Zwolniony za czat z narzeczoną

Agata Kinasiewicz
18.01.2016 , aktualizacja: 17.01.2016 17:18
A A A
sh

sh (pexels.com)

W 2007 roku rumuński inżynier Bogdan Barbulescu otrzymał wypowiedzenie, bo w godzinach pracy prowadził na czacie Yahoo Messenger prywatne rozmowy. Europejski Trybunał Praw Człowieka przyznał rację pracodawcy
Ta historia może być przestrogą dla setek tysięcy pracowników, którzy w czasie pracy zajmują się przeglądaniem serwisów lub prywatnymi rozmowami. Bo pracodawcy mają prawo sprawdzać, co tak naprawdę robimy podczas wykonywania służbowych obowiązków.

We wtorek potwierdził to Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Oddalił on skargę inżyniera z Rumunii, który został zwolniony, bo przełożeni odkryli, że na czacie rozmawia nie tylko z innymi pracownikami, ale także z narzeczoną i bratem. Wewnętrzny regulamin firmy zabraniał używania czatów i innych aplikacji do celów prywatnych i niezwiązanych z pracą.

Zwolniony pracownik chciał dowieść przed Trybunałem, że pracodawca złamał prawo do poufnego charakteru korespondencji. Jednak nie udało mu się to.

W opinii sędziów szefostwo przeglądając wiadomości pracownika było przekonane, że dotyczą one wyłącznie spraw zawodowych, a nie tych związanych z życiem prywatnym. Niezasadne byłoby więc powoływanie się na tajemnicę korespondencji. Pracodawca ma przecież dostęp do służbowych maili, a ich kontrola nie jest łamaniem tajemnicy korespondencji tylko nadzorowaniem pracy.

Co więcej, trybunał bronił decyzji rumuńskiego sądu, który uznał, że transkrypcję rozmów z czatu można wykorzystać w sądzie przeciwko zwolnionemu. - "To dowiodło, że w godzinach pracy używał służbowego komputera do swoich prywatnych celów" - brzmiało uzasadnienie.

Orzeczenie trybunału odnosi się także do polskiego rynku pracy. Obowiązuje we wszystkich krajach, które ratyfikowały Europejską Konwencję Praw Człowieka. Podpisanie umowy o pracę oznacza zgodę na wykonywanie służbowych obowiązków w miejscu i czasie wskazanym przez pracodawcę i pod jego kierownictwem. Dlatego pracodawca ma prawo weryfikować, czym zajmujemy się w pracy.

Kwestię kontroli reguluje także rodzimy Kodeks pracy. Pozwala on monitorować miejsce pracy i obowiązki wykonywane przez pracowników na wiele sposobów. Jednym z nich jest kontrola wykorzystywania służbowych komputerów, poczty elektronicznej i monitoring odwiedzanych stron internetowych.

Pracodawca może także w sposób dowolny ograniczać pracownikom dostęp do internetu, lub całkowicie pozbawić ich dostępu do sieci. W praktyce dzieje się to jednak rzadko, bo internet przydaje się w pracy. Nawet jeśli pracownicy nie wykorzystują go do sprawowania służbowych obowiązków, zajrzenie na Facebooka, czy chwila przerwy na obejrzenie zabawnego wideo z kotami mogą przyczynić się do zwiększenia produktywności. Pod warunkiem, że nie trwają godzinami.

Z prawa do kontroli skorzystał ostatnio Marcin, trzydziestoparoletni przedsiębiorca mieszkający w Warszawie. Przejrzał aktywność internetową swoich pracowników i postanowił "dokręcić im śrubę". - Okazało się, że niektórzy przychodzą do biura na 2-3 godziny i cały czas siedzą na Facebooku albo oglądają filmy na YouTube. Potem oddają wszystko na ostatnią chwilę, a on siedzi po nocach - relacjonuje jego dziewczyna. Dlatego w tym roku premie dostaną tylko ci, którzy bezwzględnie będą się trzymać terminów.

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX