Na zlecenie. Umowa stoi?

Małgorzata Kolińska-Dąbrowska, Wojciech Staszewski
15.03.2010 , aktualizacja: 16.12.2015 15:54
A A A

Fot. Grzegorz Dąbrowski / AG

Sądy uznają: jeśli ktoś chce pracować na zlecenie albo umowę o dzieło, a nie na etacie, to dlatego, że tak wybrał. Państwowa Inspekcja Pracy dodaje: - Nie uszczęśliwiajmy ludzi na siłę.

Czytaj też "Umowa na zlecenie czyli wyzysk jak w XIX"Szczury na kiju




- Skusili mnie większą kasą - przyznaje Tomek*, 30-letni mistrz Photoshopa. Pracował w dużym dzienniku we Wrocławiu, miał tam etat. Do pracy przychodził na popołudnie, siedział do nocy. - Mijasz się ze znajomymi, wieczorem oni idą na piwo, ty siedzisz w pracy, rano oni siedzą w pracy i możesz sobie nakarmić chomika albo posurfować w internecie - mówi.

Przeniósł się do małego wydawnictwa. Godziny pracy były lepsze - od 9 do 17. Pieniądze jeszcze lepsze - półtora tysiąca więcej. I co z tego, że umowa o dzieło?

W sumie Tomek jest zadowolony: - Pracuję pięć razy w tygodniu po osiem godzin. Zdarzają się nadgodziny, ale dostaję za to dodatkowe pieniądze. Zwolnienia mamy "pisane w powietrzu" - jeśli ktoś jest chory, po prostu nie przychodzi do pracy. Urlopy mamy normalnie, tak jak się należą na umowę o pracę. Nikt nigdy nie robił problemów. Nie zaplanujesz tego z wyprzedzeniem, bo to zależy, czy akurat są zlecenia od klientów. Ale po co są last minute? Mam własne biurko, komputer, stanowisko, z którego korzystam tylko ja. Ale prawdę powiedziawszy, nie czuję przynależności do firmy, tak jak wcześniej, gdy pracowałem na etacie.

Ale nie do końca: - Jak jest normalna umowa, to nie muszę się martwić socjalami, wiem, że mam długi okres wypowiedzenia i cokolwiek by się działo, nie zostanę nagle bez środków do życia. A tutaj jest niepewność. Może pracodawcy o to chodzi, żeby pracownicy bali się o swoje stołki i starali się bardziej i bardziej?

Na przejście z umowy o dzieło na etat nie ma w wydawnictwie szans. Szef zapowiedział to na rozmowie kwalifikacyjnej i jest konsekwentny.

Sąd wiąże ręce

Gołym okiem widać, że Tomek powinien mieć umowę etatową. Pracuje w siedzibie pracodawcy, pod jego nadzorem, na sprzęcie pracodawcy w ustalonych godzinach - to spełnia wymogi pracy etatowej. W podobnej sytuacji są dziesiątki, może setki tysięcy ludzi - nawet GUS nie prowadzi dokładnych statystyk.

Nic tylko zawiadomić Państwową Inspekcję Pracy. Ale inspektorzy mają związane ręce.

- Przy zawieraniu każdej umowy są dwie strony. Jeżeli obie zgodziły się na zawarcie umowy cywilnoprawnej, to nie możemy ingerować - wyjaśnia nadinspektor Marzena Królak-Makowska z Okręgowego Inspektoratu Pracy w Warszawie.

A co, jeśli widać, że wiele osób pracujących na umowę-zlecenie lub o dzieło, nie wybrało tej formy dobrowolnie, że zostały do tego zmuszone przez pracodawcę?

- To prawda, że można się zastanawiać, czy umowy cywilnoprawne nie są zawierane pod przymusem. Dlatego każda sytuacja powinna być zbadana przez sąd pracy - mówi starszy inspektor Agnieszka Dercz.

Ale kluczowy jest w tej sprawie wyrok Sądu Najwyższego z 2003 roku: "Decydująca jest wola wyrażona na zewnątrz, a nie stan wewnętrznej świadomości stron" oraz "Nie można zakładać, że strony mające pełną zdolność do czynności prawnych miały zamiar zawrzeć umowę o innej treści (umowę o pracę) niż tę, którą zawarły".

Ochroniarz po godzinach

Jest jednak jeden front, na którym inspekcja toczy walkę z pracodawcami. Z 20 skarg na agencje ochroniarskie 19 dotyczy właśnie niezgodnych z prawem umów-zleceń.

Mechanizm jest taki: ochroniarz pracuje 12 godzin, powinien dostać wynagrodzenie za 8 godzin pracy na etacie i 4 nadgodziny. Ale stawka za nadgodziny jest o 50 proc. wyższa, a w nocy i w dni wolne - nawet o 100 proc. Co robi więc firma, żeby nadgodzin nie płacić?

- Na te nadgodziny podpisuje umowę-zlecenie. Niektóre osoby nawet nie wiedzą, na jakiej podstawie świadczą pracę - mówi Agnieszka Dercz. - Wnosimy sprawy do prokuratury, że firmy omijają prawo i nie wypłacają dodatku za godziny nadliczbowe. A prokuratura sprawę umarza, bo wszystko jest formalnie zgodne z prawem.

- Ludzie liczą, że my wejdziemy do firmy, ukarzemy pracodawcę, otworzymy kasę i wypłacimy im należne pieniądze. A my możemy tylko wystawić pracodawcy 2 tys. zł mandatu i wezwać go do zawarcia umów o pracę. Zresztą bez gwarancji, komu pracodawca zaproponuje tę umowę - wyjaśnia Marzena Królak-Makowska.

A potem potrafią dziać się cuda. Agnieszka Dercz pamięta, jak w jednej restauracji część kelnerek miała umowę o pracę, a część pracowała na zlecenie: - Wniosłam do pracodawcy o ustalenie stosunku pracy. Z kilkoma osobami zawarł umowę. A kilka nie chciało. Nie możemy uszczęśliwiać ludzi na siłę.



Zobacz także
Skomentuj:
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX