Jaka piękna katastrofa

Bartosz Sendrowicz
15.02.2016 , aktualizacja: 19.02.2016 19:53
A A A
Michael Jordan podczas konkursu wsadów podczas Weekendu Gwiazd w Seattle (luty 1987)

Michael Jordan podczas konkursu wsadów podczas Weekendu Gwiazd w Seattle (luty 1987) (Fot. KIRTHMON DOZIER AP)

Nie umiemy i nie lubimy przegrywać. A szkoda, bo z porażek można wyciągnąć naukę znacznie cenniejszą niż z sukcesów. Świat rozumie to od dawna, my dopiero zaczynamy
- W drodze do każdego sukcesu, także zawodowego, nie można uniknąć niepowodzeń. Wszystko zależy od tego, jak je potraktujemy - mówi psycholog biznesu Jacek Santorski, założyciel Akademii Psychologii i Przywództwa Values. - Dla Amerykanów niepowodzenia są jak lekcje, z których należy wyciągnąć wnioski. W Polsce często patrzy się na nie w kategoriach katastrofy - tłumaczy. A Joanna Gutral, psycholog z SWPS, dodaje: - Zupełnie niepotrzebnie, bo to właśnie z porażek możemy nauczyć się najwięcej.

Do podobnych wniosków doszli organizatorzy "Fuckup Nights" (w wolnym tłumaczeniu "Noce Niepowodzeń"), czyli osobliwego wydarzenia, w trakcie którego autorzy spektakularnych klap dzielą się wyciągniętymi z nich wnioskami.

Z Meksyku do Polski

Na pomysł grupowego analizowania porażek wpadła w 2012 r. piątka znajomych ze stolicy Meksyku. Na początku wymieniali się doświadczeniami między sobą, ale szybko dostrzegli walor edukacyjny takich spotkań. Tradycyjnie przeradzających się zresztą w długie debaty pod rozgwieżdżonym niebem Meksyku. Dlatego noc została wspólnym mianownikiem kolejnych spotkań, organizowanych w coraz szerszym gronie. W ciągu czterech lat potrzeba rozmawiania o porażkach zrobiła na świecie zawrotną karierę. Wydarzenie pod nazwą "Fuckup Nights" zorganizowano w ponad stu państwach, a Polska dołączyła do tego grona jako jedna z ostatnich. Pierwsza "Noc Niepowodzeń" odbyła się w Warszawie dwa lata temu. Potem był Gdańsk, Lublin i Poznań. Łącznie wnioskami wyciągniętymi z zawodowych klęsk podzieliło się już ponad 70 osób.

Lincoln, Jordan, Wolniak

Jedną z nich był Michał Wolniak, założyciel agencji marketingowej VML. O swoich największych zawodowych porażkach opowiedział w trakcie warszawskiej "Nocy Niepowodzeń" w miniony czwartek. - Nasz pierwszy duży kontrakt wart był 200 tys. zł. Mieliśmy stworzyć magazyn promocyjny dla dużej firmy kosmetycznej - wspominał.

Wszystko szło jak po maśle - projekt został zatwierdzony przez klienta i skierowany do druku. Szybko jednak okazało się, że nie będzie to okazja do otwierania szampana.

- W magazynie były ewidentne błędy językowe. Zostaliśmy więc z dwoma tirami pełnymi bezużytecznych papierów i długami, które mogły położyć naszą firmę - mówił.

Ale nie zamierzał składać broni. - Umówiliśmy się z klientem, że pokryjemy połowę straty, nie mogliśmy jednak oddać tych pieniędzy w gotówce, bo ich nie mieliśmy.

Obie strony postanowiły więc, że przy kolejnych projektach połowa zysku agencji wyląduje na koncie klienta. I tak będzie do momentu, aż ten odzyska swoje 100 tys. zł.

Sama agencja zyskała dzięki temu stałego klienta, utrzymała płynność finansową i mogła się rozwijać. Dziś jest liderem w branży, a Wolniak przyznaje, że była to jedna z najbardziej pouczających lekcji w jego zawodowym życiu.

Znacznie więcej było ich w życiu Abrahama Lincolna. W ciągu 28 lat poprzedzających jego wybór na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych (1861 r.) zdążył stracić pracę, położyć własny biznes i przegrać w kilku ważnych wyborach, m.in. do Kongresu. Nie udało mu się też zostać wiceprezydentem. Wszystkiemu towarzyszyła śmierć ukochanej i załamanie nerwowe. Mimo wszystko Lincoln dopiął swego i wdrapał się na najwyższy stołek w państwie. Dziś na jego przykład chętnie powołują się spece od zarządzania, bo wyraźnie pokazuje, że porażka jest budulcem sukcesu.

Popularną "twarzą porażki" został też wybitny koszykarz - Michael Jordan. Jeśli cokolwiek łączy go z były prezydentem, to właśnie stosunek do niepowodzeń. Choć analizując jego dorobek, trudno uwierzyć, że ten sportowiec cokolwiek w życiu przegrał, on sam twierdzi, że jest zupełnie inaczej. - W ciągu całej kariery spudłowałem ponad 9 tys. razy, przegrałem niemal 300 spotkań, 26 razy tylko ode mnie zależały losy meczu, a ja zawiodłem. Przegrywałem w życiu bez przerwy... i właśnie dlatego odniosłem sukces - mówi w jednej z reklam firmy Nike. W licznych wywiadach podkreśla, że najcenniejsze wnioski to te, które wyciągnął właśnie z porażek.

Gdy jego czas na parkiecie dobiegł końca, poświęcił się biznesowi, w którym umiejętnie wykorzystał zdobywaną latami popularność i doświadczenia, zapewne też te wynikające z porażek. Zamiana dresu na garnitur zaprowadziła Jordana na finansowy Olimp - pod koniec 2015 r. magazyn "Forbes" szacował jego majątek na ponad miliard dolarów (jako czynny sportowiec był "tylko" milionerem).

Nagroda za katastrofę

W Polsce jednak ciągle drżymy ze strachu przed porażkami, przez to nie umiemy wyciągać z nich właściwych wniosków. Zdaniem Jacka Santorskiego mieliśmy zbyt mało czasu na oswojenie się z zawodowymi niepowodzeniami. - Jesteśmy początkujący, jeśli chodzi o kapitalizm, dlatego nie umiemy zarządzać porażką, nie rozumiemy choćby tego, że może być okazją do rozwoju- mówi. A Gutral dodaje: - Zakładamy, że wszystko, co robimy, musi się zakończyć sukcesem. Jeśli jest inaczej, tracimy zaangażowanie i motywację, jesteśmy rozczarowani. Nie analizujemy porażek, bo chcemy sobie oszczędzić smutku i innych negatywnych emocji. Tym samym jednak lekceważymy ich edukacyjne walory.

Z pewnością bardzo daleko nam też do nagradzania się za porażki, a na taki oryginalny pomysł wpadła amerykańska agencja reklamowa Gray. Firma postanowiła przyznać wyróżnienie dla "herosa porażki". Pierwszą nagrodę odebrała Amanda Zolten, wiceszefowa agencji. Na spotkaniu z klientem - firmą produkującą żwirek dla kotów - Zolten ukryła pod stołem konferencyjnym pudło pełne żwirku pochodzącego z kuwety jej kotki. W trakcie przedstawiania pomysłu na strategię marketingową Zolten triumfalnie wyciągnęła pudło spod stołu, dowodząc tym samym, jak świetnie żwirek zatrzymuje zapach. Ale akcja wywołała u gości mieszane uczucia. Część nie zrozumiała żartu i opuściła spotkanie głęboko urażona. Poczucie humoru mieli za to współpracownicy Zolten. Jej pomysł uznali za kreatywny i godny zainteresowania, dlatego okrzyknęli ją "herosem porażki".



Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX