Pracowity kwartał PiS-u na rynku pracy

Bartosz Sendrowicz
25.01.2016 , aktualizacja: 25.01.2016 15:45
A A A

" alt="Beata Szydło - premier
Kierowała kampanią wyborczą Andrzeja Dudy. Nie zdradza własnych ambicji politycznych, a prezesa nazywa "geniuszem politycznym". Ma 52 lata, skończyła etnografię na Uniwersytecie Jagiellońskim, w krajowej polityce działa od 2005 r. Wcześniej była burmistrzem w Brzeszczach w Małopolsce. Jest mocno związana z Kościołem, ma konserwatywne poglądy na sprawy społeczne, a jeden z jej dwóch synów poszedł do seminarium duchownego.

">

Beata Szydło - premierKierowała kampanią wyborczą Andrzeja Dudy. Nie zdradza własnych ambicji politycznych, a prezesa nazywa "geniuszem politycznym". Ma 52 lata, skończyła etnografię na Uniwersytecie Jagiellońskim, w krajowej polityce działa od 2005 r. Wcześniej była... (fot. za youtube / spot PiS)

Dawno w kwestii praw pracowniczych nie działo się tak wiele. W trzy miesiące PiS zaproponował przynajmniej trzy przełomowe zmiany. Szerszą ochroną mają być objęci pracownicy nieetatowi, a inspektorzy pracy będą mieli wreszcie więcej uprawnień.
Podczas exposé Beata Szydło zapowiedziała m.in. wprowadzenie gwarantowanej stawki godzinowej za każdą pracę oraz "poprawę losu polskich pracowników". I trzeba przyznać, że w ostatnim kwartale w prawach pracowniczych aż się zakotłowało.

Koniec z "syndromem pierwszej dniówki"

Pierwszą ważną zmianę Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zaproponowało tuż przed końcem roku. Pokazało projekt zmian w Kodeksie pracy zakładający, że umowa o pracę musi być podpisywana przed jej faktycznym rozpoczęciem, a nie - jak dotychczas - przed końcem pierwszego dnia. - Przepisy wymagały zmiany, bo ułatwiały pracę na czarno. Pracodawcy chowali gotowe umowy do szuflady i dopiero, gdy pojawiała się kontrola, wpisywali do nich datę i przedkładali pracownikom do podpisu. Zdarzało się, że pierwszy dzień trwał kilka tygodni, a nawet miesięcy - mówi Marek Lewandowski z NSZZ "Solidarność".

- To jedno z najczęstszych i jednocześnie najłatwiejszych do usunięcia nadużyć - wyjaśnia Stanisław Szwed, wiceszef Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Jego resort szacuje, że bez jakiejkolwiek umowy pracuje 380 tys. Polaków (szacunki dotyczące tzw. szarej strefy są bardzo rozbieżne, GUS podaje, że zarabia w niej 711 tys. osób, a FOR mówi nawet o dwóch milionach). Likwidacja "syndromu pierwszej dniówki" pozwoli części z nich przejść na jasną stronę rynku pracy. Choć urzędnicy przyznają, że skala tego przejścia jest jednoznacznie niemożliwa do oszacowania.

Zmiany w przetargach

Inną zmianą była zaproponowana tym razem przez resort rozwoju nowela ustawy o zamówieniach publicznych. Zakładała ona konieczność zatrudniania pracowników na etatach w przypadku firm ubiegających się o państwowe kontrakty. Zgodnie z tą propozycją tylko w 40 proc. o atrakcyjności oferty ma decydować cena, a główną formą zatrudnienia będzie etat.

Co prawda w październiku 2014 znowelizowano prawo zamówień publicznych, poszerzając katalog klauzul społecznych o wymóg zatrudniania na etacie, a pracodawcy dający takie umowy byli nawet preferowani przez urzędy. Ale same klauzule były uwzględnione tylko w 3,1 proc. zamówień publicznych w Polsce. Efekt? - Państwowe pieniądze - grubo ponad 100 mld zł rocznie - psuły rynek pracy, na przykład ochroniarze w państwowych instytucjach pracowali na śmieciowych umowach, za głodowe stawki - mówi Lewandowski. A pracodawcy konkurowali przede wszystkim ceną, bo była ona głównym kryterium. - W takich przetargach uczciwie zatrudniająca firma nie miała szans - dodaje związkowiec.

Konieczność zmian w tym zakresie podkreślali też pracodawcy. - Wymóg zatrudnienia etatowego wyeliminuje trwającą od lat patologię, polegającą na tym, że pracodawcy konkurowali między sobą stale obniżając koszty pracy - czytamy w oświadczeniu organizacji "Lewiatan" zrzeszającej pracodawców.

Gwarantowane 12 zł za godzinę na zleceniu

Na tym nie koniec legislacyjnego wzmożenia. W minioną środę Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej pokazało projekty zmieniające dwie ustawy - o minimalnym wynagrodzeniu za pracę i o Państwowej Inspekcji Pracy. Poprawki w pierwszej ustawie oznaczają, że nikt na umowie zlecenia ani na tzw. działalności (jednoosobowa działalność gospodarcza lub samozatrudnienie) nie zarobi mniej niż 12 zł brutto za godzinę. Poza tym firmy będą musiały prowadzić ewidencję czasu pracy "śmieciówkowców" i samozatrudnionych. Jeśli tego nie zrobią, zapłacą karę - od 1 do 30 tys. zł (tę najwyższą może orzec tylko sąd). Firmy będą też musiały płacić pracownikom mającym mniej niż rok doświadczenia przynajmniej "minimalkę". Dotychczas pensja takiego pracownika mogła wynosić 80 proc. wynagrodzenia minimalnego.

Ta fundamentalna dla rynku pracy zmiana (nie dotyczy jednak umów o dzieło) jest jednocześnie spełnieniem sztandarowej obietnicy z kampanii wyborczej. Związkowcy ją chwalą, pracownicy na umowach cywilnoprawnych też mają ku temu powody, ale pracodawcy wytykają błędy. - Sytuacja, w której firma musi prowadzić ewidencję czasu pracy osoby samozatrudnionej, może rodzić wiele problemów i mnożyć biurokrację - komentuje Łukasz Kozłowski z organizacji Pracodawcy RP. I dodaje: - Każda firma, która zamówi hydraulika, musi prowadzić ewidencję czasu jego pracy, bo inaczej grozi jej kara. To niewykonalne i kuriozalne. Lewandowski na razie nie chce odbić tego argumentu. - To zbyt ważna zmiana, żeby komentować ją na szybko, analizujemy te propozycje - mówi.

Urzędnicy resortu liczą, że zmiana pomoże tym Polakom, których pracodawca zmusił do przejścia na działalność, oraz zleceniobiorcom. W sumie to około 2,4 mln osób - 1,4 mln to samozatrudnieni, a ponad 900 tys. zleceniobiorcy (to dane Ministerstwa Finansów i ZUS) - ile osób z tej grupy firmy zmusiły do nieetatowych form zatrudnienia? Nie wiadomo. Co ciekawe, sami urzędnicy resortu widzą wady proponowanych zmian. - W wyniku podwyższenia wynagrodzenia minimalnego w pierwszym roku pracy część z osób wchodzących na rynek pracy może doświadczyć trudności ze znalezieniem zatrudnienia - oceniają skutki regulacji.

Superinspektor

Za kluczowe dla uporządkowania rynku pracy uznane zostało nadanie inspektorom pracy szerszych kompetencji. Ustawę regulującą zakres ich uprawnień resort pracy też zmodyfikował. Chce, by inspektorzy mogli kontrolować, czy pracodawca terminowo płaci osobom wykonującym swoje obowiązki w oparciu o umowę zlecenia lub samozatrudnionym. Jeśli inspektor uzna, że pracodawca nie zapłacił zleceniobiorcy na czas, może wydać decyzję administracyjną zmuszającą go do natychmiastowego uregulowania zaległości. Dotychczas na wsparcie inspektora w odzyskaniu zaległych pensji mogli liczyć wyłącznie etatowcy. Co roku do pracowników wracało ponad 80 proc. zaległych pensji.

Inną zmianą jest też wprowadzenie do ustawy o PIP przepisu pozwalającego inspektorom na prowadzenie niezapowiedzianych kontroli. Dotychczas w orzecznictwie i praktyce nie było jasności co do tego, czy inspektor może wejść na teren zakładu pracy bez konieczności uprzedniego informowania o tym pracodawcy. Przepisy pozwalały na taką interwencję, gdy istniało np. uzasadnione podejrzenie łamania praw pracowniczych. A inspektorzy często robili użytek z tego zapisu. W efekcie zapowiadanych było tylko kilka proc. kontroli.

A i na tym raczej nie skończy się poszerzanie uprawnień inspekcji pracy. Resort nie ukrywa, że chce, aby inspektorzy mogli wydać decyzję administracyjną o zmianie wadliwie zastosowanej umowy cywilnoprawnej na etat. Taki ruch miałby zdjąć z barków sądów ciężar ustalania stosunku pracy. Dziś to pracownik - lub inspektor w jego imieniu - może poprosić o to sąd i tylko tam może zapaść decyzja o zmianie "śmieciówki" na etat. Po zmianie to pracodawca mógłby złożyć do sądu "reklamację" na decyzję inspektora. Na razie jednak nie ma mowy o konkretach.



Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX