Listonosz zrezygnował, bo nie był w stanie zarobić

Marta Piątkowska
03.03.2014 , aktualizacja: 03.03.2014 14:58
A A A
Najpierw zmieniły się zapisy w ogłoszeniu o pracę - na lepsze. Teraz, o tym, jak się pracuje jako dostarczyciel listów, pisze do nas czytelnik
Pod koniec stycznia opisaliśmy w "GazetaPraca.pl", jak po naszej interwencji zmieniono zapisy w ofercie pracy dla listonosza.

Przypomnijmy. Agencja pośrednictwa pracy proponowała pensję w wysokości 1,6 tys. zł brutto i "pełen etat" na umowę-zlecenie. Od kandydatów oczekiwano doświadczenia na podobnym stanowisku, dobrej znajomość topografii wybranej dzielnicy, sumienności, odpowiedzialności i "transportu we własnym zakresie". Nie było informacji o zwrocie pieniędzy za paliwo czy amortyzację samochodu.

Dzień po naszych pytaniach, dlaczego oferowane warunki odbiegają od standardów przyjętych w tym zawodzie, ogłoszenie zmieniono. Wynagrodzenie podstawowe wzrosło do 1,7 tys. zł brutto, pojawił się zapis o premii i zwrocie kosztów paliwa. Firma na podstawie zarobków osób już u nich zatrudnionych na tym stanowisku wyceniła, że ostatecznie pracownik zarobi między 2-3 tys. zł brutto.

Krzysztof Inglot, rzecznik prasowy Work Service, agencji pracy, która zamieściła ogłoszenie, zapewniał, że pierwotna treść to niefortunna pomyłka spowodowana przedświątecznym natłokiem obowiązków. Dodawał, że wszystkim, którzy na nie odpowiedzieli, zaproponowano lepsze warunki zatrudnienia, czyli te z poprawionego ogłoszenia.

Po kilku dniach odezwał się do nas pan Paweł, który podjął tę pracę. Przed rozpoczęciem szkolenia powiedziano mu, że praca rozpoczyna się między godz. 6 a 9 rano, godzinę do półtorej zajmuje przygotowanie przesyłek, następnie na 8 godzin idzie się w teren, a wieczorem rozlicza z tego, co udało się dostarczyć w ciągu dnia.

Oto fragment listu:

"Na szkoleniu miałem stawić się o godz. 10, ale żeby zrobić dobre wrażenie, przyszedłem o 9.30. Zostałem przydzielony do jednej z doświadczonych pracownic. Układanie przesyłek trwało do godziny 12. Kobieta, której pomagałem, zaczęła pracę podobno już o 7. Przesyłek i listów razem wyszły dwa niepełne wózki. Szkolenie przerodziło się w normalną, ciężką pracę. Zakończyłem je ok. godz. 18, kiedy to zdołaliśmy roznieść połowę przesyłek. Moja "nauczycielka" nadal walczyła z resztą przesyłek. Niezrażony pierwszym dniem nazajutrz stawiłem się w pracy na godz. 6.30. Ponownie zostałem przydzielony do pomocy pracownikowi. Dostałem do rozniesienia prawie 180 listów poleconych, co dla nowego człowieka nieznającego dobrze terenu i niemającego jeszcze wprawy, okazało się zdecydowanie za dużo. W teren ruszyliśmy ok. 10. Do godz. 19.30 zdołałem dotrzeć do 115 adresów, z czego tylko 49 udało się dostarczyć do rąk - reszta to były awiza. Rozliczenie trwało do godz. 21. Obowiązków było tyle, że nie miałem tak naprawdę wolnej chwili na posiłek. Następnego dnia dostałem polecenie dokończenia pracy z wczoraj. Chociaż wszystkie przesyłki były posegregowane wcześniej, ponownie musiałem czekać na ich wydanie. Po trzech godzinach czekania i patrzenia na totalny bałagan organizacyjny, podjąłem decyzję o rezygnacji. Co do samego ogłoszenia. Zaproponowano mi 1,8 tys. zł brutto plus premię. Okazało się jednak, że są dwie umowy-zlecenia. Pierwsza na kwotę 1,4 tys. zł, druga 400 zł. Żeby dostać premię, należało wypracować dziennie 240 punktów. Za doręczony list polecony dostaje się 2,5 pkt (czyli trzeba ich dostarczyć 96), za awizo punktów nie ma.

Pierwszego dnia pracowałem "na szkoleniu" za darmo, drugiego za pracę od 6.30 do 21 zarobiłem, mam nadzieję, że 90 zł brutto, trzeciego dnia odszedłem",

Pan Paweł po drugim dniu kontaktował się z agencją, która odesłała go do pracy. Poskarżył się na panujące warunki, w odpowiedzi usłyszał, że "jak nabierze wprawy, to będzie lepiej". Bilet komunikacji miejskiej kupił z własnej kieszeni.

- Nie chcę, aby mój mail został odebrany jako żale leniwego człowieka, którego spotkała "krzywda". Pracowałem już po ponad 300 godzin miesięcznie w systemach 16- i 24-godzinnych lub nawet więcej. Wtedy jednak wiedziałem, że zarobię pieniądze, które pozwolą mi w miarę godnie żyć - mówi "GazetaPraca.pl" pan Paweł.

Dla GazetaPraca.pl

Krzysztof Inglot, rzecznik Work Service, agencji, która zamieściła ogłoszenie

Jako firma nie możemy ingerować w procedury organizacji pracy w oddziałach firmy zewnętrznej, choć są one dla nas istotne z punktu widzenia satysfakcji pozyskanych kandydatów. Na bieżąco reagujemy na wszelkie zastrzeżenia ze strony personelu. Za każdym razem przekazujemy klientowi powody, dla których ludzie rezygnują ze współpracy. W uzasadnionych przypadkach sugerujemy też możliwość wdrożenia usprawnień, które mogą wpłynąć na poprawę warunków i organizację czasu. Jednak decyzję o tym, czy dane usprawnienia zostaną wdrożone czy nie, zawsze podejmuje klient.

Widzę, że zainteresowanie ofertą jest duże, a wynagrodzenia mogą dochodzić do średniej krajowej, co przy takich wymaganiach kwalifikacyjnych nie jest złym wynikiem.

Wojciech Kądziołka, rzecznik prasowy Polskiej Grupy Pocztowej SA, która oferowała pracę

Nie komentujemy i nie odnosimy się zarówno do anonimowych komentarzy w internecie, jak i anonimowych listów. Jeżeli ktoś ma poważne i uzasadnione uwagi, to nie widzę przeszkód, aby podpisał się pod nimi imieniem i nazwiskiem, tak abyśmy mogli zweryfikować podane przez niego informacje i się do nich odnieść.

Każda osoba, która ubiega się o stanowisko doręczyciela, jest informowana o panujących warunkach i zasadach pracy. Obowiązującym systemem wynagrodzenia jest system premiowy - nasi przedstawiciele są premiowani za skutecznie doręczoną korespondencję, a nie za zostawienie awiza. Naszą zasadą jest zmiana podejścia do doręczania korespondencji, podejścia, z jakim spotkał się niejeden klient Poczty Polskiej - w którym mimo obecności adresata w domu listonosz zostawiał mu w skrzynce pocztowej awizo. Nasz system położenia nacisku na doręczanie korespondencji do rąk własnych się sprawdza.

Decydując się na pracę jako doręczyciel PGP, pracownik akceptuje oferowane przez nas warunki pracy. Rzetelnie wykonana praca, ilość doręczonych przesyłek oraz wysoka jakość świadczonej przez doręczyciela usługi decyduje finalnie o wysokości wynagrodzenia. Nieustannie staramy się, aby zasady premiowania naszych doręczycieli były jak najatrakcyjniejsze i adekwatne do wkładanego przez pracownika wysiłku.

Pracowaliście jako doręczyciele w Polskiej Grupie Pocztowej? Jakie są Wasze doświadczenia? Piszcie do nas gazeta.praca@gazeta.pl

Zobacz także