Wracam, bo... praca czeka

Sławomir Skomra, Lublin
2008-12-08, ostatnia aktualizacja 2008-12-08 10:25

Jeszcze kilka miesięcy temu PZL Świdnik miały problem ze znalezieniu pracowników. Przyjmowały nawet tych po zawodówkach, którzy tylko umieli odczytać rysunek techniczny. Teraz zakład wstrzymał przyjęcia nowych osób, bo musi przyjąć fachowców wracających z zagranicy.


Od pół roku świdnicka firma nie przyjmuje nowych osób do pracy. Ale wcale nie z powodu kryzysu. - Już teraz mamy przyrost zatrudnienia o blisko 200 osób - mówi Jan Mazur, rzecznik prasowy firmy. - To nie oznacza, że ci ludzie nic nie robią. Cały czas pracują, bo realizujemy kolejne zamówienia.

W lipcu z zagranicy zaczęli wracać ci, którzy pracowali w zagranicznych fabrykach. W zakładach w Świdniku wzięli na ten czas bezpłatne urlopy. Pracownicy wyjeżdżali na Zachód, aby dorobić. Kiedy przestało się opłacać, wracają. - Musimy ich teraz przyjąć - dodaje Mazur. Ale jeszcze przed wakacjami miejsca, które zwolnili urlopowani pracownicy, trzeba było zapełnić. Kilka miesięcy temu nie można było znaleźć wykwalifikowanych pracowników, przede wszystkim wyspecjalizowanych techników. W końcu dyrekcja doszła do wniosku, że musi zmniejszyć wymagania. Przyjmowano ludzi z wykształceniem zawodowym, byle tylko umieli odczytać rysunek techniczny. - Braliśmy też stażystów, żeby tylko utrzymać tempo produkcji. Ale te problemy już minęły - wspomina Mazur. Sprawa dotyczy powracających kilkudziesięciu osób spośród czterotysięcznej załogi. Oficjalnie żaden emigrantów zarobkowych nie informował firmy, że jedzie do pracy za granicą. Nie jechali na długo - od trzech miesięcy do pół roku. - Prawda jest taka, że praca na Zachodzie się skończyła i warto wrócić do Polski - zapewnia Mazur.

Cztery razy więcej

Piotr wrócił z końcem sierpnia. - Nadarzyła się okazja zarobić przez wakacje, to wyjechałem do Anglii - opowiada. Tam miał dalszą rodzinę. Prawie wszyscy pracowali w Oxfordzie, w fabryce składającej mini morrisy. Zatrudnia setki Polaków. - Z przyjęciem do pracy nie było problemu. Montowałem elektrykę i dobrze płacili - mówi. W Świdniku zarabiał ok. 2,5 tys. zł. W Anglii to była tygodniówka. - Starczyło nawet na zaproszenie żony i dzieci - żartuje. Piotr przepracował tam dwa miesiące. Sam zastępował człowieka, który był wtedy na wakacjach. Kiedy tamten wrócił, Piotr usłyszał "good bye". Teraz Piotr upomniał się o swoje miejsce pracy w PZL. - Montuję kable w śmigłowcach, ale nie chwalę się, że wyjechałem, różne są przypadki - mówi. Zakład mógł przecież odmówić urlopu, gdyby wiedział, że pracownik chce jechać na saksy. W skrajnych przypadkach dyrekcja mogła się pozbyć pracownika, który okazał się nielojalny. Ale postanowiła przywiązać go do siebie. - Jeśli człowiek dostaje urlop, nawet kilkumiesięczny, to mamy pewność, że w końcu wróci do pracy. Jeśli byśmy go zwolnili, to pewnie by nie wrócił - tłumaczy rzecznik. A dla zakładu byli cenni. - Byli zatrudnieni w podobnych fabrykach jak nasza. Pracowali w przemyśle lotniczym na Zachodzie - przypomina Mazur, choć zastrzega, że oficjalnie o żadnym przypadku nie słyszał.

Kto kupi Świdnik

Polskie Zakłady Lotnicze to jedne z ostatnich państwowych zakładów przemysłu obronnego. W 1999 r. chciał je kupić Bell, ale przejęcie firmy uzależniał od podpisania kontraktu na sprzedaż polskiej armii bojowych śmigłowców Cobra. Transakcja nie doszła do skutku. Świdnickie zakłady zatrudniają 3,9 tys. inżynierów i techników. Mają własne lotnisko i ośrodek rozwojowy. Ubiegłoroczny zysk ze sprzedaży wyniósł 330 mln zł. W tym roku ma się zwiększyć do 400 mln zł, ale firma zakłada, że przekroczy tę sumę. Świdnik do końca roku ma zostać sprywatyzowany. O przejęcie firmy walczą włosko-brytyjski koncern Agusta Westland i czeskie Aero Vodochody. Obie firmy deklarują, że nie będzie zwolnień.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 37 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów