Pracujący biedacy

Bartosz Sendrowicz, Mariusz Sepioło
22.02.2016 , aktualizacja: 26.02.2016 19:14
A A A
Krawcowa Wanda Fok

Krawcowa Wanda Fok (Fot. Sławomir Pawłowski / Agencja Gazeta)

Zarabiają tyle, że ledwo starcza na podstawowe potrzeby, a praca zajmuje im zbyt dużo czasu, by podnieść kwalifikacje i dostać podwyżkę. Nie mają znajomych, perspektyw i motywacji. Utknęli gdzieś pomiędzy godnym życiem a ubóstwem. W ten sposób wegetuje nawet 10 proc. polskich pracowników
- Mam 28 lat i wynajmuję mieszkanie z dwiema studentkami - od tego zaczyna swoją opowieść Monika z Bydgoszczy. Pracuje w call center jako konsultantka ds. sprzedaży dla dużej firmy telekomunikacyjnej. Ma umowę-zlecenie i zarabia 1,4 tys. zł na rękę. - Jasne, mogło być gorzej - mówi - ale żyć w ten sposób, w pojedynkę i tak jest strasznie ciężko.

Na początku było jeszcze gorzej: 800 zł na rękę i "elastyczne godziny pracy", czyli w praktyce - praca w każdej wolnej od studiów chwili. - Skończyłam politologię, zaczęłam dorabiać jeszcze na studiach, ale po magisterce nie znalazłam nic lepszego - żali się Monika. - Pod koniec miesiąca muszę wybierać między zrobieniem zakupów żywnościowych a opłacaniem zaległej faktury za internet.

Pracuje dużo. W systemie trzyzmianowym. Twierdzi, że przez ciągłe zmiany i przez nieustający stres podupadła na zdrowiu. - Praktycznie nie mam życia poza call center, bo kiedy już mam wolne popołudnie, to wiem, że następnego dnia wstaję wcześnie rano. Odechciało mi się wychodzić z domu - opowiada. Wolne chwile poświęca na szukanie ofert pracy. Od znajomych usłyszała, że łatwo znaleźć zajęcie w pubach i restauracjach, ale to praca na czarno. Legalne oferty - w urzędach - oznaczają pensje jeszcze niższą niż w call center, a w pracy biurowej, do której Monika myślała, że ma kwalifikacje, potrzebują kogoś młodszego i z lepszym wykształceniem.

Jest klasycznym przykładem biedapracownicy. Pracę ma, ale na tym koniec. Poziom jej dochodów co prawda sytuuje ją powyżej granicy sfery niedostatku (wydatki miesięczne na poziomie 1062 zł w 2014 r.) i ubóstwa (dochód 544 zł w gospodarstwie jednoosobowym w 2014 r.). Ale dalej jest niewystarczający, by naprawdę żyć - korzystać z oferty kulturalnej dostępnej w mieście, kupić książkę, regularnie odświeżać garderobę, wyjechać na wczasy. O własnym mieszkaniu, czy samochodzie już nie wspominając.

Akord w szwalni

Dylematy i położenie Moniki doskonale rozumie Beata. Jest przed czterdziestką i już zdążyła się nabawić ciągłych bólów kręgosłupa. Pracuje na akord w szwalni pod Łodzią. Czasem to kilkanaście (ale zdarzało się i kilkadziesiąt) godzin ciągłego siedzenia przy maszynie. Bo trzeba wyrobić normę, a co najważniejsze - wypracować tyle, by załapać się na większe wynagrodzenie. - Na tym ta praca polega - mówi Beata. Również wynajmuje mieszkanie, tyle że z mężem, pomocnikiem na budowach. Żyją niezwykle skromnie, robią zakupy w najtańszych sklepach. Mąż Beaty pracuje na czarno. Tylko dzięki temu rodzina może korzystać z pomocy społecznej. - Bez tego wsparcia - twierdzi Beata - nie stać by nas było na wychowanie dzieci - dwojga gimnazjalistów.

Dzięki pomocy teściów Beaty mogli ostatnio kupić używany telewizor. - Nie wiem, co jest gorsze - mówi Beata. - Poczucie, że się haruje za grosze, czy wstyd przed innymi, którym to wszystko tak łatwo przychodzi. Do pracy wychodzę o zmroku, wracam - też jest ciemno. A nic z tej harówki nie ma, nic.

Małe miasto, duże ryzyko

Definicja grupy, do której należą Monika i Beata, nie jest jednolita. - Do grona ubogich pracujących zaliczają się osoby, które zarabiają za mało lub zbyt nieregularnie, by zaspokoić swoje podstawowe potrzeby jak i te, których pensja nie jest głodowa, ale jest jedyna w całym gospodarstwie domowym i wyklucza zaspokojenie potrzeb wszystkich jego członków - tłumaczy prof. Ryszard Szarfenberg z Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego.

Takich osób jest w Polsce przynajmniej 1,6 mln, czyli co dziesiąty zatrudniony. To dane zebrane przez Eurostat za 2013 r. Wynika z nich, że w ubóstwie lądują przede wszystkim osoby na kontraktach czasowych - co czwarty ubogi pracujący miał taką umowę (chodzi zarówno o umowy cywilnoprawne, jak i o etat na czas określony), najniżej wykształcone (gimnazjalne lub niższe wykształcenie miała co czwarta osoba z grupy), pracujące nieregularnie, w niepełnym wymiarze czasu i te mające dzieci na utrzymaniu.

Niedawno dane dotyczące ubóstwa ("Ubóstwo w Polsce 2013 i 2014 r.") opublikował GUS. Choć nie pokazują one jednoznacznie, ilu jest ubogich pracowników nad Wisłą, to mówią wiele o skali tego zjawiska. W 2014 r. w skrajnym ubóstwie (wydatki niższe niż 544 zł "na głowę") żyło 2,8 mln Polaków. W takiej rozpaczliwej sytuacji był co 15 pracownik oraz co ósmy rolnik i rencista.

Ale to nie jedyne kryterium pozwalające określić zasobność pracujących rodaków. Z tych samych danych wynika, że aż 16,5 mln Polaków (43 proc. ogółu) żyło poniżej granicy sfery niedostatku. Miesięcznie nie mogli sobie pozwolić na wydatki wyższe niż 1062 zł. W tym przypadku też nie wiadomo, jaką część tej grupy stanowią osoby pracujące. Jednak z danych można wyczytać, jakie grupy zawodowe utknęły w niedostatku. Dotyczyło to co czwartego pracownika na stanowisku nierobotniczym i więcej niż co drugiego robotnika. Grubo ponad połowy rolników i rencistów. I - mniej więcej - jednej trzeciej emerytów i osób pracujących na własny rachunek.

Z kolei dane CBOS (2008 r.) pokazują, jak dokładnie ubóstwo pracujących rozkłada się na mapie kraju. Najwięcej takich osób mieszka na wsi oraz w miejscowościach do 20 tys. mieszkańców (70,2 proc.). Odsetek pracujących biednych w całej populacji największy jest w województwach lubelskim (11,4 proc.) i podkarpackim (10,2 proc.). W najmniejszym stopniu zjawisko to występuje w województwach zachodniopomorskim (3,9 proc.), śląskim (4,5 proc.). Jeśli idzie o rozkład geograficzny ubóstwa w ujęciu ogólnym, to najgorzej wypadają województwa warmińsko-mazurskie (14,8 proc.), świętokrzyskie (12,2 proc.).

Wszystkie omawiane badania pokazują też silny związek między liczebnością gospodarstw domowych a ryzykiem osunięcia się do grupy biedapracowników. Gospodarstwa domowe takich osób liczą średnio 4,2 członków, o jednego więcej niż u sytuujących się powyżej granicy ubóstwa.

Awansować do normalności

Hanna Listek, dyrektor zarządzająca z firmy Polski HR, zwraca uwagę, że ograniczenie zjawiska ubogich pracujących utrudnia rosnąca popularność umów "śmieciowych". - Ostatnia dekada na polskim rynku pracy upłynęła pod znakiem postępującego uelastyczniania form zatrudniania. W efekcie powiększyło się grono osób, które pomimo swojej aktywności zawodowej pozostają ubogie. Od 25 lat są traktowani jako zjawisko "przejściowe", nieuniknione w kraju rozwijającym się. Ale nic nie wskazuje no to, by w Polsce miało ono szybko przeminąć - mówi.

Ale jak awansować z ubóstwa do normalności, wie prof. Szarfenberg, choć podkreśla, że "prostej recepty nie ma". - Ograniczenie tego rodzaju ubóstwa wymaga szeroko zakrojonych działań na poziomie państwowym i indywidualnym. Sporo do zrobienia mają też pracodawcy - mówi. I podaje konkrety: państwo powinno wspierać osoby, które straciły pracę, ułatwić im jak najszybszy powrót do niej. Szczególnie ważne jest to w odniesieniu do kobiet, które po założeniu rodziny na lata wypadły z rynku pracy. - Tam, gdzie pracują dwie osoby, zagrożenie biedą jest wyraźnie mniejsze niż w domach, które utrzymuje tylko jedna osoba - mówi.

Podkreśla też, że błędem jest uzależnienie przyznania świadczeń na dzieci od poziomu dochodów całego gospodarstwa. - To może zniechęcać kobiety do podejmowania pracy czy zwiększania zarobków, bo stracą prawo do tych zasiłków - wyjaśnia.

A co powinni zrobić pracodawcy? - Ułatwić kobietom powrót do pracy po urlopach macierzyńskich i chętniej dzielić się zyskiem - mówi.

Listek natomiast dodaje: - Pracujący biedni są mniej wydajni i mniej lojalni wobec swojego pracodawcy, co niewątpliwie ma ogromny wpływ na konkurencyjność przedsiębiorstwa i jego zdolność do przetrwania np. w okresie kryzysu. Przeciwdziałanie biedzie to przede wszystkim przekonywanie i motywowanie sektora prywatnego, że wyższe płace pracowników wiążą się nie tylko z kosztami, ale także korzyściami dla firmy.

Ekspertka zaznacza jednak, że "musimy produkować dobra i usługi o wyższej wartości". - Ale tego nie da się osiągnąć bez zaawansowanych reform strukturalnych, państwo powinno przestać dotować nierentowne sektory gospodarki, wprowadzić większe ulgi dla osób o niskich dochodach - np. zwiększyć kwotę wolną od podatku, wprowadzić ulgę mieszkaniową lub ulgę dla osób wynajmujących mieszkania.

Nie bez znaczenia jest też podniesienie jakości kształcenia. Tym bardziej, że wśród polskich biedapracowników zaskakująco wysoki jest odsetek osób z tytułem licencjata lub dyplomem magistra - w sumie to aż 8,7 proc. całej grupy (CBOS). - Zdobycie wyższego wykształcenia w Polsce nie gwarantuje wysokiego wynagrodzenia. Wśród najniżej opłacanych zawodów są choćby pielęgniarki. A tysiące absolwentów ciągle szkół wyższych ma problem ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy, nie mówiąc o dobrze płatnej - komentuje Joanna Kuzioła z firmy Antal.



Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX