Wyjechali, ale wrócili

Marta Piątkowska
01.07.2013 , aktualizacja: 01.07.2013 14:02
A A A

Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta

Z najnowszego spisu powszechnego wynika, że za granicą przez ponad rok przebywa 1,5 mln Polaków. Ilu z nich wróci - nie wiadomo. Dlatego pytamy tych, którzy wrócili, jak sobie radzą po powrocie?
We dwójkę raźniej

Katarzyna, 30 lat, studiowała prawo i administrację

Decyzję o emigracji podjęłam spontanicznie. Wyjechałam za wielką miłością, dziś mężem i ojcem dwójki naszych dzieci. Miałam 25 lat, byłam na studiach. Postanowiłam zrobić sobie przerwę i podbić Londyn. Największy problem miałam ze znalezieniem pracy, która spełniałaby moje ambicje. Chciałam pracować w biurze, najlepiej w reklamie. Z jednej strony się bałam, z drugiej - ciężko było się przebić. W pewnym momencie w Londynie Polaków było prawie tyle samo co Hindusów. Nie mieliśmy dobrej reputacji.

Później szukałam pracy jako sekretarka, asystentka. W końcu dostałam się do knajpki ze śniadaniami i lunchami, niedaleko St. Paul's Cathedral. Teraz traktuję to jako doświadczenie życiowe, ale wtedy wstydziłam się tej pracy. I to tak, że gdy odwiedzili mnie rodzice, nie chciałam im przedstawić pracodawcy.

Z mężem było inaczej. Jest programistą, w Polsce miał duże doświadczenie zawodowe, pracował w korporacjach. Dobrą pracę, za dobre jak na początek pieniądze, znalazł po dwóch tygodniach. Po dwóch latach pracował w BBC przy dużych projektach.

Długo nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego mieszkania. W końcu padło na przedmieścia Londynu. Oysterka (karta komunikacji miejskiej) kosztowała majątek, ale było warto. Po dwóch latach mogliśmy pozwolić sobie na wiele. Zaczęliśmy myśleć o kupnie domku, oczywiście na kredyt. Mimo wszystko chciałam wrócić do kraju. I tak się stało. Mój mąż został w Londynie. To był jeden z najtrudniejszych momentów w życiu.

Po trzech tygodniach od powrotu dostałam dobrze płatną pracę jako specjalista ds. kluczowych klientów. Później skończyłam studia, w międzyczasie wrócił mój mąż, urodziłam synka i pracowałam w reklamie na etacie. Założyliśmy firmę, interaktywną agencję reklamową. Początek był prosty, udało się nam zdobyć kilku stałych klientów. Mieliśmy kontakty w branżach, głowy pełne pomysłów i dużo szczęścia. Kilka miesięcy temu rozbiliśmy biznes na dwa - zajmuję się PR-em, mąż IT.

Większość obowiązków mogę wykonywać zdalnie, dzięki czemu dużo czasu przebywałam z synkiem. Po pewnym czasie stało się to niemożliwe, bo zdarzało się, że nie odchodziłam od komputera przez 16 godzin.

Ten rok nie jest już tak różowy. Kryzys dotknął branżę reklamową. Firmy tną budżety, wielu naszych klientów zagranicznych wycofuje się z rynku polskiego. Dla nas to nie tragedia. W lipcu na świat przychodzi nasza córeczka, więc będzie to idealny moment na odpoczynek, złapanie oddechu, zweryfikowanie rynku oraz wprowadzenie kilku autorskich pomysłów.

Powrotu nie żałuję. Anglię lubię za styl, wielokulturowość, tolerancję, której nam Polakom brakuje, luz i Guinnessa. Polska to mój dom, rodzina, przyjaciele. Nie spodoba się to wielu, ale ja uważam, że jak się chce, to i w Polsce może być dobrze. Trzeba tylko pomóc losowi.

Ryzyko się opłaciło

Michał, 30 lat, studiował zarządzanie

Nie wyjechałem do pracy, moja emigracja miała cel czysto edukacyjny. Przed maturą chodziłem na kursy przygotowawcze na studia w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Z programu zorientowałem się, że nauka w Polsce oznacza odgrzewanie staroci, a nie zgłębianie nowej wiedzy. Nie interesowało mnie, który kraj przoduje w odzyskiwaniu siarki podczas procesu spalania, czy ktoś dziś wydobywa najwięcej węgla. Chciałem czegoś więcej.

W liceum mieliśmy prezentacje uczelni zagranicznych. Większość była bardzo droga. Rodziców nie było stać na czesne - 50 tys. dolarów. Jeżeli chciałem się uczyć poza Polską, musiałem znaleźć uniwersytet, który będzie miał odpowiedni poziom i naukę za darmo. Taką możliwość dawał Uniwersytet Bocconi w Mediolanie. Prywatna uczelnia uznawana za jedną z wiodących instytucji edukacyjnych w Europie z handlu i ekonomii.

Rodziców nie musiałem przekonywać. Oboje skończyli politechnikę, prowadzą własną firmę. Uznaliśmy, że trzeba brać byka za rogi. Wyjechałem po maturze. Miałem 18 lat i pierwszy raz w życiu musiałem o siebie zadbać. Ugotować obiad, robić pranie, poradzić sobie w obcym kraju, a nie znałem słowa po włosku.

Studiowałem zarządzanie, wykłady były w języku angielskim, kadra profesorska międzynarodowa. Szybko dostałem stypendium za dobre wyniki w nauce, które utrzymałem przez okres całych studiów. To był zresztą warunek rodziców. Podczas studiów byłem na dwóch wymianach studenckich - w Holandii i Niemczech. Do stypendium dorabiałem w nietypowy jak na polskie realia sposób. Byłem ambasadorem uczelni u nas. Przylatywałem raz na jakiś czas i opowiadałem o Bocconi w liceach.

Po skończeniu nauki dostałem pracę w firmie farmaceutycznej w dziale marketingu. Byłem m.in. przedstawicielem medycznym. Mieli oddział w Polsce, a ja bardzo chciałem wrócić. Poprosiłem o przeniesienie. I tak znalazłem się w Poznaniu. Było już bliżej do rodzinnego domu w Warszawie.

Praca mi odpowiadała, ale po pewnym czasie przestałem się rozwijać. Wtedy zadzwonił head hunter, który zwrócił uwagę na moje wykształcenie i międzynarodowe doświadczenie. Bardziej od tego, czego się nauczyłem w poprzedniej pracy, liczył się fakt, że pracowałem za granicą. Dostałem propozycję pracy w polskim oddziale światowego giganta, którego produkty znają wszystkie dzieci. Na początku ściągnięto mnie na stanowisko asystenckie, ale umowa była taka, że jak się sprawdzę, to mają dla mnie przygotowaną ścieżkę rozwoju. Pracuję tam od ponad trzech lat i jestem bardzo zadowolony.

W międzyczasie kupiłem mieszkanie. Co ciekawe, pracowałem wtedy na umowie-zleceniu, która nigdy nie była dla mnie przeszkodą w robieniu planów na przyszłość. Ktoś może powiedzieć, że miałem szczęście, ale na wszystko, co mam, ciężko zapracowałem. Podjąłem ryzyko, które się opłaciło. Mimo wszystko, obserwując swój rozwój kariery i to, co osiągnęli moi znajomi, muszę przyznać, że wyjazd z Polski nie gwarantuje, że będzie dostawało się lepsze oferty pracy. Wszystko jest sumą zaangażowania, nauki, odrobiny szczęścia, odwagi, otwartości i wiary w to, że nasze życie nie zależy od systemu czy ogólnej sytuacji w kraju, ale od nas samych.

Młodym, którzy dzisiaj stoją przed wyborem edukacji, która zaważy na ich przyszłości, radzę, żeby szukali możliwości wyjazdu. A najbardziej ci, którym się wydaje, że ich na to nie stać. Jak już się uda, to satysfakcja i poczucie, że udało się coś dla siebie wygrać, będą nie do opisania.

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX