Listonosz ma dość, więc strajkuje

Michał Sielski
24.05.2008 , aktualizacja: 04.06.2008 10:35
A A A
Listonosz

Listonosz (Fot.Agnieszka Sadowska / AG)

- Codziennie przenoszę 60-70 kilogramów przesyłek. Do tego pieniądze na renty i emerytury. I nie mam prawa iść na urlop lub zwolnienie. Bo jak chorowałem ostatnio przez tydzień, to teraz muszę pracować po 12 godzin dziennie. Wszystko dlatego, że nie miał kto roznosić listów w moim rejonie - mówi gdański listonosz Bartosz Kantorczyk
Zanim zaczniesz czytać, odstresuj się

Pocztowcy strajkują. Związki zawodowe domagają się podwyżek o 700 zł, dyrekcja Poczty nie chce się na to zgodzić, tłumacząc, że wpędzi to firmę w długi. Negocjacje trwają od kilku miesięcy. Ostatnia tura rozmów przedstawicieli związków zawodowych z dyrekcją Poczty miała miejsce w sobotę, jednak nie doszło wówczas do porozumienia. Tym razem strajkować będą nie tylko listonosze, ale zamknięte są również placówki pocztowe.

1,5 tony listów miesięcznie

Doręczyciele bronią się, mówiąc o nawale pracy i rosnącej odpowiedzialności. Liczba przesyłek lawinowo rośnie. Kilka lat temu było o wiele mniej rachunków za telewizję kablową, telefony komórkowe, zdecydowanie mniej reklam. Nie było też tak rozbudowanego handlu w internecie i znienawidzonego przez wielu listonoszy portalu Allegro. Pocztowcy przyznają, że sporą część większych przesyłek po prostu nie zabierają ze sobą, od razu wypisując awizo. Wiedzą, że to niezgodne z regulaminem, ale wszystkie listy po prostu nie mieszczą się do torby. Zwłaszcza płyty i gadżety wysyłane listami poleconymi przez sklepy internetowe. Po pierwsze zajmują dużo miejsca, a po drugie odbiorcy, którzy kupują przez internet, najczęściej w ciągu dnia są w pracy. - I bez tego moja torba codziennie waży około 15 kilogramów. A wracam na pocztę po kolejną porcję średnio po 4-5 razy - mówi Bartosz Kantorczyk, który dostarcza przesyłki mieszkańcom ul. Kartuskiej w Gdańsku. Miesięcznie przenosi około 1500 kilogramów przesyłek.

Według zaleceń Państwowej Inspekcji Pracy listonosze powinni mieć skrzynki kontaktowe, czyli miejsca w swoim rejonie, gdzie przychodziliby uzupełniać torbę listami do rozniesienia. Ale w większości miast takich skrzynek wciąż nie ma. Muszą więc wracać na pocztę, która często jest na drugim końcu dzielnicy. Niektórzy sami sobie organizują sobie takie "skrzynki". Zostawiają część przesyłek w sklepie, w którym pracuje żona, czy u zaprzyjaźnionej pani w kiosku. Na własne ryzyko, bo jeśli te przesyłki zginą, będą mieli kłopoty w sądzie.

Końcówki rent i emerytur? Piękna przeszłość

W lutym Kantorczyk, należący do związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza, zrzeszającego pracowników Poczty Polskiej, prowadził strajk głodowy pod hasłem "Głoduję, bo nie dojadam". Walczył o wyższe pensje, zapowiadał, że to przygotowanie do większego strajku, który właśnie nas czeka. Listonosze zarabiają bowiem słabo. W dużych miastach dostają na początek ok. 1,1 tys. zł na rękę razem z premią. Po 20 latach można zarobić ok. 2 tys. zł na rękę. To pensja plus premia i dodatek stażowy. Do tego dochodzą jednak jeszcze pieniądze dodatkowe. Tajemnicą poliszynela jest przecież zwyczajowy fakt zostawiania przez ludzi końcówek z emerytur i rent listonoszowi. O wysokości dodatkowych zarobków krążą niemal legendy.

- 20 lat temu to było fajnie. Starsi stażem listonosze opowiadają, że z końcówek na dobrych rejonach miało się czasami nawet cztery dodatkowe pensje. Ale wtedy każdemu listonosz przynosił emeryturę i rentę. Niewielu starszych ludzi miało konta w banku. Dziś na dobrym rejonie można dorobić z 500 zł miesięcznie, a często jest tak, że listonosz dorobi 100 zł i jest zadowolony - podkreśla Kantorczyk.

"Dobry rejon" to po prostu stara dzielnica, w której mieszkają starsi ludzie. Oni nie zamawiają zbyt wielu rzeczy w internecie, nie mają komórek, nie prowadzą firm, które dostają setki faktur i folderów reklamowych. I często wciąż nie mają konta w banku. Dużo gorzej jest na nowych osiedlach. Tam nie ma co liczyć na dodatkowe pieniądze, a poza tym rzadko można kogoś zastać w domu. Dlatego listonosze zostawiają awizo, nawet nie dzwoniąc domofonem na trzecie piętro.

- Często po prostu nie ma na to czasu, bo każdy chce kiedyś wrócić do domu. Wszystko przez to, że listonosze nie mają prawa iść na urlop czy zachorować. Oficjalnie oczywiście mają, bo sam ostatnio chorowałem przez tydzień. Tylko, że teraz pracuję po 12 godzin dziennie, bo pod moją nieobecność nie miał kto obsługiwać mojego rejonu. Więc teraz roznoszę zaległe i bieżące przesyłki - rozkłada ręce Kantorczyk.

Długopis i rower tylko prywatne

Dużo gorzej mają jednak listonosze na wsiach i w mniejszych miastach. Tam wciąż muszą dostarczać druki bezadresowe, czyli reklamy kierowane do wszystkich, dojeżdżać do odbiorców samochodami czy rowerami. I nie narzekają, bo w okolicy pracy nie ma. Godzą się jedynie na rozmowę anonimową.

- Rower trzeba mieć swój. I to jakiś stary i tani, najlepiej zwykłą "damkę" - mówi jeden z listonoszy z dziesięcioletnim stażem na Kaszubach. Gdy zaczynał z popularnym "góralem", ukradli mu go od razu. Po tygodniu następnego. Teraz jeździ zdezelowaną, czarną damką, której nawet nie musi zabezpieczać.

- Jak przychodziłem do pracy, to myślałem, że Pana Boga za nogi złapałem. Najpierw załatwianie roboty przez znajomych, potem zaświadczenie o niekaralności, rozmowa kwalifikacyjna i dopiero praca. Pensja była przyzwoita, do tego boki z końcówek i poważanie wśród ludzi. Tylko, że pensja od tamtego czasu wzrosła dużo mniej niż inflacja, a muszę pracować więcej. Nie mówię już o tym, że nie mam służbowego roweru, bo nie dostajemy nawet długopisów. Poza tym czas pracy nie jest absolutnie dopasowany do wielkości rejonu - kręci głową.

Listonosze powinni pracować 8 godzin dziennie, ale to teoria. Najczęściej muszą jeszcze wykonywać bowiem pracę za innych, tzw. "rozbiórki", czyli roznoszenie poczty w rejonach, w których nie ma listonoszy. W skali kraju brakuje około 20-30 proc. doręczycieli, głównie na tych "gorszych" rejonach - z wieloma listami i niewielką ilością rent i emerytur. Za dodatkową pracę można dorobić, ale nie zawsze i niewiele. Dlatego część listonoszy się na to nie zgadza i przesyłki czekają.

Poczcie niewiele można jednak z tego tytułu zrobić. Prawo w Polsce nie przewiduje rekompensaty za dostarczenie przesyłek po terminie. W wypadku takiej reklamacji pocztowcy zazwyczaj wysyłają jedynie pismo z przeprosinami. Gwarancję dostarczenia przesyłki w określonym czasie daje jedynie skorzystanie z usługi Poczteksu, ale jest ona kilkakrotnie droższa od zwykłej paczki czy listu poleconego. Jeśli wyśle się inną przesyłkę rejestrowaną (np. paczkę lub list polecony) można domagać się odszkodowania w wyniku jej zaginięcia czy zniszczenia. Jeśli reklamacja nie zostanie rozpatrzona pozytywnie, pozostaje sąd powszechny, lub sąd polubowny przy Urzędzie Komunikacji Elektronicznej.

Ciągła rotacja

Pocztowcy skłaniają się do rozładowania nawału swojej pracy, poprzez zaproponowanie im dodatkowej pracy w soboty. Mogliby wtedy na umowę-zlecenie obsługiwać rejony, w których brakuje doręczycieli. Planuje się także postawienie większej ilości skrzynek kontaktowych w miejscach, gdzie już są oraz nowych tam, gdzie dotąd się nie pojawiły.

- Takich tematów, powiedzmy pobocznych, jest w rozmowach dyrekcji z pracownikami sporo. Staramy się rozwiązywać je na bieżąco - mówi Jacek Przyborski, rzecznik Poczty Polskiej na Pomorzu. - Dla pracowników najważniejszy jest jednak wzrost wynagrodzeń i na tym na razie skupiają się rozmowy. Poza tym mamy tyle prężnych związków w firmie [niemal 40 - red.], że stosujemy się do wszystkich przepisów BHP - zaznacza Przyborski.

Nie do końca zgadzają się z tym niektórzy listonosze. Podkreślają, że codziennie ryzykują zdrowie i życie, bo w torbie mają często ponad 30 tys. zł przeznaczone na renty i emerytury. A tylko 10 proc. listonoszy w Polsce ma paralizatory. Niektórzy chodzą razem z policjantami, inni mają specjalne torby, które barwią banknoty lub jeszcze inne zabezpieczenia. Ale sporo osób nie ma praktycznie żadnego narzędzia, które pomagałoby się obronić.

- Mam w torbie jedynie służbowy gaz pieprzowy, na którym jest napisane, że służy do odstraszania psów - mówi listonosz spod Bydgoszczy.

A tajemnice pocztowe są dziś jedynie na papierze. Z powodu braku pracowników, już niemal nigdzie nie pytają o zaświadczenie o niekaralności. Zatrudniający się nowi listonosze często rezygnują po kilku tygodniach, ale wiedzą już kto, kiedy i którędy przenosi konkretną ilość pieniędzy. - Poza tym ludzie wpuszczając ich do domów, nie mając pojęcia, że może to być ktoś po wyroku! Ale nie ma się co dziwić, bo każdy normalny człowiek z tej pracy ucieka. Nikt za takie pieniądze nie doczekuje w tej firmie do emerytury. Jak tylko trafi mu się cokolwiek innego, to odchodzi. A wszystko przez dramatycznie niskie pensje, które tak naprawdę nie uderzają w pracowników, którzy przyzwyczaili się już do wegetacji, ale w klientów, którym świadczymy usługi o coraz niższej jakości - kończy.

Szukasz nowej pracy? Zobacz na jaką pracę możesz liczyć

PYTANIE Popierasz protesty listonoszy?

 Tak
 Nie
 Nie mam zdania
Zobacz także
Komentarze (1)
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Gość: BEA

    0

    JAKBY NORMALKA ALE NIKT POZA PRACOWNIKIEM TEGO NIE WIDZI .... SZKODA ŻE POCZTA SRA WE WŁASNE GNIAZDO, MŁODY PRACOWNIK JEST ROSZCZENIOWY I NA WEJŚCIU POWIE NIE ...A WSZYSTKO ODBIJE SIĘ NA STARYCH KTÓRZY JESZCZE COKOLWIEK UMIEJĄ.... ALE NIKT ANI PRACODAWCA ANI KLIENT ICH NIE SZANUJE... SMUTNE

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX