Niepoliczalne "śmieciówki"

Bartosz Sendrowicz
20.07.2015 , aktualizacja: 30.07.2015 15:46
A A A
Choć może to dziwić, nie wiadomo, jak duża jest w Polsce skala śmieciowego zatrudnienia. W zależności od tego, kto liczy, rachuby wahają się od niespełna miliona do nawet siedmiu milionów takich umów...
Nad Wisłą pracę świadczy się najczęściej w oparciu o etat, czyli umowę o pracę. Taka umowa podlega Kodeksowi pracy i daje pracownikowi wszelkie prawa z tego kodeksu wynikające. Płatny urlop, płatne zwolnienie lekarskie, prawo do odprawy, gdy zostanie zwolniony i opiekę sądu pracy w razie, gdyby pracodawca okazał się nieuczciwy.

Oprócz etatu część Polaków wykonuje swoje obowiązki w oparciu o umowy podlegające rygorom Kodeksu cywilnego - najpopularniejsze to: zlecenie i o dzieło. Tę pierwszą mogą podpisać osoby wykonujące pracę ciągłą, ale tylko jeśli różni się ona od pracy w ujęciu kodeksowym. W praktyce oznacza to, że zleceniobiorca powinien mieć np. nienormowany czas pracy, albo możliwość pracy z domu. Taka umowa - jeśli osoba, która ją podpisała, nie pracuje nigdzie indziej - jest oskładkowana dokładnie tak jak etat. To daje prawo do opieki medycznej czy emeryturę na takich samych zasadach, jak na etacie. Zleceniobiorca może też mieć prawo do zasiłku dla bezrobotnych (o ile przez rok przed zarejestrowaniem pracował i zarabiał co najmniej pensję minimalną), a panie mają prawo do zasiłku macierzyńskiego, jeśli opłacają dobrowolnie składki chorobowe. Zleceniobiorców nie dotyczy jednak Kodeks pracy, a to znaczy, że nie mają np. prawa do urlopu.

Umowa o dzieło to tzw. umowa rezultatu, podpisywana jest w konkretnym celu, np. napisania tekstu albo stworzenia bazy danych. Od niej nie są odprowadzane składki, opłaca się jedynie zaliczkę na podatek dochodowy, dzięki czemu w kieszeni osoby wykonującej dzieło zostaje więcej pieniędzy. Ale każdy, kto wykonuje swoje obowiązki tylko na podstawie takiej umowy, nie odkłada na emeryturę, nie ma prawa do opieki zdrowotnej, zwolnienia lekarskiego, zasiłku chorobowego czy zasiłku dla bezrobotnych. Można ją podpisać tylko w odniesieniu do określonego rodzaju pracy. Nie można jej zawrzeć, jeśli praca ma charakter ciągły i jest wykonywana pod nadzorem przełożonego.

Takie umowy uelastyczniają rynek pracy, to znaczy, że pozwalają firmom szybciej zwalniać lub zatrudniać pracowników w zależności od wahań koniunktury. Dla pracowników natomiast oznaczają brak pewności zatrudnienia, bo pracodawca może ich zwolnić w dowolnym momencie i, w odróżnieniu od etatu, nie musi np. podawać uzasadnienia swojej decyzji, czy wypłacać odpraw. Z umów takich mogą korzystać np. studenci, bo w trakcie nauki są ubezpieczeni przez państwo, więc na umowie cywilnoprawnej zarobią więcej lub - w ograniczonym czasie - osoby na początku drogi zawodowej. Można bowiem zrozumieć, że pracodawca chce "przetestować" nowego pracownika, nie wiążąc się z nim znacznie sztywniejszą umową o pracę. Tyle teoria.

Śmieciowi pracodawcy

W praktyce jednak jest zgoła inaczej. Pracodawcy skłaniają swoich pracowników do podpisywania umów cywilnoprawnych, mimo tego, że wykonują oni dokładnie takie same obowiązki jak ich koledzy i koleżanki na etacie. Albo umowa cywilnoprawna, albo żadna - takie dictum usłyszał niejeden Polak. A to już zatrudnienie śmieciowe. - Z definicji umowa śmieciowa to legalna umowa zastosowana w sposób nielegalny. A więc nie umowa-zlecenie czy o dzieło, ale zastosowanie ich tam, gdzie powinien być etat - tłumaczy Marek Lewandowski z "Solidarności". Z danych Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że mniej więcej co czwarta umowa cywilnoprawna powinna być zamieniona na etat. Ba, śmieciowe zatrudnienie stało się specjalnością sporej części polskich pracodawców. W 2008 r. PIP zakwestionowała tylko 8 proc. umów, rok później jeszcze mniej - 7 proc. - ale od tego czasu nielegalnych dzieł i zleceń tylko przybywa. W 2014 r. takich umów było 20 proc., a w pierwszym półroczu 2015 r. już niemal 25 proc.

Ile jest "śmieciówek"?

- Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi - mówi Łukasz Kozłowski, ekspert z organizacji Pracodawcy RP. - Wszystko zależy od tego, kto liczy - dodaje. Rzeczywiście rozpiętość jest ogromna: od niespełna miliona do 7 milionów. Ale po kolei.

Najniższą liczbę podaje Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Z danych, które przekazał nam ZUS, wynika, że składkę na ubezpieczenie zdrowotne od umowy cywilnoprawnej (zlecenia) na koniec maja tego roku odprowadzało 919,5 tys. osób. Nieco więcej takich umów doliczył się resort pracy. - Według naszych obliczeń ma je ok. 930 tys. Polaków - mówi Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej. Zaznacza też, że nadużywanie zleceń i dzieł dotyka szczególnie młodych. - Brakuje informacji, jaki odsetek zatrudnionych w formach cywilnoprawnych to młodzi startujący na rynku pracy. Ale szacujemy, że nawet co trzeci młody zaczyna tak pierwsze zatrudnienie - komentuje.

Odważniej skalę zatrudnienia na umowach cywilnoprawnych oblicza Główny Urząd Statystyczny. Według "najświeższych" danych, czyli z końca 2013 r., swoje obowiązki wyłącznie w oparciu o umowę-zlecenie lub umowę o dzieło wykonuje 1,4 mln osób. Nigdzie nie pracują na etacie i nie pobierają emerytury lub renty.

Wyżej licytuje Ministerstwo Finansów. 4 mln to liczba osób, które na koniec 2013 r. wykazały w zeznaniach podatkowych (PIT) dochody z tytułu umowy-zlecenia lub o dzieło. Niestety, nie wiadomo, dla kogo takie umowy są jedynym źródłem dochodu, a dla kogo dodatkowym źródłem zarobkowania, oprócz pracy etatowej.

Obok "wypychania" pracowników na umowy cywilnoprawne część polskich pracodawców zmusza ich do "przejścia na działalność", czyli do założenia jednoosobowej firmy. Faktycznie nic się dla nich nie zmienia, dalej wykonują tę samą pracę, tylko nie mają etatu. Z danych ZUS wynika, że pracuje tak 2,1 mln Polaków. 670 tys. z nich odprowadza składkę za siebie i kogoś innego, a to znaczy, że w swojej mikrofirmie kogoś zatrudniają, a więc nie jest to "fałszywa przedsiębiorczość". Około 1,4 mln osób płaci natomiast składki tylko za siebie. Nikt nie policzył, ile osób zostało zmuszonych do takiej formy współpracy z firmą kosztem etatu.

Z danych REGON wynika, że jednoosobowych działalności gospodarczych jest jeszcze więcej. Na koniec czerwca 2015 r., zarejestrowanych było niemal 3 mln takich mikroprzedsiębiorstw. 1,6 mln osób z tej grupy dodatkowo kogoś zatrudnia, a działalność 250 tys. jest zawieszona. Pozostali są na tzw. samozatrudnieniu. To około 1,1 mln Polaków.

Wszystkie wymienione powyżej pozaetatowe sposoby świadczenia pracy dają łącznie grubo ponad 4 mln osób, które nie mają etatu. Jeszcze dalej idą związkowcy. Szacują, że na śmieciowych warunkach w Polsce może pracować nawet ponad 7 mln osób. Skąd taka liczba? - Odnosimy się do każdego rodzaju niestabilnego zatrudnienia, a więc oprócz umów cywilnoprawnych też do samozatrudnienia, umów na czas określony, o pracę tymczasową i darmowych staży - mówi Piotr Szumlewicz z OPZZ.

Ale na tym nie koniec szacowania. Bo do śmieciowych warunków pracy trzeba też zaliczyć tzw. szarą strefę. A, jak wynika z badania Bilans Kapitału Ludzkiego, bez żadnej umowy zarabia około 800 tys. osób (cała szara strefa to około miliona pracowników, ale dla 200 tys. to sposób na dorobienie do legalnej pracy).

"Uprawniona hipoteza"

Gorzka prawda jest taka, że prawdziwej skali śmieciowego zatrudnienia w Polsce nie da się ustalić. Dostępne dane dotyczą albo wąskiego wycinka rzeczywistości, albo są nieco przeterminowane - mają prawie dwa lata. Wszelkie próby podania konkretnej liczby są co najwyżej "uprawnioną hipotezą" i danymi szacunkowymi. Biorąc pod uwagę wyniki kontroli PIP (jedna czwarta zakwestionowanych umów w pierwszej połowie 2015 r.) i podaną przez GUS liczbę kontraktów cywilnoprawnych (1,4 mln), można przyjąć, że śmieciowych jest 350 tys. dzieł i zleceń. Pamiętajmy jednak, że inspektorzy PIP przeglądają ponad 50 tys. takich kontraktów. Choć w takiej skali nie robi tego żadna instytucja, to ciągle mało. Do tego dodać należy jakąś część fałszywego samozatrudnienia. Jaką? - Bardzo liberalnie można przyjąć, że co czwarta osoba samozatrudniona i płacąca składki tylko za siebie została do tego zmuszona przez pracodawców - liczy Łukasz Kozłowski. To kolejne 275 tys. osób. Łącznie ze śmieciowymi umowami cywilnoprawnymi daje to 625 tys. osób, które mimo wykonywania pracy etatowej nie mają umowy o pracę. Jednak to bardzo ostrożne szacunki. Jeśli dodamy do tego Polaków na umowach czasowych, wykonujących pracę agencyjną, a także szarą strefę, to liczba osób pozbawionych etatowej stabilności i pewności zatrudnienia sięgnie kilku milionów.

***

1,4 mln osób w Polsce wykonuje swoje obowiązki zawodowe tylko na podstawie umowy cywilnoprawnej. Część z nich powinna mieć umowę o pracę, bo robią dokładnie to samo, co ich koledzy i koleżanki na etacie. Nie zgadzamy się na takie traktowanie pracowników. Jeśli więc chcesz się upewnić, czy nie powinieneś mieć etatu, poznać swoje prawa i obowiązki na umowie cywilnoprawnej, wiedzieć, gdzie szukać pomocy, gdy szef sugeruje rezygnację z etatu na rzecz umowy-zlecenia lub samozatrudnienia, zadzwoń do nas. W czwartek 23 lipca, w godz. 11-13, pod numerem 22 444 40 84 eksperci z Państwowej Inspekcji Pracy udzielą odpowiedzi na pytania dotyczące umów cywilnoprawnych. W trakcie dyżuru będzie można też złożyć skargę na nieuczciwych pracodawców. Jeśli macie do czynienia z takimi pracodawcami i chcecie podzielić się z nami swoją historią, napiszcie też na smieciowki@wyborcza.biz.

1,4 mln osób w Polsce wykonuje swoje obowiązki zawodowe tylko na podstawie umowy cywilnoprawnej. Część z nich powinna mieć umowę o pracę, bo robią dokładnie to samo, co ich koledzy i koleżanki na etacie. Nie zgadzamy się na takie traktowanie pracowników. Jeśli więc chcesz się upewnić, czy nie powinieneś mieć etatu, poznać swoje prawa i obowiązki na umowie cywilnoprawnej, wiedzieć, gdzie szukać pomocy, gdy szef sugeruje rezygnację z etatu na rzecz umowy-zlecenia lub samozatrudnienia, zadzwoń do nas. W czwartek 23 lipca, w godz. 11-13, pod numerem 22 444 40 84 eksperci z Państwowej Inspekcji Pracy udzielą odpowiedzi na pytania dotyczące umów cywilnoprawnych. W trakcie dyżuru będzie można też złożyć skargę na nieuczciwych pracodawców. Jeśli macie do czynienia z takimi pracodawcami i chcecie podzielić się z nami swoją historią, napiszcie też na smieciowki@wyborcza.biz.