionych latach i to się czuje. W końcu mam wrażenie, że pracuję z ludźmi a nie z chorymi psychicznie zwierzętami.

Czasami, jak przypominają mi się te ich akcje i to, jak byłam gnojona, to żałuję, że to wszystko zabrnęło tak daleko i że nie odeszłam wcześniej. Z drugiej strony dzięki tej pracy dostałam tę nową, tysiąc razy lepszą, więc coś za coś. - organza26

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX