Wpisy pojawiły się pod tekstem
"Prawda i fałsz ogłoszeń" Hanna Nie szanują naszego czasu. Raz odpowiedziałam na ofertę pracy poważnej i znanej firmy ubezpieczeniowej. Pierwszym etapem była rozmowa telefoniczna, która zakończyła się pytaniem o moje oczekiwania finansowe; odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Po kilku dniach zadzwonił telefon i zaproszono mnie (myślałam, że na rozmowę), okazało się, że na drugi etap, gdzie oprócz mnie było około 50-60 osób. To, co nastąpiło dalej, przypominało jakiś reality show. Po kilku godzinach zaprosili do współpracy około dziesięciu osób. Minęło kilka dni, znowu telefon i kolejne zaproszenie na rozmowę z szefową HR i kimś jeszcze (to już naprawdę mało ważne). Na tej rozmowie poinformowano mnie, że chętnie mnie przyjmą i zapraszają za tydzień na podpisanie umowy. Pojechałam i tu dopiero mnie raczono poinformować, że stawka to zaledwie połowa tego, co mówiłam. Umowę podpisałam, do pracy się nigdy nie stawiłam.
Bezrobotny Taki proceder nie trwa od wczoraj, trzeba czytać treść ogłoszenia lub oferty. Jest internet, można sprawdzić parę rzeczy, nawet numer kontaktowy dużo daje. Firmy pośredniczące powstały tylko po to, aby naganiać nieświadomych ludzi do pracy. Nie oszukujmy się, prawo jest tworzone nie pod pracowników, tylko tych, co zatrudniają.
Już emeryt Sprawa jest prosta. Nikomu po stronie pracodawców i firm świadczących usługi rekrutacyjne dla pracodawców nie jest na rękę wprowadzanie zmian. Dlatego, że takie szczegółowe informacje, o których pisze autor, to odkrycie się przed konkurencją. W Warszawie dla przykładu działa około 800 różnych firm rekrutacyjnych (również jednoosobowych), walka o klienta jest bardzo zażarta, myślicie, że te firmy tak łatwo zechcą opublikować nazwę klienta, który zlecił im proces?
Spotnik Na przestrzeni lat 1999-2009 byłem prawie notorycznym poszukiwaczem pracy. I to z racji wieku, a nie braku wyższego wykształcenia, bo takowe posiadam - ani też braku konkretnego zawodu, mam ich dwa. Zarejestrowałem się w UP, chodziłem wiele razy, dostawałem skierowania w większości nieaktualne albo oferowana praca nie była zgodna z ofertą z urzędu. Stracony czas, koszty dojazdu to były skutki pomocy ze strony UP. To, czego chciałem uniknąć, to tzw. układy, ale niestety to był, jak się okazało, jedyny sposób na uzyskanie pracy i dopracowanie do
emerytury. Mam to już za sobą. Współczuję wszystkim, którzy w dzisiejszych czasach poszukują pracy.
Yeronimo Co do treści ogłoszeń, to widziałem takie kuriozum na Gumtree.pl: "Młodą z językiem zatrudnię". To jest dopiero kwiatek, według mnie szczyt chamstwa i bezmyślności.
Gość Sam miałem taki przypadek, gdy znalazłem ogłoszenie, to pani w PUP powiedziała, że jestem pierwszy, który spełnia jego kryteria i da mi kontakt. Dodzwoniłem się, wysłałem e-maila, a na drugi dzień miałem telefon od kadrowej z tej firmy, skąd i od kogo dostałem ten kontakt! Pracy oczywiście nie dostałem, ale widać, że to dla "picu". Inna sprawa - proszę zobaczyć ogłoszenia PUP - menedżer z biegłym chińskim czy wietnamskim. Od razu wiadomo, że to pic.
Arbajtzamt Trafny artykuł, tylko co z tego, kiedy urzędy i instytucje, takie jak urząd pracy, inspekcja pracy, Ministerstwo Pracy, nic w tym kierunku nie robią. Takie artykuły powinny być kierowane do pana ministra Boniego. Jak długo nie będą rozliczani pracodawcy tych urzędów, tak długo nic się nie zmieni. Proponuje podpatrzyć, jak to się reguluje i egzekwuje w Niemczech.
Malutki 44 Trzy rzeczy są rozsądne i warto by je egzekwować: podawanie daty ważności ogłoszenia; podawanie, że odpowiedź zostanie udzielona w ciągu 48 godzin (bezrobotny po dwóch dniach już wie, że nie jest kandydatem) i wysokość zarobków. Wtedy koniec z marnowaniem czasu przez miesiąc i trzema etapami rekrutacji, by dowiedzieć się, że pensja to 1317 zł brutto (choć podejrzewam, że specjalnie to robią, by uzależnić kandydata od wysiłku podczas rekrutacji).
Gość Pracowałam w firmie jako
sekretarka. Firma proponowała stanowiska do różnych sektorów: dział rekrutacji i szkoleń, dział obsługi klienta, dział handlowy, wszystko ładnie brzmi, ludzie przysyłali masę ofert. Tylko jak przychodzili na rozmowy kwalifikacyjne, to okazywało się, że będą akwizytorami. Ja nie musiałam być akwizytorem, miałam zajmować się tylko zapraszaniem ludzi na rozmowy i zajmować się biurem. Pytałam właścicielki, dlaczego to wszystko tak wygląda, to tylko głupio się uśmiechała i mówiła, że kto będzie chciał, ten zostanie. Firma chciała działać jak amerykańska firma, ale w Polsce to nie przejdzie, i jeszcze te fałszywe ogłoszenia, gdzie po pierwszym spotkaniu w grupie większość na następnym już się nie pokazywała.
Menelaos Po co zmieniać ustawę? Wystarczy, żeby pośredniaki nie przyjmowały "nieprecyzyjnych" ogłoszeń o pracy przy ustawowym obowiązku zamieszczenia takiego ogłoszenia, gdy się chce zatrudnić cudzoziemca i wszystko. Czysta prawda. Właśnie tak jest. Ja dlatego przestałem czytać ogłoszenia. Okazało się, że nawet gdy miałem skierowanie z PUP, odpowiadali mi: "Nie bo nie". I tyle. Na taką firmę, która zamieszcza w PUP ogłoszenie o pracy, a potem bez powodu odmawia zatrudnienia, nakładałbym 100 tys. zł kary od ręki.
Uważasz, że powinniśmy o czymś napisać? Chciałbyś podzielić się ciekawą historią? Napisz do redakcji GazetaPraca.pl na adres gazeta.praca@gazeta.pl w tytule maila wpisując "Kontakt".