Rozmowy przy "Komandosie"

Małgorzata Kolińska-Dąbrowska
2010-08-16, ostatnia aktualizacja 2010-08-16 11:41

Stara kamienica na warszawskim Mokotowie. Tuż przy bramie, od podwórza, w załomie muru stoją miejscowi "wieczni bezrobotni". Siedmiu, czasami ośmiu. Niemłodzi już, od lat bez stałego zatrudnienia. Okoliczni mieszkańcy nazywają ich "stojaczkami": bo stoją, piją i nic więcej.

Jak co dzień rano próbują przepędzić kaca, popijając wino Komandos. Flaszka kursuje z ręki do ręki, z ust do ust. Kilka jeszcze pełnych stoi na ziemi. Ci, co nie piją, zawzięcie dyskutują. O... prawie pracy.

Opijają rentę przyznaną jednemu z nich. Bo taka renta to stałe pieniądze. Tak, jakby się pracowało, a robić nie trzeba. - Bo jak już pracować, to coś trzeba z tego mieć - zauważa Bolek, na oko 50-latek w granatowo-żółtej koszulce polo. - Na etacie jest najlepiej. Wszystko ci się należy. Urlop płacą, zwolnienie lekarskie płacą i nadgodziny masz. A jak robisz w niedzielę lub święta, to dadzą wolne. I w pośredniaku nie musisz stać godzinami, żeby się ubezpieczyć. Lekarz za darmo - wyjaśnia. - Na emeryturę lub rentę można iść. Składkę firma za ciebie płaci.

- A jak podpadniesz, się spóźnisz albo do roboty nie przyjdziesz, to cię na mordę wyp... i tyle - wtrąca wysoki, szpakowaty właściciel burego kundla, który od zawsze towarzyszy mężczyznom. - Wolę na czarno. Chcą cię, to pracujesz, a jak nie, to idziesz w cholerę i masz spokój. Czasami na budowie u kolegi fuchę podłapię. Forsę wezmę, podatków nie płacę. - A jak cię złapią, że robisz bez umowy, to kicha - dorzuca stojący obok inwalida o kuli. - Ty się, Kazek, nie wcinaj. Masz rentę, to się ciesz, bo jeszcze ci odbiorą. - Przecież nogi nie mam. Co mi mogą odebrać - mężczyzna stuka się energicznie w czoło. - A mnie też nic nie zrobią. Niech się martwi ten, co mnie zatrudnił - wyjaśnia zwolennik roboty na czarno. - Nawet jakby chcieli mi jakiś mandat wlepić, to nie mam czym zapłacić. - Jak nie chcesz codziennie do roboty chodzić, można pracować na zlecenie lub na umowę taką bez opłacania składek. Jak moja siostra - włącza się do rozmowy blondyn w hawajskiej koszuli. - I po co ci to? Podatki musisz zapłacić. Kupa kasy. Na etacie najlepiej - powtarza Bolek i z uporem przytacza te same argumenty.

Inwalida zaczyna mu się przyglądać coraz bardziej podejrzliwie. Pociąga nerwowo z butelki i pyta: - Bolek, do roboty idziesz czy co? - Ja?! No co ty! - oburza się Bolek.



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 15 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów