Chcesz się zwolnić z pracy? To czytaj dalej

Michał Sielski
21.05.2008 , aktualizacja: 21.05.2008 13:27
A A A
Praca

Praca (Fot. Mateusz Skwarczek / AG)

Kto nie miał choć raz ochoty rzucić wszystko i powiedzieć szefowi: Odchodzę, bo mi to lotto! Chyba jednak lepiej nie zwalniać się w ten sposób, nawet jeśli jesteśmy całkowicie pewni, że nigdy nie będziemy już pracować w tej firmie - przekonują specjaliści
Zanim zaczniesz czytać, odstresuj się

Polski rynek pracy w ostatnich latach mocno się zdynamizował. Ofert zatrudnienia nie brakuje. Otwarcie granic i wyraźny wzrost gospodarczy sprawiły, że już nie zawsze cieszymy się w pracy z tego co mamy, chcemy dostawać więcej. Nie tylko pieniędzy, ale też dodatków: służbowy telefon, samochód, laptop - w wielu firmach to dziś standardy. Ale wciąż nie wszędzie jest świetnie, dlatego wiele osób myśli o zmianie pracy. Sa też i tacy, którzy mają dobrze, ale chcieli by mieć lepiej. Wszyscy wtedy czasem myślą o zmianie pracy, ale część z nich wciąż tego nie robi, bo nie wie jak się do tego zabrać. Są też tacy, którzy długo się nie zastanawiają, pozwalają "ponieść się emocjom" i odchodzą z dnia na dzień.

- W zeszłym miesiącu zadzwonił do mnie człowiek, dla którego moja firma buduje dom - opowiada Andrzej Paczoska, który prowadzi firmę budowlaną na Pomorzu. - Był wściekły, że jest godz. 10, a na budowie nie pojawiła się jeszcze połowa pracowników. U mnie połowa to trzech, więc też się trochę zaniepokoiłem. Nigdy wcześniej się to nie zdarzało. Pojechałem na miejsce i od pozostałych dowiedziałem się, że tamci wczoraj wyjechali do pracy w Wielkiej Brytanii. Mieli jechać po zakończeniu tego zlecenia, ale akurat trafiła się jakaś promocja u przewoźnika i postanowili nie czekać. Po prostu nie przyszli do pracy i już - rozkłada ręce Paczoska. Zaklina się, że choćby byli ostatnimi pracownikami na świecie, to wolałby zamknąć firmę niż zatrudnić ich ponownie po ewentualnym powrocie. - Płaciłem nieźle, nadgodziny też, więc myślałem, że będą w porządku. Wystarczyło powiedzieć "szefie, wyjeżdżamy, tam zarobimy więcej". Zrozumiałbym i miał czas na poszukiwania zastępców - kończy Paczoska.

Wilczy bilet nie każdemu straszny

Takie zachowania nie należą do rzadkości, zwłaszcza wśród mniej wykwalifikowanych robotników. Niemal nie zdarzają się za to w hermetycznych branżach. Tam nieoficjalny "wilczy bilet", czyli wiedza środowiska o sposobie odejścia, praktycznie zamyka drogę do dalszej kariery w zawodzie.

- Jestem zdecydowanym zwolennikiem szczerości i dobrych obyczajów. Jeśli ktoś, pracujący na ważnym stanowisku, np. dyrektora wykonawczego, odejdzie z firmy z dnia na dzień, to później ciężko będzie znaleźć mu pracę w tej branży. A musi też pamiętać, że nawet jeśli do firmy nigdy już nie wróci, to w przyszłości w innej firmie może trafić na tego samego menadżera, któremu de facto wyrządził krzywdę, bo naraził firmę na straty - mówi Jacek Męcina z Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan.

Zmykam z dnia na dzień

Mimo wszystko, sytuacje porzucania pracy z dnia na dzień się zdarzają. Co z punktu widzenia prawa grozi wtedy pracownikowi? Niewiele. Pracodawca może zażądać odszkodowania lub dodatkowo wystąpić na drogę cywilno-prawną. Ma to sens, jeśli uda się mu udowodnić, że postępowanie pracownika było bezpośrednią przyczyną strat firmy. Wtedy pracownik musi je pokryć. Jednak najczęściej w takich przypadkach pracodawcy po prostu machają ręką.

- To wynik zdecydowanej nierównowagi w przepisach dotyczących prawa pracy. Pracownik może mieć roszczenia jeśli jego przełożony złamie któryś z przepisów, np. musi przywrócić do pracy człowieka, którego niesłusznie zwolnił, ale ciężko mu się bronić jeśli to pracownik postępuje nie fair. Z drugiej strony jeśli pracodawca nie jest całkowicie uczciwy, to trudno oczekiwać bezwzględnej lojalności od ludzi, których zatrudnia - komentuje Jacek Męcina.

Kodeks pracy nie sankcjonuje takich zachowań. Kiedyś porzucenie pracy było jednoznaczne z wygaśnięciem umowy, teraz można je ewentualnie traktować jako "ciężkie naruszenie obowiązków pracowniczych z winy umyślnej", dzięki czemu można rozwiązać umowę o pracę z winy pracownika (mówi o tym art. 52).

Kierownik nie wie ile zarabia pracownik

Z pracy najczęściej odchodzimy z powodu za małych pieniędzy i niezadowolenia wynikającego z niezbyt ambitnego zajęcia lub - rzadziej - mówiąc oględnie: opryskliwości przełożonych. W pierwszym przypadku najlepiej postawić sprawę jasno. Powiedzieć szefowi, że u konkurencji zarabia się znacznie lepiej i dlatego chce się odejść. Jeśli zrobimy to w odpowiedni sposób, taki by nie zostało odebrane jako szantaż, jest duża szansa, że szef będzie chciał zatrzymać wartościowego pracownika i zrobi wszystko, by w rzekomo już lichym budżecie firmy, pieniądze się jednak znalazły.

- Byłem już zdecydowany żeby odejść. W mojej branży dobrych ofert nie brakuje, a że jestem specjalistą w dość wąskiej dziedzinie, nie obawiałem się o swoją przyszłość - mówi Przemek, programista z Gdyni. - Powiedziałem o tym kierownikowi, chciałem żeby się przygotował, zdążył kogoś innego znaleźć lub zrobić roszady w firmie. A on na to, że to niemożliwe, żebym zarabiał tak mało! Mamy w firmie starą, skostniałą strukturę, w której o pensji nie decydują kierownicy działów, a główny dyrektor i mój kierownik po prostu nie znał wysokości moich zarobków! Nie wiem czy dyrektor nie wiedział co robię, czy myślał, że będę szczęśliwy, ale przez pierwsze pół roku zarabiałem dużo mniej niż moi koledzy. Gdy sprawa "wyszła", podwyżkę dostałem w ciągu tygodnia. I już nie chcę odejść, bo teraz zarabiam całkiem nieźle, pracując w dobrym zespole. Być może gdybym nie powiedział wcześniej, że chcę odejść, wszystko potoczyłoby się inaczej. Dopóki się nie poskarżyłem, problemu nie było - uśmiecha się Przemek.

Szanuj szefa swego...

W tym przypadku zwyciężyła uczciwość i elastyczne podejście, ale nie jest tak różowo. Czasem jesteśmy absolutnie zdecydowani, aby odejść. Wtedy najlepiej porozumieć się z pracodawcą i ustalić wszystkie szczegóły. Przy umowie o dzieło lub umowie-zlecenia można odejść praktycznie z dnia na dzień. Jeśli obie strony uznają, że została ona wykonana lub nie roszczą pretensji do jej zakończenia, sprawy nie ma. Takie umowy są bowiem regulowane przez kodeks cywilny, który pozwala na rozwiązanie umowy w dowolnym terminie, pod warunkiem dokonania wszystkich rozliczeń, głównie finansowych.

Jeśli jednak pracodawca ma zastrzeżenia do terminu rozwiązania umowy, często trzeba znaleźć haczyk. Umowy czasowe nie są jednak z reguły zbyt szczegółowe i można znaleźć wiele przyczyn odstąpienia od ich wykonania - np. nie dostarczenie niezbędnych do wykonania pracy narzędzi, problemy z udostępnieniem pomieszczeń, zmiany zakresu pracy itd.

Trudniej jest w wypadku klasycznej umowy o pracę. Jeśli jest ona zawarta na czas określony, można odejść od razu po jego zakończeniu. Ale w przypadku umowy na stałe, czyli na czas nieokreślony, jej rozwiązanie szczegółowo reguluje prawo pracy. Jeśli pracownik był zatrudniony krócej niż sześć miesięcy, okres wypowiedzenia wynosi dwa tygodnie, jeśli pracował dłużej niż pół roku, ale krócej niż trzy lata - miesiąc, a jeśli był zatrudniony powyżej trzech lat - trzy miesiące. Dlatego tak ważne jest utrzymywanie dobrych stosunków z pracodawcą, choćby po to, by np. w obliczu dobrego kontraktu, który nie może czekać dłużej niż dwa tygodnie, mieć możliwość uzgodnienia krótszego okresu wypowiedzenia lub nawet rozstania się za porozumieniem stron w ciągu kilku dni. A więc "szanuj szefa swego...".

Szukasz nowej pracy? Zobacz na jaką pracę możesz liczyć?

Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX