Nadchodzi era pracowników za tysiąc złotych

Rafał Skórski
2009-11-05, ostatnia aktualizacja 2009-11-05 17:37
Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta

W przyszłym roku prawie co piąty z nas będzie pracował za minimalną pensję. Kryzys gospodarczy sprawił, że najniżej opłacane etaty stały się dobrem powszechnie poszukiwanym.

ZOBACZ TAKŻE
Pracę zaczyna o siódmej rano. O tej godzinie przyjeżdża samochód z piekarni ze świeżą dostawą chleba i bułek. Gdy pieczywo znajdzie się już na półkach, wykłada na ladach towar, który tego dnia będzie można kupić po cenach promocyjnych. Najczęściej jest to kawa, jogurty i słodycze. Ceny niższe nawet o połowę niż normalnie. Powód? Oczywiście kończąca się data przydatności do spożycia. Chętnych jednak nie brakuje. O wpół do ósmej otwiera sklep i zaczyna obsługiwać klientów. Anna Uchman pracuje w Rzeszowie jako ekspedientka w sklepie spożywczym już dwa lata. Zarabia 900 złotych na rękę. Na Boże Narodzenie i Wielkanoc dostaje dodatkowo bony handlowe na kwotę 50 albo 100 złotych. O innych bonusach może tylko pomarzyć. - Ta pensja ledwie mi starcza na życie. Gdy mieszkałam ze swoim chłopakiem byliśmy w stanie nawet co nieco odłożyć. Rozstaliśmy się przed wakacjami - mówi ze smutkiem Ania. Teraz stara się na nowo ułożyć sobie życie. Na początek chciałaby znaleźć lepszą pracę. - Nie jest mi jakoś strasznie źle, ale w ogóle się nie rozwijam i nie mam szans na podwyżkę. Klika razy próbowałam o tym rozmawiać z szefem, ale w odpowiedzi zawsze słyszałam, że jeśli mi nie pasuje, to on znajdzie kogoś innego na moje miejsce - wspomina.

Ogólnopolskie Badanie Wynagrodzeń 2009 - weź udział w badaniu i sprawdź, ile inni zarabiają na Twoim stanowisku



Takich osób jak Anna w całym województwie Podkarpackim jest mnóstwo. Średnia pensja według danych GUS wynosi tam 2830 złotych brutto. Najmniej w kraju. Jednak sporo mieszkańców Rzeszowa i okolic może pomarzyć tylko o takich dochodach. - Rzeczywiście najwięcej osób pracujących za minimalne wynagrodzenie jest właśnie na Podkarpaciu oraz na Warmii i Mazurach. Najczęściej są to jednak osoby o niskich kwalifikacjach bądź w ogóle niewykwalifikowane - wyjaśnia dr Jacek Męcina, ekspert rynku pracy Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych "Lewiatan". Różnice regionalne dotyczą jednak także kosztów utrzymania. Wynagrodzenie minimalne czyli najniższa kwota brutto, jaką pracodawca musi zapłacić pracownikowi zatrudnionemu na pełnym etacie wynosi obecnie 1 276 złotych, co oznacza, że do kieszeni pracownika trafia 956 złotych. Taka kwota na Podkarpaciu, Warmii i Mazurach pozwala wyżyć. Na Mazowszu byłoby to już trudne. - Tacy ludzie kupują mniej usług, a więcej rzeczy robią samemu. To, czy do domu zagląda bieda, zależy też jednak od struktury rodziny. W rodzinach wielodzietnych, gdzie oboje rodzice mają niskie płace na pewno pojawia się problem ubóstwa - przyznaje dr Jacek Męcina.

Tysiąc złotych zarabiają oficjalnie

Wysokość płacy minimalnej w ostatnich latach systematycznie rosła i obecnie stanowi ok. 38 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Miało to bezpośrednie przełożenie na wzrost liczby osób pracujących za niecały tysiąc na rękę. Wedle szacunków PKPP "Lewiatan" po kolejnej podwyżce płacy minimalnej planowanej na 2010 rok najniższe wynagrodzenie będzie pobierać nawet 20 proc. wszystkich zatrudnionych. - W tej kategorii są zarówno osoby, które mają tak ustawioną pensję zasadniczą, jak i te pracujące za płacę minimalną, a mające dodatkowe dochody z prowizji. Ci drudzy należą do grupy, która dobrze sobie radzi, gdy gospodarka się kręci. Kiedy jednak zaczyna zwalniać, nie mają dodatków prowizyjnych i wpadają w niskie wynagrodzenia - wyjaśnia dr Jacek Męcina.

Tak właśnie było w przypadku Michała Pulkowskiego, handlowca zatrudnionego w jednym z warszawskich salonów samochodowych. - Sprzedajemy auta luksusowe. Tutaj klienci nie zostawiają czterdzieści czy pięćdziesiąt tysięcy, ale dwieście a nawet czterysta. Gdy była dobra koniunktura, sprzedawałem po klika a nawet kilkanaście aut miesięcznie, gdy nastał kryzys, cały handel się załamał. Od stycznia sprzedałem dwa samochody, oba używane, a na dodatek musiałem dać spory rabat - przyznaje Michał. Brak klientów, to dla niego brak zarobku. Jego podstawowa pensja to niecałe 1,1 tys. złotych. Reszta to prowizje i premie za udane transakcje. - Kiedyś za prowizje z trzech miesięcy mogłem sobie kupić nową Pandę, dzisiaj co najwyżej breloczek do niej. Żyję z tego, co zaoszczędziłem, ale pieniądze topnieją w zastraszającym tempie. No i jeszcze mój szef. Ciągle przychodzi i drze się, żebym wziął się do roboty, bo firma nie zarabia. A co ja mam zrobić? Wyjść na ulicę i proponować przechodniom kupno jaguara za cenę ich mieszkania? - mówi rozgoryczony handlowiec. Brak klientów sprawia, że w biurze ciągle przegląda oferty pracy. Ale sektor motoryzacyjny należy do tych sektorów, które najbardziej ucierpiały na spowolnieniu gospodarczym. - Dopóki nie znajdę czegoś innego, to siedzę tutaj. Zawsze mam chociaż ten tysiąc złotych. Boję się jednak myśleć, co będzie, jak skończą mi się oszczędności - wyznaje Michał Pulkowski.

W przypadku wielu osób tysiąc złotych to często tylko część rzeczywistych dochodów. Wielu Polaków pobiera wynagrodzenie podstawowe w takiej właśnie wysokości, a resztę dorabia "na czarno". - Do chwili obecnej to, jak wysokość płacy minimalnej wpływa na wysokość szarej strefy, pozostaje problemem nierozwiązanym - przyznaje ekspert PKPP "Lewiatan" dr Jacek Męcina. Jedną z osób funkcjonujących w szarej strefie jest Marian. Nie chce zdradzić swojego nazwiska, bo jest byłym policjantem i uważa, że rozmawiając oficjalnie, mógłby sobie zaszkodzić. Obecnie pracuje jako kierowca busa w prywatnej firmie transportowej. - Mam na rękę tysiąc złotych. Oficjalnie, bo za każdy kurs dodatkowy dostaję od 100 do 200 złotych pod stołem. Szef nie musi płacić podatku, a i ja więcej zarobię - wyjaśnia Marian. W ten sposób "kasuje" nawet ponad dwa tysiące. Ale to nie są jego całe dochody. Marian ma bowiem także policyjną emeryturę. Jako funkcjonariusz wydziału prewencji przepracował 15 lat. Dzięki temu co miesiąc na jego konto ZUS przelewa kolejne dwa tysiące. - W pracy o tym, że byłem gliniarzem, wie tylko mój szef i kilku kolegów. Gdyby się to rozeszło, zaraz pojawiłyby się głosy, żeby nie dawać mi dodatkowych kursów, bo mam emeryturę, a ktoś inny żyje tylko z jazdy. Również to, że oficjalnie zarabiam "patyka" jest mi na rękę. Jako emeryt nie mogę dorobić więcej, bo wstrzymali by wypłatę świadczeń. A tak wszystko jest w porządku - mówi z uśmiechem.

Chcą pracować za minimalną stawkę

Wydawałoby się, że praca za tysiąc złotych na rękę interesuje niewiele osób. Do niedawna na takie wynagrodzenie godzili się wyłącznie przedstawiciele grup najsłabszych takich jak np. młodzież wkraczającą na rynek pracy, osoby niepełnosprawne czy w starszym wieku, szczególnie z niskimi kwalifikacjami, a także pracownicy niewykwalifikowani. Jednak kryzys sprawił, że praca za minimalną stawkę staje się dobrem powszechnie poszukiwanym. W sierpniu na ofertę pracy dla sekretarki, zamieszoną przez wojewódzki inspektorat ochrony środowiska w Krakowie, odpowiedziało niemal sześciuset chętnych. Choć proponowana pensja wynosiła niewiele ponad tysiąc złotych, zgłaszały się nawet osoby z dwoma fakultetami i certyfikatami językowymi. O tym, że nie jest to przypadek odosobniony, ale pogłębiający się trend, świadczą wyniki sondy przeprowadzonej przez portal rynekpracy.pl. Wynika z nich, iż na wynagrodzenie minimalne zgodziłoby się w sytuacji utraty pracy 50,1 proc. ankietowanych. Okazuje się, że wzrost bezrobocia rewiduje dotychczasowe postawy Polaków wobec zatrudnienia. Praca staje się towarem deficytowym i pożądanym. Widmo bezrobocia sprawia, że oczekiwania pracowników dotyczące warunków zatrudnienia maleją. Ponadto w czasie dekoniunktury rośnie skłonność zatrudnionych do uelastycznienia umowy o pracę, w tym obniżki płac. - Szef przyszedł na kolegium redakcyjne i powiedział, że albo zgodzimy się na obniżkę uposażeń o dziesięć procent, albo dwie osoby zostaną zwolnione. Wszyscy solidarnie przystali na zmniejszenie pensji, a po miesiącu łobuz i tak wywalił dwóch dziennikarzy - wspomina proszący o zachowanie anonimowości dziennikarz działu sportowego gazety "Polska The Times".

Pracę za tysiąc złotych przyjmują nawet osoby, które wcześniej sobie tego nie wyobrażały. - Zawsze zarabiałem co najmniej 3,5 tys. złotych. W połowie zeszłego roku zmieniłem pracę na gorzej płatną, ale bardziej perspektywiczną. Okazało się to wielkim błędem. Pracowałem jak niewolnik nawet po czternaście godzin dziennie, a mimo to i tak mnie zastąpili jakimś kuzynem kierownika - mówi specjalista ds. reklamy i PR Łukasz Nowak. Teraz bezskutecznie szuka pracy w swoim zawodzie. - Już straciłem nadzieję. Przez recesję gospodarczą firmy tną koszty na reklamę, więc tacy ludzie jak ja stają się niepotrzebni. Dostałem propozycję żeby za 900 złotych robić przegląd prasy dla prezesa dużej korporacji. Chyba się zgodzę, bo to tylko kilka godzin dziennie, a będę miał przynajmniej z czego rachunki zapłacić - mówi Łukasz. Dla osób takich jak on, które spadły na margines rynku pracy i nie mogą znaleźć zajęcia w swoim zawodzie, jednym rozwiązaniem pozostaje często podjęcie zajęcia na tzw. przeczekanie. Co może robić osoba czekająca na poprawę koniunktury? Obecnie najwięcej ogłoszeń dotyczy pracy w charakterze kasjera, sprzedawcy lub handlowca. To właśnie w branży handlowej potrzeba dzisiaj najwięcej rąk do pracy.



  • 34 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

  • mundurowi złodzieje 6x9 10.11.09, 10:47

    <<Marian ma bowiem także policyjną emeryturę. Jako funkcjonariusz wydziału prewencji przepracował 15 lat. Dzięki temu co miesiąc na jego konto ZUS przelewa kolejne dwa tysiące. »

  • Nadchodzi era pracowników za tysiąc złotych jksilver 10.11.09, 10:57

    zazdrościsz? - Idź na mundurowego, też będziesz miał taką pensję ;) »