Jesteś dobry, to pracę dostaniesz? Nieprawda! [LIST]

Matka Młodej
21.06.2013 , aktualizacja: 21.06.2013 15:37
A A A
Coraz więcej ognisk bakterii Clostridium difficile pojawia się w szpitalach.

Coraz więcej ognisk bakterii Clostridium difficile pojawia się w szpitalach. (fot. Łukasz Głowala / Agencja Gazeta)

W nawiązaniu do listu Tadeusza - to nieprawda! Może i dostaniesz, jak nie zabraknie ci determinacji, jak zapukasz do dziesiątek drzwi (wysyłanie CV z dobrze skadrowanym zdjęciem? paradne zaiste, cha, cha, cha!), ale jej nie utrzymasz.
Historia pielęgniarki (instrumentariuszka- poszukiwany zawód!)

Młoda dziewczyna po magisterskich studiach pielęgniarskich. W trakcie zaocznych studiów magisterskich pracowała w małym, prowincjonalnym szpitalu - za najniższą krajową, ale cenne było zdobywanie doświadczenia na bloku operacyjnym. Do tej pory z wdzięcznością wspomina przyjaznych, serdecznych ludzi z małomiasteczkowego szpitalika, gdzie stawiała pierwsze kroki. Po długich poszukiwaniach złapała Pana Boga za nogi: praca w dużym, państwowym szpitalu w Warszawie - szansa rozwoju, lepszych zarobków. Harowała jak wół, by pokazać, jak szybko się uczy, jaka jest pracowita, chętna. Po 3 miesiącach, podczas których poklepywano ją po plecach z uznaniem, usłyszała, że nie dostanie umowy na rok. Jako, że zaskoczona, zdezorientowana dopytywała: DLACZEGO? , w ustnym uzasadnieniu dorobiono jej gębę: bo coś sfilmowała i wrzuciła do internetu (bzdura!), ma jakieś problemy w dogadaniu się z zespołem (nie było żadnych zadrażnień, sygnałów). Nie było najmniejszych zastrzeżeń merytorycznych co do jakości jej pracy. Zarzuty z palca wyssane, głupie. Wielokrotny rachunek sumienia: "Komu uchybiłam, gdzie popełniłam błędy? Tak mocno się starałam. Co ze mną nie tak? Może za szybko nauczyłam się tego, co innym zajmuje rok albo dwa. Ale przecież gdybym się ociągała, udawała głupszą niż jestem, to spotkałabym się z zarzutem o lenistwo i nieporadność."

Była bardzo rozgoryczona, ale otrząsnęła się, ruszyła na poszukiwanie pracy. Chciała zostać w Warszawie, a za skromny kąt w wynajętym mieszkaniu płaci 800zł miesięcznie. Zjeździła warszawskie szpitale, godzinami czatowała na chwilę rozmowy z naczelną, by przedstawić swoje atuty, przekonać o zapale do pracy, o doświadczeniu, małym, ale przecież istotnym. Udało się! Znalazła pracę w innym stołecznym szpitalu.

Pomyślnie upłynął 3-miesięczny okres próbny, podpisała umowę na rok. Wyzwanie nie lada - nowe operacje, coraz trudniejsze. Poradziła sobie, szybko się uczy, jest zdolna, ambitna, pracowita. Początkowe szykany o znamionach mobbingu (zna zjawisko, pisała na ten temat pracę podczas studiów licencjackich) ze strony starszej koleżanki - ,,przełyka", na moją prośbę. Radzi sobie z tym, stara się dostroić. Zaczyna kurs specjalizacyjny, odpłatny (z pomocą niezasobnej rodziny). Jak grom z jasnego nieba spada na nią wiadomość, że nie dostanie umowy na kolejny rok. Dlaczego? Mamy ,,powtórkę z rozrywki": Oddziałowa nie ma zastrzeżeń merytorycznych, za to mętnie tłumaczy, ze zasięgała opinii jest jakiś konflikt w zespole. Dziewczyna odpiera zarzuty- jeśli jest jakiś konflikt, to ona nie jest jego źródłem. Przytacza ustne zapewnienie od lekarzy, że są zadowoleni z jej instrumentowania, chwalą szybkie opanowanie narzędzi do nowych technik operacji. (Oddziałowa nigdy nie zasięgała u nich opinii).

Po kilku dniach młoda zbiera się na odwagę i wykazuje otwarcie wobec zespołu bezzasadność pomówień. Przełożona, skonfrontowana z zespołem, wycofuje się z zarzutu o konflikcie, wytacza za to inne - o jakichś informacjach z poprzedniej pracy na temat zdjęć; o robieniu tutaj notatek, może na koleżanki Dziewczyna wyjmuje notes i pokazuje - zapisywała nazwy dziesiątków instrumentów potrzebnych do różnych operacji. W wystąpieniu przed zespołem chce oczyścić się z zarzutów, mówi, że oskarżenia o zapisywanie, filmowanie, zbieranie haków- to dla niej śmierć zawodowa, bo to się powlecze za nią dalej. Koleżanki (nieliczne) nieśmiało upominają się o nią. Niestety- decyzja przełożonej nie ulega zmianie - umowa nie będzie przedłużona. Na osobności oddziałowa komunikuje, że nie ma się co odwoływać od tej decyzji ani do związków, ani do dyrekcji szpitala, bo to nie przyniesie zmiany, a nie ma co robić dymu. Mojej córce ,,opadły skrzydła". Pracuje tam (jeszcze 2 miesiące), ale jest rozgoryczona, rozżalona, czuje się skrzywdzona. Ukrywa to, ale cierpi wstyd odrzucenia. Robię wszystko, by ją wspierać, by nie popadła w rezygnację, depresję.

Teraz - po kilku tygodniach, po przepracowaniu osobistej, gorzkiej porażki córki - spojrzałam na wszystko przytomniej, z dystansu. Zdałam sobie sprawę, że przypadek mojego dziecka jest TYPOWY. Jest wynikiem podłej praktyki stosowanej w państwowych placówkach. To zmowa, wykorzystująca trudną sytuację na rynku pracy. Młodzi, szukający jakiejkolwiek pracy, która da im chleb, są zapchajdziurami, robolami - stąd taka rotacja na oddziałach szpitalnych.

Starsze, etatowe pielęgniarki, nierzadko pracujące w dwóch szpitalach (to obejście przepisu niepozwalającego na więcej niż etat w jednej placówce - wzajemna wymiana między szpitalami kwitnie), nie mogą się przemęczać, nie dałyby rady na dwóch etatach. To zasuwa się młodymi. Polityka kadrowa jest taka: przyjmują młode na rok, nie dłużej. Dłużej to ryzykowne, bo może by się chciały ,,zadomowić", rozmnażać, awansować, są silne, sprawne, nie celebrują czynności, a jeszcze dokształcają się z marszu po studiach. Na rok, potem ,,do widzenia" i przyjmuje się kolejne młode, do przyuczenia, pokorne wobec doświadczonych koleżanek, obsztorcowywane ,,dla zasady", nawet jak grzeczne, uprzejme, kulturalne, potulne. Po wykorzystaniu mają cicho odejść, wdzięczne za rok pracy. Jak się z tym młoda nie godzi i pyta: dlaczego ja odchodzę (a przyjmujecie nowe), przecież się sprawdziłam, dostawałam pochwały, dużo się nauczyłam, szkolę się na kursie, zależy mi na tej pracy, wiązałam z nią nadzieję - to nie można jej przecież powiedzieć prawdy: bo , kochaniutka, taką mamy politykę, tak to sobie poukładałyśmy, musisz się potułać jako zapchajdziura sporo latek, aż gdzieś może uda ci się zaczepić. Ma się na ,,te dociekliwe" przygotowany scenariusz. Trzeba puścić paskudną plotkę, włożyć w usta słowa, których nie wypowiedziała (cóż znaczy zaprzeczenie młodej wobec wiarygodności ,,starszej"), zdeprecjonować. Nawet temat dyżurny plotki jest z góry ustalony - coś notuje, jakieś zdjęcia robi, chce zaszkodzić, jakaś niepewna Majstersztyk. Bo jak młoda pójdzie gdzieś wyżej się odwołać, to tylko potwierdzi zarzut - donosicielka, intrygantka, mącicielka, itd.

A czy odwołanie, zażalenie do dyrekcji szpitala ma sens? Przypuszczam, że ,,góra" doskonale orientuje się w sytuacji, a nawet zaleciła taką politykę kadrową. To prawdopodobnie powszechna w naszej ojczyźnie praktyka, skoro stołeczne szpitale z powodzeniem ją uprawiają.

Zażalenie, odwołanie od decyzji nie poskutkuje, za to na pewno spowoduje mściwy odwet ze strony przełożonej: wilczy bilet, życzliwy telefon do znajomej oddziałowej z nowego miejsca pracy Młodej - masz parszywą owcę w stadzie. I śmierć zawodowa.

Skąd czerpać siły na kolejne próby, na wytwarzanie nowej nadziei? Więc nie piszcie, że kto chce pracować i jest dobry, pracę znajdzie! Za granicą, należy dodać, żeby było uczciwie.

BEZNADZIEJA!

Chcecie podzielić się z nami swoją historią? Piszcie na adres: gazeta.praca@gazeta.pl

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX