Historię Niny, nauczycielki języka polskiego ze szkoły w Kleczy Dolnej pod Wadowicami, opisaliśmy w sierpniu w "Gazecie Praca". Kobieta straciła pracę w 2009 r. z powodu reorganizacji szkoły. Przeciw jej zwolnieniu protestowali rodzice i uczniowie. Nauczycielka nie zgodziła się z decyzją dyrektorki, twierdząc, że to nie ona powinna być wytypowana do zwolnienia. Postanowiła walczyć w sądzie pracy w Wadowicach. Przegrała. Odwołała się do sądu drugiej instancji w Krakowie, gdzie przyznano jej rację. Sędzia w ustnym uzasadnieniu wyroku zaznaczyła, że nie znalazła obiektywnych kryteriów, którymi miałaby się kierować dyrektorka szkoły przy zwolnieniu polonistki. Urszula Zmysłowska, dyrektorka szkoły, zapowiada kasację wyroku.
1 września Nina znów mogła wrócić na lekcje. - Wyrzucenie z pracy to jedno z najbardziej traumatycznych przeżyć, jakie mnie spotkało. Jak można się było domyślić, powrót po tym, co usłyszałam w sądzie na temat mojej pracy, nie będzie prosty - mówi nauczycielka.
MEN interweniuje Problemy nauczycielki zaczęły się już podczas pierwszej rady pedagogicznej (27 sierpnia). Wszystko łączy się z listem, który w czerwcu wysłała za pośrednictwem posła Stanisława Rydzonia do minister edukacji. Opisała sytuację i poprosiła o pomoc. Resort odpowiedział w sierpniu, że przekazuje sprawę organowi właściwemu do jej rozpatrzenia, czyli Radzie Miejskiej w Wadowicach. Zdzisław Szczur, przewodniczący tejże rady, przekazał list nauczycielki Ewie Filipiak, burmistrz Wadowic, ona zaś - do Zespołu Obsługi Placówek Oświatowych w Wadowicach. Następnie list został wysłany dyrektorce szkoły w Kleczy Dolnej. I tu, ku zaskoczeniu Niny, został odczytany publicznie przy wszystkich nauczycielach podczas rady pedagogicznej.
Po odczytaniu listu odbyła się dyskusja nad jego wybranymi fragmentami. - To był tendencyjny i agresywny atak kilku wybranych nauczycieli, którego celem było zaszczucie mnie, poniżenie i skłócenie z pozostałym gronem - mówi Nina. - Ogółem list został zinterpretowany jako atak na dobro szkoły, pozostałych nauczycieli, ich godność i kwalifikacje - dodaje.
Dyrektorka szkoły o sprawie wypowiada się lakonicznie. - List od rady miejskiej poprzez Zespół Obsługi Placówek Oświatowych w Wadowicach skierowano na moje ręce, a dotyczył on zarówno mnie, jak i grona pedagogicznego, które zajęło w tej sprawie stanowisko - mówi Zmysłowska.
Ostatecznie ministerstwo przekazało sprawę Stanisławowi Kracikowi, wojewodzie małopolskiemu, z prośbą o zbadanie, czy reakcja wadowickiego samorządu była prawidłowa.
Pani ze świetlicy Innym problemem Niny są warunki zatrudnienia. Otrzymała z powrotem etat obejmujący 18 godzin, ale połowa tego stanowi praca w świetlicy (która, jak twierdzi Nina, jest także jadalnią, gdzie nie ma przypisanych dzieci, pracuje się z uczniami przypadkowymi zarówno ze szkoły podstawowej, jak i gimnazjum). Nauczycielka poza tym ma sześć godzin w IV klasie, gdzie uczy języka polskiego oraz 3 godziny nauczania indywidualnego. W wyroku sądu zaznaczono, że Nina powinna wrócić na stanowisko, jakie zajmowała przed zwolnieniem. Była polonistką i pełniła funkcję doradcy metodycznego w gminie Wadowice. - Nade wszystko utraciłam możliwość nauczania w klasie, której rodzice i dzieci dawali mi niezwykłe wsparcie i determinację w walce o powrót do pracy. Dyrektor na rozprawach twierdziła, że najważniejsza jest zasada kontynuacji nauczania, tymczasem klasę po dwóch latach pracy dostaje inny polonista. Poleceniem służbowym zostałam skierowana do świetlicy, choć niedawno w sądzie pani
dyrektor udowadniała, że w niej pracować nie mogłam. Otrzymany na początku roku zakres czynności w świetlicy jest wciąż nieprecyzyjny, łatwo więc można otrzymać naganę - obawia się. Dialog Niny z dyrektorką szkoły odbywa się głównie za pomocą oficjalnych pism i na spotkaniach przy świadkach.
Pozostaje pytanie, czy z tej sytuacji jest dobre wyjście. Napięte stosunki między Niną a dyrektorką szkoły są jawne, zamieszani w to są inni nauczyciele. Z jednej strony Nina odzyskała utraconą pracę, która jest jej pasją i środki do życia, z drugiej - czuje się zaszczuta i osaczona.
Czy zatem opłaca się walczyć z pracodawcą, który niesłusznie nas zwolnił? - Nie opłaca się, ale warto - zapewnia Nina. - Wierzyli we mnie moi absolwenci, wróciłam dla uczniów i dzięki nim - dodaje.
Anny sądy nie widzą W tej sytuacji wątpliwości ma Anna, która została zwolniona razem z Niną ze szkoły w Kleczy Dolnej. W sierpniu opisywaliśmy także jej historię. Anna przegrała w sądach obu instancji,a by następnie czekać cztery miesiące na uzasadnienie wyroku sądu apelacyjnego w Krakowie (choć na wydanie tego typu dokumentu sąd ma dwa tygodnie). Zdecydowała się walczyć dalej, jednak bez uzasadnienia miała związane ręce, nie mogła złożyć wniosku o kasację wyroku do Sądu Najwyższego. - Nie dość, że w sądzie w Wadowicach spreparowano protokół rozprawy, w sądzie w Krakowie kompletnie pominięto tę kwestię, to jeszcze teraz moja sprawa jest przedłużana. Złożyłam już skargę do sądu apelacyjnego na brak rozpoznania sprawy bez uzasadnionej zwłoki. Także do sejmowej komisji praw człowieka i obywatela. Nie wiem jednak, czy mi to pomoże. Czuję się bezsilna wobec tak działającego wymiaru sprawiedliwości - mówi Anna.
W sierpniu przyznano jej zasiłek dla bezrobotnych w wysokości ponad 700 zł brutto, od listopada suma ta zmniejszy się do 580 zł brutto. Od lutego zasiłek straci. - Myślę o Norwegii, istnieje możliwość zostania tam nauczycielem wspomagającym polskich uczniów w norweskiej szkole. Wciąż mam też możliwość opiekowania się osobami starszymi w Niemczech, ale to może robić każdy. To byłaby rezygnacja z moich zawodowych aspiracji, poddanie się. Bardzo nie chciałabym wyjeżdżać, ale chyba nie będę miała wyjścia - dodaje.