Bezrobocie sięga prawie 40 proc., a pod urząd pracy podjeżdżają mercedesy. Tak się żyje w mieście o największym bezrobociu w Polsce

Bartosz Sendrowicz, Agata Kinasiewicz
04.08.2014 , aktualizacja: 27.07.2015 15:51
A A A
Na ulicach Szydłowca biedy nie widać

Na ulicach Szydłowca biedy nie widać (Agata Kinasiewicz)

Zadbane domy, schludne podwórka, czyste ulice, po których jeżdżą niezłe auta. To nie obrazki z niemieckiej prowincji. Tak wygląda Szydłowiec - stolica powiatu z najwyższym bezrobociem w kraju
Z Warszawy wyruszamy na południe. Według statystyk w stolicy pracy nie ma mniej więcej jedna na dwadzieścia osób, w oddalonym o 130 km Szydłowcu - bo tam jedziemy - bezrobotnych jest niemal dwóch na pięciu mieszkańców. Według GUS bezrobocie w czerwcu sięgnęło tam 35,9 proc. Spodziewamy się więc zastać biedne miasto, w którym ludzie żyją z prostych, dorywczych prac i z trudem wiążą koniec z końcem.

Po prawie dwóch godzinach drogi jesteśmy na miejscu. Pierwsze kroki kierujemy do tamtejszego urzędu pracy. Na parkingu stoi kilkanaście samochodów. Podjeżdża kolejny. Z czarnego, terenowego wozu wychodzi elegancko ubrana kobieta w średnim wieku i z papierami w ręku odchodzi w stronę urzędu.

Oprócz niej i starszego pana do urzędu wchodzą głównie młodzi mężczyźni. Jednego z nich kolega podwozi czarnym, na oko 10-letnim, ale ciągle eleganckim mercedesem.

Naprzeciwko urzędu na ogrodzonym terenie jest kilka pawilonów. Sprzedaż okien i drzwi, materiałów budowlanych, skład węgla.

Pytamy o bezrobocie w mieście młodego człowieka, który stoi oparty o budkę przy ogrodzeniu, paląc papierosa. - No jest. Nawet do nas telewizja przyjeżdżała - odpowiada. - Ale Szydłowiec nie wygląda na biedne miasto - mówimy. Wtedy patrzy na nas, gasi i wyrzuca papierosa. Pokazuje aparat, który mamy ze sobą. - Nie będę się wypowiadał, bo na pewno mnie nagrywacie.

Alarmujące statystyki

Kiedyś w regionie Szydłowca pracy było w bród. W pobliskiej Wierzbicy działała ogromna cementownia. W latach 50. wybudowali ją Rosjanie, a w samym Szydłowcu stały mieszkania dla pracowników cementowni. W najlepszych latach w okolicznych zakładach zajęcie miało kilka tysięcy osób. Ale w latach 90. złote czasy były już tylko wspomnieniem - cementownia stale zmniejszała zatrudnienie, by utrzymać rentowność, a w drugiej połowie dekady sprzedano ją francuskiej firmie Lafarge. Jednak Francuzi nie mieli pomysłu na ożywienie "Wierzbicy" i w 1997 roku wygasili kotły. To wysłało na bezrobocie setki ludzi, którzy zostali w swoich pracowniczych mieszkaniach na terenie powiatu szydłowieckiego.

- Byli pracownicy rejestrowali się w naszym urzędzie, ale pracy dla nich nie było. W okolicy nie działają już żadne duże zakłady przemysłowe. Ostatni taki pracodawca, Zakłady Elektroniki Przemysłowej "Profel" zatrudnia teraz ledwie 140 osób. Kiedyś załoga liczyła 1700 osób - opowiada Tadeusz Piętowski, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Szydłowcu. Zarejestrowanych w jego urzędzie jest około 5,5 tys. mieszkańców. W całym Szydłowcu mieszka 12 tys. osób.

- W lokalnej szkole zawodowej kształci się może 400 uczniów, kiedyś było to przynajmniej cztery razy tyle - mówi dyrektor Piętowski.

Przejeżdżając przez miasto, bez trudu dostrzegliśmy za to reklamy dwóch szkół wyższych. Nieodpowiednie kwalifikacje miejscowych to jeden z powodów, dla których bezrobocie w Szydłowcu jest rekordowo wysokie. W urzędzie pracy ofert dla osób z fachem w ręku nie brakuje. Brakuje jednak takich osób. Przynajmniej formalnie.

Na tablicy przy wejściu do PUP wiszą ogłoszenia dla ślusarzy czy elektryków, szuka ich m.in. firma MAN. Na biurku dyrektora leżą kolejne oferty np. dla spawaczy czy monterów. Za pośrednictwem jego urzędu rąk do pracy szuka też agencja doradztwa personalnego Randstad. Potrzebują wykwalifikowanych frezerów, tokarzy, elektryków i przedstawicieli innych zawodów mechanicznych do pracy za granicą. Pytamy, jakie pieniądze oferują. - W przeliczeniu nawet 10 tys. zł miesięcznie - odpowiada dyrektor. Rocznie przez urząd przewija się nawet 4 tys. ofert zagranicznych i tylko setka krajowych.

Problem w tym, że w powiecie szydłowieckim formalnie nie ma komu w tych zawodach pracować. Zarejestrowani bezrobotni jako wyuczony zawód podają np. specjalista ds. resocjalizacji albo asystentka. Nawet jeśli urząd przedstawi im ofertę pracy, mogą odmówić, gdyż jest ona niezgodna z ich kwalifikacjami. Najczęściej odrzucają oferty, bo do urzędu przychodzą tylko po ubezpieczenie gwarantujące im bezpłatną opiekę medyczną. I tak puchną oficjalne statystyki.

Szydłowiecki miraż

Szydłowiec nie sprawia wrażenia miasta z ogromnym bezrobociem. Równe, czyste ulice. Dookoła mnóstwo domów, które dla mieszczuchów z tzw. klasy średniej są spełnieniem marzeń. Wypielęgnowane trawniki i podwórka, a przed bramą - malwy. Nie są to stare "kostki" dziedziczone w trzecim pokoleniu. Większość domów powstała w latach 90., niektóre kilka lat temu. Klasyczne domki w kształcie sześcianu widać rzadko i odnowione w wysokim standardzie, z doskonale utrzymanymi ogrodami. Na podjazdach przed domami często parkują niemieckie kombi.

Jak udało nam się ustalić w szydłowieckim wydziale komunikacji, tylko w 2013 r. i 2014 r. zarejestrowano tu ponad 4,7 tys. samochodów. Jakie marki mieszkańcy Szydłowca wybierają najczęściej? Z danych wydziału wynika, że Audi, BMW czy Volkswagen.

Bezrobotni po zaświadczenie uprawniające ich do kilkusetzłotowego zasiłku przyjeżdżają samochodami, których nie powstydziłby się chyba nikt, kto ma pracę i przyzwoite zarobki. Nietrudno wywnioskować, że praca nie jest dla mieszkańców Szydłowca problemem. Potwierdza to dyr. Piętowski: - Nie ma u nas biedy, zdaję sobie sprawę z tego, że część bezrobotnych pracuje, ale robią to w szarej strefie - mówi. Zasiłek dla bezrobotnych pobierać można - w zależności od sytuacji życiowej, rodzinnej i finansowej - od 6 do 12 miesięcy. Ale ubezpieczenie zdrowotne przysługuje każdemu zarejestrowanemu bezrobotnemu.

Piętowski opowiada, że niedawno jego urząd zorganizował spotkanie dla poszukujących pracy. Chętnych do jej podjęcia okazało się 20 osób z 200 obecnych. Później i tak kontraktu nikt nie podpisał. Mimo tego, że pracodawcy w zasadzie nie wymagali kwalifikacji, a jedynie chęci do pracy. Dlaczego? Bo bezrobotni zarabiają głównie w Niemczech, Holandii czy Wielkiej Brytanii, oczywiście nieoficjalnie, a w razie choroby wracają do Polski i korzystają z ubezpieczenia zdrowotnego.

- Jeżdżę dwa razy w roku do pracy w Holandii - mówi nam Rafał. Na początku jest oszczędny w słowach, ale w końcu przełamuje się i słyszymy więcej szczegółów. - W sumie za granicą spędzam łącznie nawet 7 miesięcy w roku. I tak już od 5 lat. Raz pracuję na budowach, a raz zbieram kwiaty - opowiada.

Pierwszą pracę załatwił mu kolega, razem jeżdżą cały czas. Na miejscu spotykają się z Polakami, którzy w Holandii prowadzą legalną firmę budowlaną, ale aby zaoszczędzić zatrudniają rodaków "na czarno".

- Dlaczego nie chcesz pracować legalnie w Holandii? - pytamy. - Zarabiałbym mniej - ucina.

Zobacz także

Zobacz więcej na temat:

Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX