Co z pracą dla uchodźców?

Bartosz Sendrowicz
07.12.2015 , aktualizacja: 04.12.2015 17:29
A A A
Uchodźcy

Uchodźcy (Fot. NACHO DOCE / REUTERS)

W Polsce nie ma systemu przygotowującego obcokrajowców do wejścia na rynek pracy. Nikt nie wie, w jakich zawodach jest zapotrzebowanie na pracę, pracodawcy niechętnie ich szkolą, a pomoc państwa jest ograniczona. ROZMOWA Z Karoliną Grot z Instytutu Spraw Publicznych i Zuzanną Rejmer z Polskiego Forum Migracyjnego.
Bartosz Sendrowicz: Polska zobowiązała się przyjąć 7 tys. uchodźców m.in. z Syrii. Na co mogą liczyć?

Karolina Grot: Formalnie ci, którzy dostaną status uchodźcy, zostaną objęci indywidualnym programem integracji (IPI). Trudno wskazać konkrety w jego ramach, bo działania są zawsze ustalane indywidualnie między powiatowym centrum pomocy rodzinie (PCPR) a cudzoziemcem. Pracownik PCPR przeprowadza rozległy wywiad środowiskowy z obcokrajowcem, a potem określa zakres i formy pomocy integracyjnej oraz wzajemne zobowiązania cudzoziemca i PCPR. Czyli jakie szkolenia są potrzebne, gdzie można je zrealizować. Ideą IPI jest zbudowanie poczucia bezpieczeństwa, choćby przez wsparcie w zdobyciu mieszkania. Swoiste przyzwyczajenie obcokrajowca do zasad funkcjonowania w nowym społeczeństwie. Ale jeśli chodzi o rynek pracy, to wcześniej czy później uchodźcy są pozostawieni sami sobie.

Zuzanna Rejmer: Oczekujący na nadanie statusu uchodźcy nie mogą przez pół roku pracować w Polsce. W taki sposób chroni się krajowy rynek pracy przed emigracją zarobkową. Gdy otrzymają ten status, mogą szukać pracy na dokładnie takich samych zasadach jak Polacy.

Inni obcokrajowcy mają szereg ograniczeń. Muszą mieć pozwolenie na pracę lub deklarację pracodawcy o chęci ich zatrudnienia.

ZR: Uchodźcy nie mają utrudnień formalnych, ale spotyka ich szereg utrudnień społecznych, jak niechęć pracodawców, którzy są przekonani, że z racji różnic kulturowych i religijnych obcokrajowcy nie odnajdą się w polskiej rzeczywistości.

Do Ukraińców pracodawcy nie czują niechęci, w pierwszej połowie roku zatrudnili ich ponad 400 tys., tyle co w całym 2014 r.

ZR: To inna sytuacja. Ukraińcy są nam bliżsi geograficznie i kulturowo. Poza tym funkcjonują na polskim rynku pracy od lat. Pracodawcy mają pozytywne doświadczenia z tą grupą narodowościową, a ich przykład pokazuje tylko, że gospodarka bardzo potrzebuje zagranicznych rąk do pracy.

W jakich konkretnie zawodach ich potrzebuje?

ZR: Tego niestety nikt nie bada, nawet w odniesieniu do Polaków nie ma rzetelnej diagnozy zapotrzebowania w poszczególnych zawodach.

KG: Niestety żaden uchodźca nie dostaje nawet informatora, jak poruszać się po rynku pracy, nie ma rządowych programów informacyjnych. Jego powodzenie na rynku pracy zależy tylko i wyłącznie od jego elastyczności, gotowości do nauki nowych rzeczy, zrozumienia systemu zatrudnienia. Także od tego, czy nauczy się języka i znajdzie sobie organizację, która go wesprze.

Nie ma żadnego państwowego programu aktywizacji zawodowej uchodźców?

KG: Nie ma, choć Urząd ds. Cudzoziemców dysponuje środkami na szkolenia zawodowe - z raportu NIK wynika, że to aż 45,4 mln zł. Skuteczność tych działań jest jednak niska. Dodałabym jeszcze krajowy plan zatrudnienia, czyli wsparcie trudnych grup, w tym cudzoziemców, w poszczególnych województwach. Resztę robią organizacje pozarządowe. Władze lokalne dofinansowują ich działania aktywizacyjne jedną dziesiątą potrzebnej kwoty, reszta to fundusze unijne, które organizacje pozyskują same. Samorządowych funduszy wcale nie jest mało. W latach 2012-2014 r. było to 2 mln zł. Wie pan, ile wydano?

Zgaduję, że sporo zostało.

KG: W 2013 r. wydano 318 tys., a w 2014 r. - 375 tys. zł, czyli w sumie niecałe 700 tys. zł, m.in. na szkolenia pracowników Powiatowych Urzędów Pracy.

Czego urzędnicy dowiedzieli się o uchodźcach?

ZR: Na przykład tego, że mężczyzna z Czeczenii nie będzie chciał pracować w kuchni. Dla niego to zajęcie typowo kobiece. Takich smaczków jest wiele, więc w trakcie szkoleń wyjaśniamy urzędnikom, jak są postrzegani przez cudzoziemców, gdzie są najczęstsze różnice kulturowe i jak sobie z nimi poradzić. Sami obcokrajowcy myślą natomiast, że to, czego nauczyli się w swoim kraju, da się łatwo przenieść do Polski. A tak nie jest. Chodzi o wytworzenie w nich przekonania, jak ważne są kompetencje społeczne, jak np. współpraca w zespole, a trzeba pamiętać, że choćby praca ramię w ramię z kobietami nie dla każdego jest oczywista.

Zostało 1,3 mln zł? Ilu uchodźców można by za to zaktywizować?

KG: Jednoznacznie nie da się powiedzieć, bo koszty aktywizacji zależą od kwalifikacji danej osoby. Im wyższe kompetencje, tym niższe koszty, ale można by za te pieniądze zorganizować wiele szkoleń prowadzonych przez doradców zawodowych. Jedno to koszt około 10 tys. zł, przy założeniu, że organizujemy je we własnej siedzibie, pokrywamy koszty dojazdu i noclegu grupy 20 uchodźców z ośrodków w różnych miastach Polski

Systemowe aktywizowanie uchodźców lepiej idzie organizacjom pozarządowym niż rządowi?

KG: Tak, ale organizacje prowadzą raczej rozproszone działania. Jedne uczą języka polskiego i pomagają przygotować się do egzaminu certyfikacyjnego. Inne oferują doradztwo zawodowe, pomoc prawników z zakresu prawa pracy. Jeszcze inne pomagają napisać CV i list motywacyjny, podpowiadają, gdzie i jak szukać pracy. W ramach doradztwa uchodźca dowie się, jak założyć firmę, jak rozliczać się z fiskusem. Jeśli już ma pracę, a jego prawa są łamane, dowie się, gdzie może się poskarżyć. Organizacje pomagają też w załatwieniu formalności związanych z przedłużeniem pobytu. Nie prowadzą jednak kursów praktycznych, np. operatora wózka widłowego czy tokarza.

Szkoda, pracodawcy potrzebują takich pracowników, i to bardzo.

KG: Mieliśmy pomysł, żeby cudzoziemców zapraszać do zakładów pracy po to, żeby się przyuczali do zawodu. Ale nie udało nam się zdobyć finansowania.

ZR: Z uchodźcami na rynku pracy jest trochę tak, jak z młodymi - potrzebują oni dobrego systemu stażowego, by poznać dany zawód, nieraz nauczyć się go na nowo. Nie zawsze będą oni mieli okazję pracować w wyuczonych zawodach.

Ale uchodźcy często nie mają dokumentów, nie wiadomo, jaką szkołę skończyli i co umieją.

KG: To prawda. Nie wiemy, ilu stolarzy z Syrii będzie w grupie przyjmowanych uchodźców, ale tego nie wie ani resort pracy, ani żaden inny. Wiemy natomiast, w jakich zawodach obcokrajowcy, np. Ukraińcy, podejmują pracę. Wiemy, jakie oświadczenia [o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi] składają pracodawcy, znamy profil zawodowy cudzoziemców zarejestrowanych jako bezrobotnych. Na postawie tych wszystkich danych możemy przewidywać, czego warto się nauczyć, by mieć pracę. Mając oczywiście pełną świadomość wad takiego prognozowania.

ZR: Pamiętajmy też, że pierwsze fale uchodźcze to z reguły ludzie dobrze wykształceni. Ci, których stać choćby na to, by opłacić przemytników, są wśród nich lekarze, dziennikarze, przedsiębiorcy i oni świetnie potrafią odnaleźć się w nowych realiach, znają języki europejskie. Jeśli zdobędą podstawową wiedzę z zakresu prawa pracy czy poruszania się po samym rynku, powinni sobie poradzić.